DOM KULTURY

Hiobowe wieści i dobra nowina

AUTOR

Michał Wójtowski

Michał Wójtowski – absolwent MISH UW i specjalizacji zawodowej animacja kultury, nieudany doktorant; współorganizował projekty animacyjne, uczył przedmiotów humanistycznych w liceum; na emigracji we Francji nauczyciel gimnazjalny i licealny języka polskiego w dwujęzycznej Sekcji Polskiej w międzynarodowej szkole Cité Scolaire Internationale oraz Szkoły Polskiej w Lyonie; publikował m. in. w „Midraszu”, „Kulturze”, „Res Publice”, „Przeglądzie Humanistycznym”, „op.cit.”, „Przeglądzie Nadwiślańskim”, na portalu obywatel.pl; tłumaczył teksty naukowe i publicystyczne z angielskiego i francuskiego. Współautor podręcznika i poradnika metodycznego do wiedzy o kulturze, współredaktor kilku książek, m. in. „Animacja kultury. Doświadczenie i przyszłość”. Mieszka na nowych peryferiach Gdańska. Prywatnie szczęśliwy mąż, tata i grzybiarz. Czasem poprawia przecinki trójmiejskim koleżankom i kolegom z Partii Razem. W Nowych Peryferiach współredaktor działu Dom Kultury.

Ja, Daniel Blake Kena Loacha to opowieść o członku tradycyjnej klasy robotniczej, walczącym o swe społeczne prawa i ludzką godność z współczesnym, skomputeryzowanym, biurokratycznym aparatem, bezwzględnie realizującym politykę cięć wydatków socjalnych. Ostatni film brytyjskiego reżysera, nagrodzony w 2016 roku Złotą Palmą, daleko wykracza poza ramy doraźnej publicystyki.

Istotę machiny, z którą zmaga się bohater, odsłania przed widzem już pierwsza sekwencja filmu. W kilkuminutowej scenie rozmowy Amanda – healthcare professional wynajęta przez brytyjski rząd – przeprowadza wywiad zdrowotny, mający określić prawo tytułowego bohatera do stosownych świadczeń społecznych. Forma, jaką nadał rozmowie reżyser jest oszczędna, oparta na świadomej redukcji – nie jesteśmy wszak widzami, ale słuchaczami, kolejne kwestie dochodzą do nas spoza czerni ekranu i wstępnych napisów. Jednocześnie ścieżka dźwiękowa pozostaje nieoczyszczona – dochodzą nas dźwięki tła, oddechów, przełykania śliny. Ten podkreślający realizm zabieg, połączony ze zubożeniem komunikatu wizualnego, wywołuje wrażenie, że jesteśmy oto świadkami rozmowy telefonicznej, a uczestniczących w niej dzielą kilometry. Takiej rozmowy, jakich miliony toczą się w tej właśnie chwili w świecie call-centers. Jest jednak inaczej – gdy opada czarna zasłona, ukrywająca przed nami scenę rozmowy, widzimy po raz pierwszy zdezorientowaną twarz Daniela Blake’a, Amanda zaś znajduje się poza granicą kadru filmowego.

Postać ta, na równi z tytułowym bohaterem, wydaje mi się kluczem do odczytania inicjalnej sceny. Loach każe wypowiadać się Amandzie tak, by bogactwo żywej mowy zostało zredukowane do prostych, ignorujących kontekst i rozmówcę zapytań. Oparta na wzajemności komunikacja zamienia się w pozyskiwanie informacji, sama zaś Amanda jawi się jako istota urzeczowiona, zinstrumentalizowana i sprowadzona do roli interfejsu. Co prawda, przyłapujemy ją jeszcze czasem na oddychaniu i objawach zniecierpliwienia, trudno jednak pozbyć się myśli, że resztkowe człowieczeństwo ustępuje tu cechom innego zgoła bytu. Siedząca, jak się domyślamy, za biurkiem, być może ciągle jeszcze wpatrzona w komputerowy kwestionariusz, odnotowuje kolejne „tak” i „nie”. Pracowicie wydobywa dane z Daniela, ten zaś robi wszystko, by nie poddać się tej zero-jedynkowej logice systemu, który wchłonął niemal bez reszty jego rozmówczynię.

Gdyby film Loacha skończył się po pierwszej scenie, otrzymalibyśmy samoistną, spójną miniaturę, dającą się odczytać jako alegoria zmagania się człowieka z agresywną, alienującą rzeczywistością współczesnego kapitalizmu. Takie odczytanie nie traci mocy, gdy kamera rusza na dobre i podąża za tytułowym bohaterem. Co o nim wiemy? Daniel jest dobiegającym sześćdziesiątki bezdzietnym wdowcem. Po przebytym ataku serca nie może na nowo podjąć pracy w zawodzie stolarza. Zostaje sam – bez rodziny, wyrwany ze środowiska koleżeńskiego w miejscu pracy, bez źródeł dochodu. Osamotnionego i chorego mężczyznę reżyser i scenarzysta wysyłają na tułaczkę po ulicach i wrogich mu urzędach Newcastle. Spotyka się w nich z ludźmi, którzy wydają się klonami Amandy. Realizują procedury, domagają się wypełniania kolejnych kwestionariuszy, odsyłają na bezcelowe i groteskowe szkolenia i kursy dla bezrobotnych, egzekwują absurdalnie wymagania, karzą bezwzględnie i mechanicznie za najmniejsze nawet spóźnienie na rozmowę lub inne uchybienia w realizacji obowiązków, które nakładają na przedmiot swych zabiegów, nazywanych – jak na urągowisko dla jej zdezorientowanych i zrezygnowanych „beneficjentów” – pomocą społeczną. Wizualną pustkę po nieprzedstawionej na początku filmu Amandzie zdaje się z wolna wypełniać sugestywny obraz niebezpiecznej, unifikującej maszyny, która komunikuje tylko jedno: „Giń lub zostań zmienną algorytmu”.

W zetknięciu z technokratycznymi, skomputeryzowanymi procedurami Daniel pozostaje bezradny. Nie radzi sobie z komputerowymi formularzami i telefonicznymi konsultacjami, nie potrafi napisać efektownego CV, nie potrafi wykazać, ile godzin spędził na poszukiwaniu pracy. Z czasem wpada w długi, zmuszony jest wyprzedawać domowe sprzęty. Wreszcie pozostaje sam, zawinięty w koc, w opróżnionym mieszkaniu. W pustej przestrzeni domu, wdowieństwie i porzuceniu przez społeczeństwo odnajduję w Danielu współczesnego Hioba. Odrzucił pokusy oferowane przez zwielokrotnioną Amandę, która zdaje się pragnąć jednego – wyboru takiej strategii przetrwania w odczłowieczonym świecie, której ceną będzie akceptacja i uwewnętrznienie jej algorytmów, przehandlowanie etycznych imperatywów za cenę przetrwania, sprowadzenie ludzkich wyborów jednostkowych do biologicznego odruchu samozachowawczego, wymuszonego przez logikę społeczeństwa opartego na pozaludzkiej, mechanicznej logice. Wyboru takich właśnie strategii przetrwania Loach zresztą świętoszkowato, z piedestału, nie potępia. China, sąsiad Daniela, utrzymuje się z nieuczciwego handlu sprowadzanymi z Chin butami. Katie, by zdobyć środki na utrzymanie dzieci, najpierw kradnie w sklepie, a potem decyduje o przyjęciu oferty sklepowego ochroniarza, który załatwia jej pracę prostytutki. Daniel dla tej dwójki nigdy nie bywa sędzią, lecz przybranym, współczującym ojcem i przyjacielem, wyciągającym pomocną dłoń do tych, którzy jak on mogliby pójść na dno.

Nie przypadkiem wątek relacji Daniela i Katie staje się w narracji Loacha i Laverty’ego drugą z osi fabularnych, a samotne matka – bez mała równoprawną protagonistką. Ich historie są podobne, niemal bliźniacze. Oboje – skrzywdzeni i poniżeni – stopniowo osuwają się, opadają na dno. Gdy Katie staje się „kobietą upadłą”, jesteśmy także świadkami niemal całkowitego załamania się mężczyzny. Wcześniej próbuje on odnaleźć w niej przybraną córkę, ale też po prostu – bliźniego. Osobę, z którą może usiąść przy stole, której może opowiedzieć o zmarłej żonie i pomóc w drobnych domowych naprawach, którą zachęca do podjęcia porzuconej nauki, której dzieciom może zastąpić dziadka. Zwyczajne sceny rozmów, wspólnego jedzenia skromnych posiłków to oczywista antyteza wydarzeń, których świadkami jesteśmy w zdepersonalizowanych urzędach. Wzajemna pomoc, solidarność stają się dla Katie i Dana ocaleniem. To, co międzyludzkie – wyraźmy się w kategoriach pojęciowych Stanisława Brzozowskiego – okazuje się jedyną obroną przed zakusami „pozaludzkiego”. Tym bardziej, że mimo narzucających się odniesień biblijnych, o „ponadludzkim”, a więc możliwości transcendencji, w obrazie Loacha nie ma mowy. Na ziemi jest piekło, lecz niebo wydaje się puste.

Warto raz jeszcze przyjrzeć się demonowi, który gnębi Daniela-Hioba. Ken Loach – dla jednych lewacki bajkopisarz, dla innych apostoł socjalistycznej idei – wypowiada się z pozycji zaangażowanego filmowego publicysty. Odczytując jego film na prawach bieżącego, doraźnego komentarza – można przyjąć, że wypowiada on krytykę wykluczającego systemu opieki społecznej, czy nawet tego modelu społeczeństwa, który powstał za sprawą brytyjskich konserwatystów i lewicy „trzeciej drogi”. Wydaje mi się jednak, że za taką krytyką podąża coś więcej, a mianowicie pewna dystopijna wizja. Jej ośrodkiem są przemiany technologiczne, które – mimo obietnic składanych przez naiwnie progresywne projekty – doprowadziły do tego, że wytwory cyfrowej cywilizacji wyalienowały się na tyle, by stać się prawodawcami naszego świata i narzucają – przede wszystkim najsłabszy – swoistą mechaniczno-przyrodniczą antropologię. Odwołam się tu do rozpoznań i obrazowania, którymi posłużyła się, komentując wynik zeszłorocznych amerykańskich wyborów, Ola Bilewicz: Owen uważał, że człowiek jest całkowicie kształtowany przez środowisko, w którym wzrasta, a więc zmieniając warunki egzystencji można dowolnie kształtować jego „charakter”. Ten przemysłowiec i reformator społeczny był także prekursorem idei spółdzielczej, która mnie bardzo interesuje – co jakiś czas wracam więc do tych początków. Przeszywa mnie jednak dreszcz, kiedy czytam, że robotnik jest „żywym instrumentem”, którego tak ciało, jak i świadomość mają być dowolnie kształtowane przez oświecone elity, których Owen był przedstawicielem. Gdy czytam dalej w tym samym tekście o fundamentalnym znaczeniu, jakie mają społeczne uznanie, poczucie bezpieczeństwa, stabilności, które wiąże się z trwałością więzi społecznych (rodzinnych, sąsiedzkich), poczuciem zakorzenienia w miejscu i tradycji, odnajduję to, kim jest i kim chce pozostać Daniel Blake. Osamotniony we własnym domu dochowuje wierności swym zasadom, nawet jeśli, wypchnięty poza nawias społeczeństwa, nie może ich realizować. Wtedy właśnie pod jego drzwiami zjawia się Daisy, córka Katie. W scenie ich rozmowy, którą znów gotów jestem odczytywać alegorycznie, Dan przyjmuje pomocną dłoń. Któż inny, jeśli nie kojarzone z niewinnością dziecko, mógłby dać mu nadzieję, że może i powinien ocalić siebie również dla innych i w relacji z innymi? Gdy Daniel opuszcza swą pustelnię i odnajduje ludzi, którzy podzielają wiarę w przywołane wyżej, wykraczające poza instynkt przetrwania, wartości, wiemy, że Hiob wytrwał i – przynajmniej w międzyludzkim świecie – może zostać zbawiony.

Loach, chociaż zamykająca film scena nasycone jest częstym u tego twórcy patosem, oszczędnie dawkuje sugestie, na jakim gruncie miałyby rozwinąć się i zaowocować nadzieja i alternatywy wobec krytykowanego „tu i teraz”. Upatruję ich w tych momentach filmu, gdy Daniel z miłością tworzy: międzyludzkie więzi, ale też piękne i niepowtarzalne, bo wykonane ludzką ręką, dzieła artystycznego rzemiosła. Ofiaruje ludziom sobie najbliższym, a tworzy z myślą o nich. Dla dzieci Katie robi drewniane, ozdobne rybki, którymi będą się bawić. Dla ich matki – biblioteczkę, na której staną – gdy powróci do nauki – porzucone wcześniej z musu książki. Narzędzia Dana to jedyne bodaj wartościowe przedmioty, jakich nie sprzedaje nawet wtedy, gdy w oczy zagląda mu nędza. Dzięki nim może pracować, ale przede wszystkim – przetwarzać fizyczną materię. Czy da się tu odnaleźć metaforę twórczej zmiany społecznej? Wydaje mi się, że tak. W historii socjalizmu angielskiego idee rzemieślniczej pracy, sztuki i piękna odnajdujemy w – niemal nieznanej w Polsce, a na pewno zapomnianej, twórczości Williama Morrisa. Odwołania do niej bywają w filmografii Loacha bezpośrednie, jak choćby w scenie kończącej „Ziemię i wolność”, gdy wnuczka bohatera wojny hiszpańskiej odczytuje nad jego grobem poemat Morrisa The Day Is Coming. W Ja, Daniel Blake nawiązania są wprawdzie pośrednie, lecz wyraźne. Morris był wszak jednym z filarów ruchu Arts and Crafts, w którego założeniach mieścił się ideał artysty-rzemieślnika, który – niczym Dan – tworzy rzeczy piękne i użyteczne. O wiele ważniejsze wydaje mi się tu jednak odwołanie do Morrisa jako autora utopii zatytułowanej Wieści z nikąd [pisownia za jedynym przekładem Wojciecha Szukiewicza], przedstawiającej obraz idealnego pod względem społecznym i estetycznym świata, opartego na dobrowolnej pracy i rzemieślniczej twórczości. Świat ten miał się zrealizować po zwycięstwie rewolucji, co oczywiste, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku Morris należał do czołowych ideologów brytyjskiego socjalizmu i fundatorów jego politycznych reprezentacji. Dodajmy, że wspomniana przed chwilą powieść została – intencjonalnie – napisana przeciw technokratycznej utopii W roku 2000 Edwarda Bellamy’ego, której wykrzywione odbicie łatwo zauważyć w sfilmowanych przez Loacha latach dwutysięcznych.

Jeśli Loach, kręcąc omawiany tu film, chciał sformułować nie tylko krytykę teraźniejszości, ale też pewien manifest przyszłości, to jego przesłanie jest dość oszczędne. Więź, miłość, praca, twórczość wydają mi się jego filarami. Wizje ideologiczne ustępują tu raczej obrazowi tego, co uspołecznia jednostkę. I właśnie za osobami, a nie wielkimi ideami, podąża tu kamera, zaś reżyser wypowiada się – mimo publicystycznych adresów i realistycznej konwencji – jak artysta kina, który operuje nienarzucającą się, lecz wypełnioną aluzjami formą. Myślę, że forma taka służy społecznym ideom nie gorzej niż najbardziej jaskrawe zaangażowanie.


Ilustracja: Jeremy Deller “We Sit Starving Amidst Our Gold”, Biennale w Wenecji w roku 2013. Źródło ilustracji: archiwa British Council.

Numer 2 (13)

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *