Michał Wójtowski

Duży krok wstecz, małe kroczki naprzód

AUTOR

Michał Wójtowski

Michał Wójtowski – absolwent MISH UW i specjalizacji zawodowej animacja kultury, nieudany doktorant; współorganizował projekty animacyjne, uczył przedmiotów humanistycznych w liceum; na emigracji we Francji nauczyciel gimnazjalny i licealny języka polskiego w dwujęzycznej Sekcji Polskiej w międzynarodowej szkole Cité Scolaire Internationale oraz Szkoły Polskiej w Lyonie; publikował m. in. w „Midraszu”, „Kulturze”, „Res Publice”, „Przeglądzie Humanistycznym”, „op.cit.”, „Przeglądzie Nadwiślańskim”, na portalu obywatel.pl; tłumaczył teksty naukowe i publicystyczne z angielskiego i francuskiego. Współautor podręcznika i poradnika metodycznego do wiedzy o kulturze, współredaktor kilku książek, m. in. „Animacja kultury. Doświadczenie i przyszłość”. Mieszka na nowych peryferiach Gdańska. Prywatnie szczęśliwy mąż, tata i grzybiarz. Czasem poprawia przecinki trójmiejskim koleżankom i kolegom z Partii Razem. W Nowych Peryferiach współredaktor działu Dom Kultury.

Sprawa przyjęcia w Sopocie niewielkiej grupy dzieci syryjskich stała się przedmiotem gorącego sporu. Nietrudno ulec jego temperaturze i łańcuchowej reakcji emocjonalnej, podnoszonej przez spór polityczny formacji rządzącej i głównych sił opozycyjnych, wykraczający chronologicznie i merytorycznie poza pytanie o możliwość przyjmowania w Polsce uchodźców z krajów objętych wojną i kryzysem humanitarnym.

Choć rezerwuję sobie indywidualne prawo do ocen moralnych stanowisk zajmowanych wobec tego pytania, skłonny jestem uznać, że ich formułowaniu powinna towarzyszyć ostrożność. Jej funkcją nie jest jednak rozmywanie moralnej odpowiedzialności naszego państwa, które pod presjami wewnętrzną i zewnętrzną musi i powinno odpowiedzieć na pytanie: czy mamy pomagać uchodźcom? Odpowiedzieć, ale też wziąć na siebie moralny ciężar skutków podjętych decyzji, spadający na nas – czy tego chcemy, czy nie – w wymiarach indywidualnym i zbiorowym. Wspomniana ostrożność miałaby natomiast cel inny, to jest odpowiedź, co robić i jak działać, by świadczenie pomocy ofiarom konfliktu nie zostało zinstrumentalizowane na potrzeby wewnętrznego konfliktu politycznego.

Sytuacja obecna, a także sposób, w jaki radzono sobie choćby z przyjmowaniem ofiar konfliktów zbrojnych w Ukrainie lub na Kaukazie, pozwalają na sformułowanie tezy, iż jako państwo okazaliśmy się całkowicie nieprzygotowani na zmierzenie się z kryzysem humanitarnym. Wskazywała na to od lat niezdolność Polski do przyjęcia o wiele mniejszych fal uchodźców. Pewien wgląd w skalę i charakter tego nieprzygotowania daje choćby tekst Ilony Majewskiej, opublikowany jesienią 2014 r. w kwartalniku „Nowy Obywatel”. Trwający kryzys uchodźczy o większym, kontynentalnym zasięgu, zbiegł się w czasie z okresem podwójnych wyborów roku 2015 i został, niestety, wykorzystany jako argument w kampanii wyborczej i powyborczej ofensywie politycznej partii rządzącej. Uruchomiona w tym czasie, nie tylko zresztą przez PiS, ksenofobiczna retoryka, wylała się na ulice i żyje własnym życiem. Jeśli nawet początkowo obliczona była na wyborczą i powyborczą grę, ujawniła w końcu swój trujący potencjał. Dziś autoryzuje i promuje w publicznej telewizji, a także w licznych wypowiedziach polityków nienawiść do obcych, łudzi możliwością odgrodzenia się od świata zewnętrznego, który podąża jak najgorszymi dla Polski trajektoriami. Wreszcie – podsyca lęki zamiast je rozbrajać. Te przekonania, postawy i odruchy zapewne o dziesięciolecia przeżyją ich cynicznych proponentów. Za tę ślepotę i tresurę w okrucieństwie zapłacimy wszyscy, choć przecież – powinniśmy mieć tego świadomość – to nie polityka państwa polskiego uruchamiała procesy społeczno-gospodarcze i wywoływała konflikty zbrojne, które zaowocowały falami migracyjnymi ostatnich lat. Zarazem to właśnie w Polsce narodziły się liczne, mające swoją historię i znaczenie inicjatywy, w ramach których polskie społeczeństwo i różne jego instytucje – organizacje pozarządowe, związki wyznaniowe oraz jednostki – świadczą realną, choć bez wątpienia niewystarczającą wobec rozmiaru potrzeb, pomoc. Wśród nich warto odnotować projekt rozwiązań instytucjonalnych, który w maju 2015 r. zainicjowały władze Gdańska. Mam tu na myśli Gdański Model Integracji Imigrantów, przyjęty do realizacji uchwałą Rady Miasta z czerwca ubiegłego roku.

Kilka miesięcy po uchwaleniu i powołaniu przy prezydencie miasta Rady Imigrantów, projekt ten stał się przedmiotem manipulacyjnego materiału publicznej TVP Info, w którym został zestawiony z obrazami zamieszek, do których doszło na zachodzie Europy na fali kryzysu uchodźczego. Za materiałem tym podążają – wpisane w logikę wewnętrznego konfliktu wyborczego – kolejne wypowiedzi, padające zresztą z ust osób reprezentujących obydwie jego strony. Jest to okoliczność niefortunna, zaciera bowiem istotę samego programu. Co gorsza jednak, dążenie do konfrontacji na tym właśnie polu stanąć może na przeszkodzie wyzyskaniu osiągnięć GMII.

Ograniczona skala projektu wynika wprost z realistycznej oceny sytuacji. Oparta jest ona na oczywistej obserwacji, że choć Polska i Gdańsk znajdują się na trasie wzmożonych migracji, to jednak pełnią w większości przypadków rolę punktu tranzytowego – dla większości migrujących Polska nie jest krajem docelowym, choć z różnych powodów część imigrantów u nas pozostaje. Warto tu podkreślić, że autorzy projektu wyraźnie odróżniają sytuację przebywających uprzednio w Gdańsku imigrantów, których integracja jest pierwotnym celem przedsięwzięcia, od sytuacji osób, które ubiegają się o status uchodźcy. Legalizacja pobytu tych ostatnich leży poza sferą kompetencji władz samorządowych, należy zaś do MSWiA i innych agend władzy centralnej. Ta rozdzielność kompetencyjna stała się paliwem dla sporu mającego tendencję do degenerowania się w warunkach politycznej instrumentalizacji. Mam nadzieję, że jest jeszcze czas na to (sam posypuję tu głowę popiołem), by obydwie strony wycofały się z tej logiki, zamiast otwierać kolejny front, którego zakładnikiem będą imigranci, być może również uchodźcy, a także sensownie pomyślana polityka lokalna.

O tym, że w Gdańsku tak pomyślana została, przekonuje mnie kompleksowość przygotowanych założeń i rozwiązań. Traktują one bowiem zadanie integracji jako wiązkę usług i zadań, jakie powinny być realizowane dla ułatwienia odnalezienia się przybyszów w nowym środowisku. Program przypisuje poszczególne role dla instytucjom gminnym i pozarządowym, w następujących obszarach: edukacja, zakorzenienie w społeczności lokalnej, życie kulturalne, przeciwdziałanie przemocy i dyskryminacji, opieka zdrowotna, pomoc społeczna i mieszkalnictwo. Jego efekty praktyczne, czyli pomoc udzielona przez miasto, organizacje wspierające (Centrum Wspierania Imigrantów i Imigrantek), a także przez osoby prywatne, polegająca na przyjęciu w sumie kilkunastu rodzin z Ukrainy i Kaukazu, być może nie imponuje skalą, lecz na pewno wykracza poza gołosłowną retorykę. Uruchomienie takiego projektu pozwoliłoby skądinąd inaczej spojrzeć na to, jakiego wsparcia polskie miasta i państwo jako całość mogłyby skutecznie udzielać również osobom w trudnej sytuacji, które urodziły się w naszym kraju. Również dlatego – nie dorzucajmy drewna do tego stosu. Starajmy się raczej wykorzystywać posiadane i wypracowywane (jak w przypadku Gdańska) potencjały organizacyjne, materialne oraz intelektualne. Jeśli będziemy kierować się tą zasadą, nasze państwo ma szansę stać się skutecznie przyjazne. Nie tylko wobec osiadłych już imigrantów, ale też wobec uchodźców, gdy – lub jeśli – zdecydujemy się ich jednak przyjmować. Myślę przy tym, że zadanie to mogłoby pomóc – przy odpowiednich środkach i procedurach – w spożytkowaniu potencjału zawartego w dorobku polskich nauk społecznych. Dlaczego bowiem nie miałoby u nas powstać dzieło na miarę „Chryzantemy i miecza” Ruth Benedict, napisanego na użytek kształtowania współistnienia Amerykanów i Japończyków po zakończeniu II wojny światowej?

Na zakończenie chciałbym podnieść jeszcze kilka własnych, jak sądzę niebezpodstawnych, a może podzielanych przez innych obaw i lęków. O ile zgadzam się, że solidarność ma wartość samoistną, to jednak nie odsuwałbym poza pole widzenia pragmatycznych aspektów decyzji podejmowanych w sprawie międzynarodowych kryzysów humanitarnych. Kiedy rząd polski odmawia przyjęcia w kraju choćby garstki dzieci, musi liczyć się z tym, że wiadomość ta rozejdzie się szeroko po świecie. Co skalkulowane zostało na potrzeby polityki wewnętrznej, będzie w swych dalekosiężnych skutkach aktem polityki zagranicznej kraju. I nie chodzi tu tylko o to, że tego rodzaju wiadomości z pewnością zostaną wykorzystane choćby w rosyjskiej grze przeciw Polsce. Pamiętajmy o tym, jak wiele Polek i Polaków etnicznych przebywa dziś poza krajem. Oczywiście nie należy, przynajmniej na razie, obawiać się o ich los w tym znaczeniu, że ktokolwiek odmówi im prawa pobytu w jakimkolwiek cywilizowanym kraju. Jednakże polskie MEN, MSZ i MSWiA powinny zdawać sobie sprawę z tego, że prawa polskiej mniejszości w Litwie, Białorusi, Ukrainie czy Kazachstanie z pewnością nie zyskają na krajowej polityce imigracyjnej. W każdym kraju zawsze będzie brakowało pieniędzy na potrzeby edukacyjne, więc ograniczenie wsparcia dla szkolnictwa polskiego w tych państwach zawsze będzie jednym z kuszących wyborów. To samo dotyczy polskich środowisk emigracyjnych na zachodzie Unii Europejskiej. Może się bowiem okazać, że rosnące wpływy Frontu Narodowego we Francji doprowadzą do tego, że unikalne w skali świata sekcje polskie w publicznym szkolnictwie francuskim stracą poparcie i finansowanie tamtejszych władz. Tu cenę poniesiemy wszyscy, choć najwyższą, jak zwykle, zapłacą najsłabsi.

Zatem, również dlatego, zróbmy krok wstecz i zastanówmy się, jak zmierzyć się z rzeczywistym, wymagającym praktycznych, „pozytywistycznych” rozwiązań, problemem. Być może do celu łatwiej dojść małymi kroczkami.

Zdjęcie: Pixabay

Numer 2 (13)

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *