AUTOR

Ewa Jałochowska

Ewa Jałochowska, rocznik 1975; historyczka sztuki.

Potwory są wariacją, zabawą z dawną symboliką, z mitami, ale także z pojęciami, które od tysięcy lat krążą w języku i obrazie, i które łączą historię człowieka. Nie ma kultury, w której strach, śmierć, przemoc, gniew, czy żywioły nie byłyby tłumaczone przy pomocy mitów. Nie stwarzam więc nowych potworów, raczej na nowo interpretuję te stare, które pochodzą z Japonii, Chin, Indii, Indonezji, Bliskiego Wschodu, starożytnej Grecji, czy cywilizacji zachodniej, bo z europejskich symboli także korzystam. Staram się wyobrazić je sobie, zrozumieć, zadać inne pytania, niż zadawane były do tej pory. Czasem chcę się nad nieszczęsnymi potworami użalić, bo szkoda mi, że tak niewdzięczną nadano im rolę. Szukam im więc nowych znaczeń, nowych emocji, usprawiedliwień. Zwykle jednak docieram do tych monstrów, które tkwią we mnie samej. I chyba to właśnie w Potworach
lubię najbardziej.

Gatotkaca
Indonezja

W poniedziałki rano park był pusty, więc mężczyzna najbardziej lubił park właśnie w poniedziałki. Przechadzał się po nim powoli, podpierając się laską. Szybciej i tak nie mógł, miał przecież ponad dziewięćdziesiąt lat. Ławek ulubionych miał kilka, dzisiaj jednak postanowił wybrać tę stojącą przy bocznej ścieżce. Zbliżył się do niej i zaskoczony zobaczył, że w pustym parku na jego ulubionej ławce leży kamizelka, czarna z promiennym słońcem wyhaftowanym na przedzie. Rozejrzał się, lecz nie dostrzegł właściciela. Usiadł więc tuż przy niej i wsparłszy dłonie na lasce, odpoczywał z przymkniętymi oczami. Zmarzł jednak w swym flauszowym płaszczu. Marzec był wyjątkowo zimny tego roku. Na trawnikach wciąż jeszcze leżał przecież śnieg. Mężczyzna otworzył oczy.

– Wygląda na ciepłą i czystą – powiedział sobie i jeszcze raz się rozejrzał. Zdjął płaszcz i założył kamizelkę. Słońce wyhaftowane na piersi jaśniało i staruszkowi wydało się, że jest znacznie cieplej. Od kamizelki przenikała go tak wielka siła, że mężczyzna odrzucił laskę, wzbił się w powietrze i poleciał ku górze. Tak mocny nie czuł się od czterdziestu lat. Co tam czterdziestu! Nigdy tak silny się nie czuł. Popatrzył z góry na pusty park, na ławkę, płaszcz i laskę. Nie. Nigdy więcej nie będzie ich potrzebował. Nie jest już emerytem i nie ma dziewięćdziesięciu lat. Na imię ma teraz Gatotkaca i jest hinduskim bohaterem o mięśniach ze stali i magicznej mocy nadanej mu przez zaczarowaną kamizelkę. Wykonał kilka powietrznych ewolucji: spiralę, beczkę – i wylądował z powrotem na chodniku. Pospiesznie zdjął kamizelkę i ułożył na ławce. Założył płaszcz i podpierając się laską, powędrował do domu.
– I co? – zapytała żona zamykając drzwi za staruszkiem. – Co dzisiaj przytrafiło ci się w parku?


Świnia
Grecja

– Już po wszystkim – kobieta siedziała na łóżku. Jedną ręką wycierała pot z czoła mężczyzny, drugą obejmowała go troskliwie. Mąż spoglądał na nią i na pokój wzrokiem zalęknionym i nieobecnym. Oddychał ciężko, dłońmi uciskał klatkę piersiową, jakby nie chciał wypuścić na zewnątrz złego snu, który się tam ukrył.

– Znowu to samo? – spytała kobieta tym razem głaszcząc męża po nieogolonym policzku. Obydwoje byli już niemłodzi. Do niedawna nie chorowali wcale. Ostatnio jednak żona coraz bardziej martwiła się o męża. Noc w noc budził się przerażony i mokry. Noc w noc śnił mu się ten sam sen.

– Uderzam w kark, ale nie trafiam i świnia zaczyna wyć przeraźliwie. Uderzam siekierą raz jeszcze, ale ręce mi drżą od kwiku i uderzam za lekko. Ostrze wchodzi płytko, krew się leje, świnia wyje a ja płaczę i tak bez końca aż do przebudzenia nie mogę odrąbać zwisającego jej łba – opowiadał mężczyzna każdej nocy. Tej nocy jednak sen znacznie różnił się od innych.

– Gdy tak siedziałem nad nią, świnia odwróciła ryj w moją stronę i przemówiła do mnie – mężczyzna zakrył dłońmi twarz.
– I co powiedziała ci ta świnia? Co ci powiedziała?
– Powiedziała mi, że miałem dużo szczęścia, że mi się przyśniła. Że nie jest zwykłą świnią, lecz świnią, która wykarmiła Zeusa, gdy bóg był mały. Że jej krew ma moc oczyszczającą a ze mnie jest dobry człowiek, bo noc w noc płakałem nad jej losem. I dlatego ona ofiaruje mi dar całkowitego oczyszczenia. Musimy się tylko zamienić rolami. Teraz to ja będę składany w ofierze przez świnię, która noc w noc będzie mnie zabijała siekierą.

Makara
Indie

Wszyscy kpią sobie ze mnie. Ledwie zobaczą mnie, już się śmieją. Szczerzę kły – na nic szczerzenie. Zagradzam drogę – na nic zagradzanie. Nie boją się mnie wcale. Jestem pośmiewiskiem.

Moja długa słoniowa trąba połączona z krokodylim ciałem wygląda cudacznie. Najgorsze, że łeb słonia i trąba przeważają. Nie mogę się na dwóch krótkich łapach utrzymać. Muszę rybi ogon zadrzeć w górę, balansując w poszukiwaniu równowagi. Ten i ów dla żartu popchnie mnie lub przestraszy, czasem podstawi mi nogę. W dodatku, gdy już wydaję mi się, że stoję, zaczyna mną wstrząsać od środka. Krztuszę się i kaszlę. Pod gardło podchodzi mi żółć z żołądka. Oczy zachodzą krwią i pysk sinieje. Ci, którzy stoją u wrót świątyń hinduskich, których mam pilnować, mają ze mnie wtedy największą uciechę. Szydzą, że kocim kłaczkiem się dławię. Mówią, żebym zdychał, że nikt nad moim pokracznym cielskiem nie zapłacze. Upokarzają mnie. Gdyby którykolwiek z nich miał dla mnie współczucie i odrobinę cierpliwości, zamiast kpić, mógłby ramię do mojej paszczy wsunąć i zamiast żartować, usunąć blokadę, która mnie dusi. Jest nią bezcenna perła. Ona daje miłość wybranej kochanki. Ale żaden z nich nie chce pomóc. Dopiero, gdy po długim dniu stróżowania, przybywa po mnie Waruna, bóg oceanu, za uchem mnie podrapie, po pysku pogłaszcze.

– I co, Makara? – powie serdecznie – Znowu kpili z ciebie? I żaden nie okazał się godny prawdziwej miłości?


Oni
Japonia

Była spóźniona. Bardzo. Przez cały poranek budzik krzyczał do niej, że „czas najwyższy zwlec się z wyra”, na swój hałaśliwy i męczący sposób. Wessała jego dźwięki w sen, przerobiła w podświadomości, ale nogą nawet nie ruszyła. Powieka jej nie drgnęła, chociaż pewnie drgnęła, tylko tak się mówi, że nie. Drgnęła pewnie niejedna zresztą. Wreszcie wstała, coś tam sobie umyła. Siadła z kawą przed lustrem i patrzyła na twarz. Szminka leżała obok, lakier do paznokci, tusz do rzęs, szczotka.

– Znowu – jęknęła – znowu od początku.
Gdyby ust nie pokolorowała, wszyscy dostrzegliby ich niezwykły rozmiar. Zorientowaliby się za szybko. Mogą i powinni, ale nie tak od razu. Po czerwonej szmince lakier na paznokcie. Ich długość też lepiej ukryć. Niech sobie myślą, że łatwa zdzira z czerwonymi pazurami wychodzi do pracy na dzienną zmianę. I wreszcie tusz czarny na rzęsy. Na pierwsze oko, na drugie oko i na trzecie. Z trzecim zawsze jest kłopot. Duże usta, długie paznokcie, nawet rogi na głowie można schować, przyczesać, beretem przykryć, ale trzecie oko najtrudniej. Pod grzywkę można, ale co będzie, gdy wiatr zawieje na przystanku? Od razu wszyscy zobaczą, że demon Oni pośród nich stoi. I cały makijaż szlag trafi. I znowu będzie trzeba po jednej duszyczce z chodnika porywać. A w tramwaju to by wystarczyło sobie w tłoku kichnąć, żeby wszystkich świństwem zarazić. Od toaletki wstała, drzwi kluczem zamknęła i po schodach po dwa biegnie, żeby na tramwaj zdążyć, co na przystanek zaraz wjedzie, bo wiatru dzisiaj nie ma.


Lin
Europa

Chciałbym być anonimową szarą rybką, nijaką, nieokreśloną, bez właściwości. Chciałbym być kimś niewidzialnym, kimś kogo nie ma. Ale skoro już muszę być, chciałbym być kimś, od kogo się nie wymaga, na którego widok macha się ręką i mówi znudzonym głosem:

– To tylko lin płynie.
Niestety, gdy ja płynę, w oczach zapala się nadzieja, na rzęsach osiada łza wzruszenia, bo:
– To Lin uzdrowiciel! Lin bohater, Lin szczęściarz, Lin, co się chorób nie boi, bo żadna się go nie ima, Lin wybawca.

Od chwili więc, gdy otwieram oczy, jestem lekiem na całe zło. Stykam się z trądem, z czarną ospą, dżumą i cholerą. Przyprowadzają do mnie kulawe zwierzęta, które machają łapą w strumyku, żebym otarł się o nie. Przychodzą ludzie z miasta, wyciągają mnie z wody i pocierają o swoje chore członki, skórę, nosy, policzki, brzuchy i stopy. Dotykam dziennie setek narośli i żylaków. Czuję za nie wielką odpowiedzialność. Tłumaczę, że jestem tylko rybą, nie potrafię ich wyleczyć. Ale ludzie machają tylko znudzeni rękami i mówią, że nie szkodzi, bo to nie ja, lecz ich wiara czyni cuda.

Tekst ilustrowany obrazami Aleksandry Waliszewskiej

drukuj

KOMENTARZE

  1. Nie znam potworów krajów dalekich, egzotycznych, niedosiężnych. Ale własne rodzą się współcześnie na naszych oczach. Niestety, są bardzo realne i nie obrosły jeszcze mitem. I na to pewnie nigdy nie zasłużą. Przeczytałem z ciekawością. Wciągają…..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *