DOM KULTURY

Matka w PL, czyli Jak pokochać centra handlowe

AUTOR

Karol Templewicz

Urodzony w 1985 roku, socjolog, publikował m.in. w Krytyce Politycznej, Dzienniku Opinii i Tygodniku Powszechnym. Stale prowadzi blog w witrynie Nowych Peryferii. Od 2011 roku związany zawodowo z Instytutem Adama Mickiewicza.

W Matce feministce Agnieszka Graff napisała: Kryzys demograficzny w kraju powszechnej miłości do dzieci to nie żaden paradoks. To pochodna ogromnej presji kulturowej i ekonomicznej, z którą ludzie wchodzący dziś w Polsce w dorosłość zwyczajnie sobie nie radzą. Zwłaszcza polskie kobiety są tej presji świadome i starają się jej po prostu wymknąć.

Dwa lata temu temat kryzysu demograficznego wypłynął z obiegu niszowego i był szeroko dyskutowany. Po wprowadzeniu programu 500+ mam poczucie, jakby jedni uznali, że problem został rozwiązany, zaś drudzy nie potrafią wyjść poza obsesyjne szukanie „pijanych rodziców”, „nierobów” i wrzeszczenie, że „społeczeństwo dało się kupić za pięćset złotych”. Ciągła pyskówka między rządzącą partią i anty-PiS-em jak kombajn kosi kolejne dyskusje, zostawiając krótko przystrzyżone pole pełne wrzasków i sloganów. A tymczasem musimy się jako społeczeństwo poważnie zastanowić, jak zapewnić produkowanie następnych ludzi.

Wyobrażenie o świętości macierzyństwa oraz inne składniki rozbudowanej macierzyńskiej mitologii to tradycyjne sposoby zachęcania do rozmnażania. Symboliczna nagroda, wyniesienie na piedestał w połączeniu z opieką wielopokoleniowej rodziny mogły w modelu tradycyjnym działać dość dobrze. Tak przynajmniej zdają się sądzić ci wszyscy, którzy wymyślają „lepszą przeszłość”, rozwiązanie upatrując w „powrocie do tradycyjnych wartości”. Tymczasem widać coraz wyraźniej, że strategia uwznioślania macierzyństwa w realiach społeczeństwa kapitalistycznego podzielonego na nuklearne rodziny przestaje działać. W czasach złożonych tożsamości rzadko która kobieta chce i może sobie pozwolić na ograniczenie się do roli matki.

Świat oparty na tradycyjnych, „wdrukowanych w polskie DNA”, wzorcach kulturowych chwieje się w posadach pod naporem kultury indywidualizmu, od której nie ma ucieczki. Pomiędzy tymi dwiema nacierającymi na siebie płytami tektonicznymi znajdują się polskie kobiety. To doświadczenie podwójnej presji wydaje mi się bardzo interesujące. Nieczęsto nakładanie się i współistnienie różnych wzorców można zobaczyć tak wyraźnie, jak w przypadku sfery rodzicielstwa.

Dobrze zatem, że to doświadczenie znajduje wyraz także w literaturze. Dobrymi przykładami wydają mi się, przywołana na początku, Matka feministka Agnieszki Graff czy Dzidzia Sylwii Chutnik. Na ten teren wkracza teraz Jak pokochać centra handlowe Natalii Fiedorczuk, książka, która przyniosła autorce Paszport Polityki.

Trudno jest opisać, czym Jak pokochać… jest. Czytelnik na pewno odnajdzie w tekście znajomy rytm reportażu społecznego, charakterystyczną paletę, którą polscy dziennikarze odmalowują patologie wsi, tragedie w zakrystiach czy niedole mieszkańców kontenerów. Tyle że narracja jest pierwszoosobowa. Można powiedzieć, że to zbiór opowiadań połączonych postacią głównej bohaterki, z których każde zbudowane jest wokół jakiejś bolączki. Choć trafniej byłoby powiedzieć, że mamy do czynienia z albumem.

Seria krótkich tekstów, jak fotografie, wciąga czytelnika w kontemplację sceny ograniczonej dość wyraźnymi ramami. Poszczególne rozdziały stanowią pojedynczy obraz, a w najlepszym wypadku zbiór kilku fotosów, jak w rozdziale drugim zatytułowanym Podziwiam, jak to wszystko ogarniasz: wchodzę po skrzypiących schodach na ostatnie piętro kamienicy (…) [pierwsza fotografia]. Jasne, czyste mieszkanie młodego małżeństwa. Podłoga lśni, nigdzie nie błąka się zagubiony tuman szarego puchu. [druga fotografia] Zastanawiam się, czy to nie echa Wynajęcia, poprzedniej książki Fiedorczuk – reportażu, w którym przez dokumentację przestrzeni – pokojów i mieszkań oferowanych na wynajem – opowiadała w zasadzie o stosunkach społecznych w Polsce.

Lucyna, główna bohaterka Jak pokochać… jest postacią przypominającą Hioba, zbiorem problemów, z którymi zmierzyć się musi współczesna matka. Pozlepiana z kilkudziesięciu wysłuchanych przez autorkę opowieści kobiet, postać doświadcza prób, jakie niesie z sobą macierzyństwo. Wiemy o niej, że należy do pokolenia śmieciówek. Przez większość czasu pracuje nad nudnymi zleceniami, montując na laptopie nieinteresujące materiały wideo. Kiedy udaje jej się zdobyć etat, akurat zachodzi w ciążę, a po powrocie do pracy zostaje zwolniona.

Lucyna ma męża. Nowoczesnego, który jak ten skandynawski z pełną naturalnością wyskoczy z dzieckiem w chuście do sklepu. Mimo to, co znakomicie pokazuje autorka, osunięcie się w stereotypowe role jest bardzo łatwe. A to tylko wzmaga wzajemne pretensje.

Zdaje się, że Fiedorczuk usiłuje nadać postaci Lucyny wymiar uniwersalny. Sprzyja temu przyjęta przez autorkę metoda zacierania szczegółów, dobrze znana z literatury dwudziestowiecznej. Jakby zainspirowana książką Tibora Dery Pan A.G. w X, Fiedorczuk pisze: żeby dostać się do L., dzień, w którym ma urodzić się moje dziecko spędzam w M., zaś rozdziały noszą enigmatyczne tytuły: L.(1), Drogeria R., Galeria P..

I to chyba ta chęć nadania problemom wymiaru uniwersalnego wywołuje w czytelniku wrażenie, jakby wszystko to już gdzieś czytał. Czy to „Wysokie Obcasy”? Forum internetowe dla rodziców? Oczywiście, sprawa jest zapewne banalnie prosta: trudy są zawsze podobne. Możliwe też, że jako świeżo upieczony rodzic cierpię na coś w rodzaju skrzywienia rodzicielskiego, stąd tematy wydają mi się znajome.

Jak pokochać centra handlowe to zapis frustracji urodzonej z parcia wymagań, jakie niesie z sobą polskie macierzyństwo. Według ideału powinno być ono wieczną radością. W praktyce zawsze pojawia się lęk, wątpliwości, wyrzuty sumienia, na które nie ma miejsca w tradycyjnym modelu macierzyństwa. Fiedorczuk-Cieślak zdaje się stawiać Lucynę nieopodal ideału, co nie pozwala jej także zbudować sobie narracji alternatywnej wobec pomnika Matki Polki. Weźmy pierwszy z brzegu przykład: idealna matka karmi piersią? Lucyna też, ale cholernie ją to boli i musi szybko odstawić dziecko z powodu nawrotu depresji. I tak jest ze wszystkim. Idealna matka ma wszystko wysprzątane? Lucyna też, ale jest to wyraz rozpaczy: zachowanie porządku to jedyna sfera, która pozwala jej zachować namiastkę kontroli.

Zarazem, co podobało mi się też choćby w Mojej walce 2 Karla Ove Knausgaarda, udaje się autorce pokazać, miłość. To, dlaczego tę mroczną stronę rodzicielstwa – zmęczenie i poczucie uwięzienia – da się znieść, a często nawet chce się ją znosić. A pokazanie uczuć tak, by nie zgubić z oczu tego, że ciężar pozostaje ciężarem, nie jest sprawą prostą. Dlatego jednym z rozdziałów, które podobały mi się najbardziej, jest Samotna podróż. „Wyprasowana” i elegancka bohaterka jedzie w delegację. Powinien być to moment wyzwolenia, ale dola rodzica polega na tym, że dzieci towarzyszą mu zawsze, nawet, jeśli są rozdzieleni tysiącem kilometrów: Tymczasem nie ma ich tu, a ja tęsknię (…). Czy to tylko dlatego, że ich kocham? Że jestem ich matką? A może zupełnie we własnym interesie chcę wrócić do doświadczenia pierwotnego, chcę zobaczyć świat ich oczami – pierwszy raz, ukraść tę radość, ogrzać się w niej choć przez chwilę.

Przyznam, że z podsumowaniem książki Fiedorczuk mam ogromny problem. Z jednej strony podejmuje ważny temat. Obraca polskie macierzyństwo na różne strony, pokazuje nam trochę tego mdlącego polskiego prawie-dostatku. Nie brak jej też talentu. Niektóre fragmenty pokazują naprawdę dobry słuch, dar obserwacji i inwencję językową (jak genialny facet w ciasnoniebieskiej koszuli czy wydestylowany opis zakupów: Sobota. Święto samotnej krucjaty).

Z drugiej jednak strony czytelnik ma poczucie, że obcuje z książką niedokończoną. Krótkie fragmenty, rozdziały układające się w linearną opowieść jakby od niechcenia skłaniają do pytania, czy nie lepiej, by autorka choć część rozwinęła w dłuższe, oddzielne opowiadania?
Bardzo przepraszam tych, którzy od recenzji oczekują werdyktu. Czy książka jest dobra, będę wiedział za kilka miesięcy. Da się ją przeczytać w trzy godzinki, lecz jeśli coś we mnie z tej lektury pozostanie, to może znaczyć, że mamy do czynienia z literaturą co najmniej wybitną.

Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Jak pokochać centra handlowe
Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2016, s. 286

Ilustracja: Stanisław Wyspiański „Macierzyństwo”

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *