Henryk Nienajadło, Mateusz Piotrowski

Ziemię trzeba lubić, żeby się odwdzięczyła

AUTOR

Henryk Nienajadło

ur. 1955. Sołtys wsi Gorajec, rolnik, kierowca autobusu. Ojciec trojga dzieci, dziadek trzech wnuków i jednej wnuczki. Żonaty z Ireną - z wykształcenia i zamiłowania rolniczką. Lubi dziką naturę.

Z sołtysem wsi Gorajec, Henrykiem Nienajadło, rozmawia Mateusz Piotrowski

 

Mateusz Piotrowski: Zacznijmy od początku. Skąd pochodzili Pana rodzice i jak wyglądało ich gospodarstwo?

Henryk Nienajadło: Moi rodzice posiadali małe gospodarstwo. Tato był w te strony nasiedlony i mama też. Tata pochodził z Jeżowego w Rzeszowskiem, a mama spod Kurowa w Lubelskiem. Po Akcji „Wisła” ojciec z matką przyjechali w te okolice. Tu nie było gdzie mieszkać, bo wszystko było spalone. Nie było konia, nie było wozu – były dwie pary rąk i to wszystko. U taty było dziesięcioro rodzeństwa, rodzina mamy była trochę mniejsza. Tam skąd pochodziła mama też była bieda. To było wszystko z biednego rodu. Ale jakoś los ich złączył i w Lublińcu zaczęli się dorabiać.

I całe życie pracowali w polu?

Tak, całe życie. Jak było uwłaszczenie, reforma rolna, to tata dostał 4 ha ziemi i na tym sobie pracował z mamą. To było gospodarstwo niezmechanizowane. Biedne, ale uczciwe i solidne.

A Pan?

Po wojsku pracowałem w Rzeszowie, ale szkoda mi było rodziców i przyciągnęło mnie z powrotem. Pomagałem im na gospodarce. Postawiłem dom w Lublińcu. A później trafiła się sytuacja i przyciągnęło mnie tutaj, do Gorajca. Pomyliłem drogi. Zapytałem, jak stąd wyjechać – tak poznałem swoją przyszłą żonę, Irenę – i już zostałem [śmiech]. Spodobało mi się, choć tu było ciężko. Wtedy, jak tu przyjechałem pierwszy raz, drogi były kiepskie, takie było zacofanie. Najpierw postanowiłem, że wezmę sobie żonę z Gorajca, ale wynajmę mieszkanie w miasteczku. Ale tu był teść i on nie za bardzo chciał swoje gospodarstwo opuścić. Mieszkał tu jeszcze przed wojną, także miał do tego sentyment. Gospodarki miał ze 3 ha, dwa koniki i podstawowy sprzęt i tak sobie uprawiał. A ja pracowałem w PGR-ze w Nowym Siole. Robiłem na koparce, jeździłem samochodem. A jak miałem wolną chwilę, pomagaliśmy teściowi w polu. Ale wtedy nie było tyle pracy, co dzisiaj, bo dzisiaj gospodarstwo jest inne. Wtedy to koniem wszystko człowiek obrobił i był czas na wszystko.

I jak się Panu pracowało w PGR-ze?

Praca była dobra, lubiłem ją. Byłem kierowcą i moja praca dawała mi satysfakcję. Jak teść umarł, jego gospodarstwo spadło na nasze ręce i trzeba było się nim zajmować. Ale to nie przynosiło nam wielkiego dochodu, bo to były dwie krówki, świnka, kurka i to pole. Potem nastały lata 90. i zaczęło już być coraz gorzej, firmy zaczęły upadać. Plan Balcerowicza – PGR-y zostały zlikwidowane.

A ilu ludzi pracowało wtedy w tym PGR-ze?

W dobrych czasach ponad 350 osób.

350 osób? W takiej małej wsi?

Firma pięknie prosperowała, bo było co robić: prace melioracyjne, budowy, montaże hal – front pracy był duży. Nas kierowców było ze sześćdziesięciu. Cały sprzęt był nowy. Ale gdy PGR-y zostały rozwiązane, to wszystko zostało zniszczone i mój zakład remontowo-budowlany też został rozwiązany. Zostałem zwolniony, musiałem z czegoś żyć, więc czepiłem się gospodarki. Gdy PGR-y się rozpadały kupiłem parę krów i poszedłem z pomocą żony w hodowlę. Nie byłem specjalistą, bo dopiero się uczyłem, ale w okolicach 1995 r. zdążyłem się dorobić dziesięciu sztuk bydła dojnego i założyliśmy chłodnię. Byliśmy już w dobrej sytuacji, bo mieliśmy lepsze mleko i były z tego konkretne dochody. Później dokupiliśmy trochę pola. Kupiłem stary ciągnik, wyremontowałem i od tamtej pory utrzymywaliśmy się z gospodarstwa. Wspólnie z żoną radziliśmy sobie.

Później weszła Unia i były dopłaty – wtedy skorzystaliśmy z konkretnej oferty. Trzymamy nadal krowy, mamy ich ok. 20 sztuk, usprzętowiliśmy wszystko pod kątem produkcji mleka, łąki też zagospodarowaliśmy pod bydło mleczne. I pracuję nadal, tylko już nie tak aktywnie. Utrzymujemy się na poziomie nie najgorszym i nie najlepszym. Idziemy w środku, ale dajemy sobie radę.

A ile Pan ma teraz hektarów?

Razem z dzierżawami mam w granicach 23 ha.

I dzierżawi Pan od Agencji, czy od indywidualnych rolników?

Od Agencji dzierżawię hektar, od rolnika na emeryturze 4 ha, a reszta jest moja. To gospodarstwo rodzinne, bo nie zatrudniam nikogo, chyba że jest nawał pracy.

A jak teraz wygląda sprawa z mlekiem – z produkcją, ze zbytem? I z kwotami mlecznymi, bo niedawno wprowadzono w tym obszarze spore zmiany.

Jak weszliśmy do Unii, mleko było kwotowane. Kwota była wyznaczana na podstawie tego, ile mleka zdał dany rolnik w poprzednim roku. Moje gospodarstwo dawało w granicach 20-25 tys. litrów i tyle dostałem kwoty na kolejny rok.

Czyli nie można było oddać większej ilości mleka?

Można było, ale wtedy płaciło się karę. Ale było dużo małych gospodarstw, które miały po 3-5 tys. litrów kwoty. Gdy gospodarze likwidowali te małe gospodarstwa i sprzedawali krowy, mogli przekazać swoją kwotę innemu rolnikowi. W ten sposób poszerzyłem moją kwotę do 75 tys. litrów. To już wystarczało. W ostatnim roku kwotowym przekroczyłem limit o 10 tys., ale zdałem to dodatkowe mleko na kolegę, więc nie musiałem płacić kary.

Ale w tym roku kwoty zostały zniesione…

Tak, i powstała wolna amerykanka. Każdy myślał, że jak kwoty zostaną zniesione, to ten, co ma nowoczesne obory i pracowników, zwiększy produkcję. I co się stało? Jak człowiek dostawał w dobrych czasach za litr mleka 1 zł 50 gr, to przy takim rozluźnieniu cena spadła do 90 gr. Przedtem opłacało się czasem przejść z jednej mleczarni do innej, tzn. do takiej, która oferowała lepsze ceny. Ale po zniesieniu kwot mleczarnie nie były już zainteresowane. Była chyba zmowa cenowa mleczarni, żeby utrzymywać niskie ceny.

I jakie są tego skutki?

Jeśli chodzi o ceny mleka, to teraz jest już tendencja wzrostowa, mleko w skupie kosztuje w granicach 1 zł 20 gr za litr. Ale brakuje polskiego mleka i ceny w sklepach idą do góry. Wiadomo, że przy tak niskich cenach nie opłaca się już trzymać tyle krów, więc ludzie zaczęli się ich pozbywać. A odbudować pogłowie bydła nie jest tak prosto. To nie jest tak, jak z trzodą, że wystarczy rok – tu trzeba czekać przynajmniej ze 3 lata.

A jakie będą skutki zniesienia kwot na dłuższą metę?

Jeżeli będzie takie wahadło cen, jak teraz, to taki producent jak ja, który ma 15 krów, da sobie radę. Ja nie jestem związany z bankiem, żebym musiał spłacać kredyt i żebym musiał te krowy likwidować w sytuacji, kiedy przez jakiś czas przestaje mi się opłacać. Mam też dodatkowe źródło utrzymania poza rolnictwem. Ale taki gospodarz, który ma 300-400 sztuk bydła, zobowiązania w bankach, kredyty, przy takich wahaniach cen nie da rady się utrzymać. Ma wybór: bankructwo albo sprzedaż. Inaczej funkcjonuje gospodarstwo wysokotowarowe, przedsiębiorstwo, a inaczej taki rolnik jak my tutaj, z dziada pradziada, z niewielkim gospodarstwem.

Jeszcze inaczej wygląda sprawa za granicą. Byłem 2 lata temu w Luksemburgu; rolnik luksemburski trzymał już wtedy ok. 50 jałówek, żeby wejść z produkcją mleka w momencie, gdy ceny zostaną uwolnione. Kwoty mleczne zostały przecież zniesione w całej Unii. Ale w silnych państwach starej Unii, jak Francja, Niemcy, Holandia czy Luksemburg, rolnictwo jest znacznie mocniej dotowane niż u nas. Gdy tam byłem, rolnik dostawał 35 eurocentów za litr mleka, plus dopłaty unijne i inne. Więc on sobie radził dużo lepiej niż my.

Minęło już kilka miesięcy, odkąd weszła w życie reforma zmieniająca warunki kupowania ziemi. Jak wyglądają jej efekty? Czy ceny ziemi – zgodnie z tym, co przewidywano – poszły mocno w dół?

Ja nie widzę spadku cen. Gdy kiedyś kupowałem grunt tutaj, w Gorajcu, to płaciłem w granicach 15 tys. zł za hektar. Dzisiaj mniejszy kawałek, w granicach 80 arów, kosztuje 15 400 zł.

Ceny ziemi rolnej rosły w ostatnich dziesięciu latach bardzo szybko – trzy razy szybciej niż zyskowność produkcji rolnej.

Rok przed wejściem do Unii można było kupić w naszych okolicach hektar pola za 800 zł. A na drugi rok, już po wejściu do UE, można było spłacić taki zakup z samych dopłat! Więc ceny wzrosły automatycznie, ale nie każdy był tak bogaty, żeby kupić np. od razu te 10 ha za 150 tys., bo nie każdy miał tyle gotówki. A zadłużanie się w banku też jest problematyczne. Najlepiej pomału dzierżawić, odkładać pieniądze na zakup i powiększać gospodarstwo z oszczędności. Jeżeli jesteś dzierżawcą, to ci nikt tego nie nabije w butelkę, bo masz prawo pierwokupu. Przychodzi ekspert, wycenia, kupujesz bez przetargu i jesteś właścicielem.

Myślę, że ziemia powinna w pierwszej kolejności trafiać do ludzi, którzy już ją dzierżawią i uczciwie uprawiają. A nie np. do ludzi z Zachodu, tylko dlatego, że mają pieniądze. Na zachodzie i północy Polski mało było naszych ludzi, którzy mieli tyle gotówki, żeby móc wykupić większy kawałek ziemi. U nas, na wschodzie Polski, gdzie gospodarstwa są rozdrobnione, wykupywanie ziemi nie jest aż tak wielkim problemem, ale w zachodnich województwach były nieprawidłowości i niejasności na tym tle, są sprawy w sądach. Myślę, że dla takich gospodarzy jak my byłoby lepiej, gdyby ta reforma weszła w życie dużo wcześniej.

Dlaczego?

Bo ta ziemia i tak jest już w dużym stopniu skomasowana – kto chciał kupić grunty, już kupił. Dopuszczono do sytuacji, że ludzie, którzy byli przy władzy i wiedzieli, jak się ustawić, kupili sobie bardzo tanio po 200 czy 300 ha. I dzisiaj ci „miastowi rolnicy” biorą wielkie dopłaty. Mają posiadłości, a czasem nawet nie wiedzą, gdzie dokładnie te ziemie leżą.

Ale na szczęście w tych sprawach sporo zmieniło się na lepsze. Przykładowo, obecnie jeśli ktoś ma takie gospodarstwo jak ja, to do użytków zielonych i do krów dostaje dopłaty. Jeśli ma np. 10 ha łąk, to dostaje w granicach 350 zł dopłaty do hektara. Ale jeżeli ma też krowy, to dostaje dodatkową dopłatę. Więc teraz taki „rolnik”, który nic nie hoduje, u którego ziemia tylko leży, już takiej dodatkowej dopłaty nie dostanie. Podobnie było też np. z orzechami i malinami. Kiedyś było tak, że niektórzy sadzili orzechy, nie zajmowali się nimi, ale przez 5 lat w ramach programu brali dopłaty. Teraz to ukrócono. Dobrze, że ktoś się wreszcie wziął za te kombinacje. Rolnik to powinien być ktoś, kto siedzi na gospodarce.

Ale niektórzy krytykują reformę właśnie za to, że utrudni przenoszenie się z miasta na wieś.

Ale przecież jeżeli ktoś będzie chciał przenieść się z miasta na wieś i kupić działkę 10- czy 15-arową to nie ma problemu. Chyba, że chciałby kupić 100 ha, to takiej możliwości nie będzie. Myślę, że to rozwiązanie jest dobre, bo ziemia powinna być dla chłopa, który to lubi robić i który chce to robić, który mieszka tutaj i tu pracuje. Nie jakiś zagraniczny, który ma kasę, tylko nasz, normalny, średni chłop niech sobie kupi, niech sobie gospodarzy i niech ciągnie z tego korzyści.

W lokalnej prasie i w innych mediach sporo pisano ostatnio o opóźnieniach w dopłatach dla rolników. Wypłata pieniędzy miała zacząć się w grudniu ubiegłego roku. Ale czytałem komentarze rolników, którzy jeszcze w marcu pisali, że nie dostali dopłat. I że musieli wziąć kredyty, zadłużyć się, żeby mieć na ziarno na zasiew czy na paliwo.

Podobno to była wina nowego systemu komputerowego zarządzającego dopłatami. Trochę opieszałości też pewnie w tym było. Ale jak dwa lata temu miałem kontrolę, to też dostałem swoją dopłatę dopiero w czerwcu. W tym roku urząd stanął na wysokości zadania, bo już teraz, w październiku 70% dopłat wpłynęło zaliczkowo na konta rolników.

Ja jestem w lepszej sytuacji, nie muszę polegać tak bardzo na kredytach, bo pracuję też trochę poza rolnictwem. Więc jak coś nie wyjdzie w gospodarce, to mam z czego dołożyć. Zawsze staram się tak gospodarzyć, żeby mieć rezerwy na czarną godzinę. Tak jak w państwie: masz rezerwy, przychodzi kryzys czy klęska, to masz z czego dołożyć.

Rozmawialiśmy o tym, jak gospodarzył Pana ojciec i jak Pan gospodarzy. Myśli Pan, że Pana wnuki zechcą zostać na gospodarce?

Jak masz do pracy na roli zamiłowanie, lubisz to, to nawet gdybyś miał lepsze warunki w mieście – będziesz mieszkał na wsi. Ja jak tu przyszedłem, to myślałem, że nie dam rady, ale jednak się przyzwyczaiłem, wciągnąłem się i dzisiaj nie widzę ładniejszej wsi, ładniejszego życia niż w Gorajcu. Jest cicho, spokojnie i tu jest życie. 20-30 lat temu wszyscy mówili, że w Gorajcu to nic nie będzie, że to wieś do zagłady. A dzisiaj mówią, że to jest wieś rozwojowa i każdemu się podoba. Czasy się zmieniają. Miejmy nadzieję, że ludzie będą tu żyć, pracować, gospodarzyć, będą się rozwijać, będzie tu piękne osiedle. Mój zięć będzie się budował; jest troje wnuków, może któryś będzie chciał gospodarzyć. Nie każdy jest talentem do nauki; może mieć zamiłowanie dla zwierzątek czy dla pracy na roli. Niech sobie robi i z tego żyje i będzie zadowolony. Nie każdy musi być inżynierem, może być technikiem. Byle tylko sobie dawał radę, umiał to robić i kochał tę ziemię. Ziemię trzeba lubić, żeby ona ci się odwdzięczyła. Tak myślę.

Bratanek mojej żony ma siedem lat i ciągle chce jeździć z dziadkiem w pole. A jeśli gra na komputerze, to głównie w agrosymulator; godzinami jeździ w grze ciągnikiem, zbiera plony itd.

Mój wnuk tak samo. Rwie się do tego. Pojadę w pole, on już jest. Pyta: „Dziadziu, czy ja mogę podjechać traktorem?”. Gdy ja byłem w jego wieku – to gdzie ja widziałem taki sprzęt? Był koń, trzeba było go za uzdę prowadzić. Pytałem ojca: „Tato, po co ja tu chodzę, jak on może chodzić sam?”. „Ty masz chodzić” – odpowiadał ojciec. I trzeba było chodzić boso. Chodziło się i jeszcze trzeba było uważać, żeby cię koń nie nadepnął. Wtedy a dzisiaj – to jest niebo a ziemia. Dzisiaj wszystko jest zmechanizowane: wszystko wygrabisz, wszystko ładnie wysuszysz. Jeden człowiek da sobie radę bez problemu. Kiedyś żeby wyprodukować tyle siana, to trzeba było z dziesięciu ludzi; trzeba było nawozić się, namęczyć. A dzisiaj wszystko robisz mechanicznie, więc narobić się fizycznie już nie trzeba.
Ale pracować trzeba dłużej, bo tego wymaga sytuacja. Musisz codziennie wydoić dwa razy, musisz to obrządzić, dać jeść. To, co żyje – musisz nakarmić. Nie możesz sobie wyjść z pracy po 8 godzinach i zamknąć za sobą drzwi, musisz pracować, aż zrobisz. Produkcja mleka jest taka, że musisz być w pracy codziennie, 30 dni w miesiącu, 366 dni w roku.

Jak Pan w takim razie ocenia pomysł wydłużenia rolnikom wieku emerytalnego?

Wiadomo, że rolnik przedsiębiorca, który ma wielkie gospodarstwo, właściwe pracuje tylko umysłowo, bo do pracy fizycznej zatrudnia ludzi. On może przechodzić na emeryturę w wieku 65 lat. Oczywiście, jeśli nasze życie się przedłuży do, powiedzmy, 90 lat, to wtedy można i pracować do 65. roku życia, jeśli warunki życia i pracy będą się poprawiały. Ale dzisiaj rolnik, który ma małe gospodarstwo i robi rękami w ciężkich warunkach, w wieku 60 lat jest jednak wyżyłowany, wymęczony. I on powinien mieć prawo przejścia na wcześniejszą emeryturę.

Skoro już jesteśmy przy sprawach politycznych… PSL było przez wiele lat potęgą na wsi. Jak Pan myśli, co teraz będzie z PSL?

Może przetrwać na poziomie samorządów w gminach chłopskich. Jeśli ktoś jest dobrym gospodarzem, jeśli dba o swoją gminę, jeśli jest kompetentny, utożsamia się ze środowiskiem, chce mu pomóc, to ludzie zagłosują na niego niezależnie od tego, czy jest z PSL, czy nie. Dam jeden przykład. Szpital w Lubaczowie powstał kiedyś dzięki temu, że o jego powstanie walczył, wystarał się właśnie poseł PSL. I takich zasług nie można ludziom z tej partii odebrać. PSL powinien był trzymać się dobrych tradycji. Stary, przedwojenny PSL walczył o sprawy chłopskie. Dzisiejszy PSL, nie oszukujmy się, był w parlamencie przystawką, czy to SLD, czy PO.

Nie da się też ukryć, że w ostatnich latach politycy z Sejmu nie bardzo się nami tutaj na wsi zajmowali. Co najwyżej od czasu do czasu wpadali na dożynki. Ciągnęli do siebie, myśleli głównie o własnej karierze. Pojawiały się też różne nieprawidłowości.

A czy Pana zdaniem PiS ma szansę na trwałe przejąć głosy wsi?

Nie wiemy, rządzi dopiero rok. Najważniejsze pytanie, to czy starczy pieniędzy? Trzeba skądś wziąć, żeby móc dać. Weźmy chociażby sprawę wieku emerytalnego. To kosztuje państwo w granicach 10 mld. Dołóżmy do tego 23 mld za 500+, dołóżmy jeszcze Mieszkanie+, darmowe leki dla seniorów – to są ogromne wydatki. A budżet jest w granicach 300 mld. Dobrze, że rząd próbuje uszczelnić zbieranie podatków: ukrócić przekręty na akcyzie czy VAT, bo to były spore sumy. W wielu miejscach na Zachodzie sklepy wielkopowierzchniowe płacą podatki. Nasz rząd się wystraszył wprowadzenia podatku od handlu wielkopowierzchniowego, bo Unia pogroziła palcem. Tego nie da się tak na dłuższą metę ciągnąć. Jak ktoś umie w myśli dodawać, to wie, że trzeba by podnieść podatki dla najbogatszych.

Zdjęcie z archiwum Henryka Nienajadły

drukuj

KOMENTARZE

  1. Niestety, ale spekulacja gruntami rolniczymi ma też drugie dno. Można nawet samemu dobrze kombinując podnieść cenę takiego gruntu 100 krotnie, plany związane nie tylko z autostradami, ale ewentualnymi nowymi osiedlami to jest dopiero pole do popisu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *