Aleksandra Bilewicz, PRAWO DO WSI

Sprzedaż bezpośrednia wciąż mrzonką?

AUTOR

Edyta Jaroszewska-Nowak

Przewodnicząca Zachodniopomorskiego Oddziału Stowarzyszenia Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi "Ekoland". Prowadzi gospodarstwo ekologiczne "Bioeden" w Kluczkowie, w gminie Świdwin.

Z Edytą Jaroszewską-Nowak, rolniczką ekologiczną i przewodniczącą Zachodniopomorskiego Oddziału Stowarzyszenia Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi Ekoland rozmawia Aleksandra Bilewicz

 

Aleksandra Bilewicz: Prace związane z legalizacją bezpośredniej sprzedaży żywności przetworzonej trwają od kilku lat. 16 listopada Sejm uchwalił ustawę, mającą umożliwić rolnikom bezpośrednią sprzedaż produktów przetworzonych, takich jak dżemy, sery czy wędliny. 3 grudnia Ustawę o zmianie niektórych ustaw w celu ułatwienia sprzedaży żywności przez rolników (Dz. U. poz. 1961) podpisał Prezydent. Wydawałoby się, że wszystko jest na dobrej drodze – ustawa miała wejść w życie w styczniu 2017 roku. Okazuje się jednak, że jej obecny kształt nie zadowala środowisk rolniczych i konsumenckich, które brały udział w pracach. Twierdzą one, że sprzedaż bezpośrednia nadal de facto nie będzie możliwa. Dlaczego?

Edyta Jaroszewska-Nowak: Sama ustawa jest dobra, tylko żeby ona mogła zadziałać, żeby rolnik mógł na jej podstawie rozpocząć produkcję i sprzedaż, to muszą do tej ustawy powstać rozporządzenia. Rozporządzenia, czyli akty wykonawcze. W dalszym ciągu jest wiele niejasności i niedomówień. Nawet osoby, które uczestniczyły w posiedzeniach Sejmowej Komisji Rolnictwa i uważnie śledziły przebieg prac nad ustawą, mają wiele wątpliwości i pytań. Pozostają one na razie bez odpowiedzi. Ministerstwo Rolnictwa w swoich komunikatach informuje, że rolnik wytwarzający żywność w ramach rolniczego handlu detalicznego jest zobowiązany do spełniania przede wszystkim wymagań unijnego Rozporządzenia (WE) nr 852/2004 w sprawie higieny środków spożywczych. Przepisy te przewidują, że gdy produkcja prowadzona jest w prywatnych domach, np. z wykorzystaniem sprzętu i urządzeń gospodarstwa domowego w kuchni domowej, to zamiast wymogów określonych w załączniku II w rozdziale II tego rozporządzenia, obowiązują uproszczone wymagania higieniczne (ten sam załącznik, rozdział III). Dodatkowo planuje się objęcie tymi uproszczonymi wymaganiami podmiotów prowadzących rolniczy handel detaliczny, które wykorzystują do prowadzenia produkcji żywności pomieszczenia inne, na przykład osobne budynki zlokalizowane na terenie gospodarstwa.

Projekt rozporządzenia w tej sprawie jest przygotowywany w resorcie rolnictwa. Jak się okazuje, będzie on podlegać procedurze notyfikacji Komisji Europejskiej i pozostałym państwom członkowskim Unii Europejskiej. Wynika stąd, że rolnik, który chce wytwarzać np. sery w osobnym budynku na terenie swojego gospodarstwa i chciałby skorzystać z uproszczonych wymogów higienicznych, musi czekać na rozporządzenie do ustawy, I nie wiadomo, czy się tego doczeka, bo notyfikacja może zająć lata.

pict6318

Dzisiaj, 13 grudnia ministerstwo ogłosiło, że dysponuje już roboczą wersją rozporządzenia do ustawy. Jednak wciąż nie znamy jego treści.

Niestety nie, chociaż zgłaszaliśmy podczas prac Komisji, że powinniśmy wraz z ustawą opiniować również rozporządzenia do niej. Zapewniano nas, że będą to rozporządzenia pozwalające w bardzo prostych warunkach higienicznych tę żywność wytwarzać. Jest kwestią dobrej woli rządu, żeby stworzyć rozporządzenie zgodne z przepisami unijnymi i funkcjonujące jak w innych krajach członkowskich. Bo przecież wiemy, że w innych krajach UE ta sprzedaż działa, że rolnicy sprzedają w lokalnych sklepach, na stacjach benzynowych, w restauracjach. Tylko u nas jest blokada.

Dlaczego, Pani zdaniem, rozwiązanie tego problemu okazuje się tak skomplikowane?

Na pewno wynika to stąd, że nie mieliśmy swoich przepisów legalizujących tę żywność, i kiedy wstąpiliśmy do Unii Europejskiej, żywność przetworzona sprzedawana przez rolnika stała się nielegalna. Wtedy należało wprowadzić szybko takie ustawy, które by ją zalegalizowały. Gdyby nie Protest Rolników, który od 2012 roku trwał w Zachodniopomorskiem, wysuwając sprzedaż bezpośrednią jako jeden z postulatów, to urzędnicy nie chcieliby przyjąć do wiadomości, że jest jakiś problem. To właściwie dzięki protestowi i doprowadzeniu do negocjacji z rządem problem przedostał się w roku 2013 do świadomości społecznej, do świadomości obywateli i konsumentów. Okazało się, że takiej żywności nie ma w sklepach, bo ona jest po prostu nielegalna.

Konsultowała Pani ustawę z ramienia stowarzyszenia Ekoland. Jakie jeszcze grupy były zaangażowane w pracę nad ustawą?

Cały czas angażują się Międzynarodowa Koalicja Dla Ochrony Polskiej Wsi i Stowarzyszenie Polska Wolna od GMO, ale też organizacje konsumenckie, na przykład kooperatywy spożywcze. One zawiązały się po to, żeby szukać dostępu do żywności od rolników, i funkcjonują już właściwie we wszystkich większych miastach w Polsce. Sami byśmy nie wywalczyli tej ustawy, gdyby ruchy konsumenckie do nas nie dołączyły.

Co Państwo, jako organizacje zajmujące się tą kwestią, zamierzają w obecnej sytuacji?

Najważniejszy jest obieg informacji. Ludzie się dowiedzieli, że ustawa jest podpisana przez prezydenta, co odtrąbiono w mediach. Teraz wszyscy się muszą dowiedzieć, że ona jest martwa. I pozostanie martwa bez rozporządzenia, które będzie mogło funkcjonować w praktyce. A to się nie zadzieje samo, trzeba nacisku społecznego. Ludzie dzwonią do nas, do rolników, i mówią, że muszą mieć zdrową żywność, że lekarze sugerują im, by karmili dzieci żywnością nieprzetworzoną. Pytają, gdzie mogą taką żywność kupić. Odpowiadamy, że jeżeli nie będą się domagać tego od rządu, to nigdy nie dostaniemy takiej żywności.

W tej chwili ludzie w mieście muszą walczyć o to, żeby mieć dobre jedzenie, i płacą za nie olbrzymie sumy. Bazary w dużych miastach, gdzie rolnicy sprzedają swoje produkty, mają oczywiście wysokie ceny, bo rolnik musi poświęcić swój czas na dojazd do miasta i handlowanie. My uważamy, że żywność od rolnika powinna znaleźć się w każdym lokalnym sklepie osiedlowym, żeby ludzie mieli możliwość wyboru: czy chcą iść do supermarketu i kupić śmietankę, która ma 1% śmietany, a reszta to jest zagęszczony tłuszcz palmowy, czy chcą kupić śmietanę od rolnika.

Prowadzi Pani własne gospodarstwo ekologiczne. Czy może Pani coś o nim opowiedzieć?

To jest 10 hektarów, mamy sporo warzyw i trochę zwierząt. Mamy gospodarstwo, które nam zapewnia samowystarczalność żywnościową, nie musimy chodzić do sklepu. To, czego nie mamy, możemy uzyskać w drodze wymiany z innymi rolnikami. Oddawanie tego do sklepu jest nielegalne.

pict6339

Jak ustawa o sprzedaży bezpośredniej wpłynęłaby na funkcjonowanie Pani gospodarstwa?

Ta ustawa, choć nie jest idealna, dawała nam nadzieję, że jakoś sobie poradzimy w tym nowym otoczeniu prawnym. Zdajemy sobie sprawę, że wcale to nie będzie łatwe, gdyż rolnik będzie podlegał kilku inspekcjom. Prowadzę gospodarstwo wielokierunkowe i jeśli chciałabym sprzedać dżem, ale też od czasu do czasu twaróg, bo mam krowę, musiałabym się zgłosić zarówno do inspekcji weterynaryjnej, jak i do inspekcji sanitarnej. Mogłabym sprzedać żywność za kwotę 20 tysięcy rocznie – powyżej tej kwoty płaciłabym dwuprocentowy podatek. Rozumieliśmy, że pewne obostrzenia są konieczne, i że ta sprzedaż nie może być duża, bo to miało być dodatkowe źródło dochodów dla rolników. Nowe prawo miało też dotyczyć wyłącznie przetwórstwa własnych surowców. Ryzyko związane z wprowadzeniem takiej żywności do obrotu jest niewielkie, bo niewielka byłaby skala produkcji, a wytwórca musiałby podać swój adres na każdym artykule.

Zastanawiam się, czy opory we wprowadzeniu odpowiedniej legislacji nie mogą wiązać się z nieufnością – z przekonaniem, że na przykład rolnicy nie mają w swoich kuchniach odpowiednich warunków do higienicznej produkcji żywności?

To jest nadgorliwość naszych urzędników. Już wcześniej wraz z grupą rolników, konsumentów i posłami Kukiz ’15 przygotowywaliśmy projekt podobnej ustawy, ale znalazł się on w tzw. sejmowej zamrażarce. Projekt zawierał klauzulę, zgodnie z którą każdy rolnik ma obowiązek przyjąć w gospodarstwie klientów i pokazać, co jest produkowane i w jakich warunkach – żeby odbudować więź bezpośrednią między rolnikiem a konsumentem. Przecież obecnie jesteśmy zupełnie odcięci od platformy sprzedaży, przejęły ją korporacje. My produkujemy surowiec, który się od rolników odkupuje, a później się z tym surowcem robi cuda. Produkt końcowy jest całkowicie oderwany od producenta pierwotnego, zarabiają na nim pośrednicy. A jakość pozostawia wiele do życzenia.

A czy nie ma Pani wrażenia, że zainteresowanie mediów tematem ustawy nie jest duże? Szczerze mówiąc, trudno mi było w ogóle dotrzeć do informacji na ten temat. O problemach z ustawą dowiedzieliśmy się od jednego z czytelników Prawa do Wsi, a jedyne medium, które o sprawie szerzej napisało, to portal farmer.pl.

Rzeczywiście, jedynie chyba dziennikarka z Farmera napisała coś na podstawie konferencji prasowej dotyczącej ustawy. Natomiast proszę sobie wyobrazić, że obecny na tej konferencji dziennikarz mediów „głównego nurtu” zadał pytanie, co przewodniczący Komisji będzie robił 13 grudnia, czy wyjdzie na protest. Taka jest merytoryka tych mediów „głównego ścieku”. Inaczej trudno to nazwać. Jaka tu jest rzetelność dziennikarska? Na miejscu przewodniczącego Komisji zapytałabym tego młodego dziennikarza, czy naprawdę uważa, że temat tej konferencji prasowej jest tak mało ważny. Czy naprawdę nie interesuje się tym, co będą jadły jego dzieci?

Jak Pani już wspominała, postulaty rolników stały się słyszalne kilka lat temu dzięki Protestowi Rolników. Protestowi, który rozpoczął się w województwie zachodniopomorskim, gdzie Pani gospodaruje. Czy wynikł on ze specyfiki rolnictwa w tym właśnie regionie?

Brałam czynny udział w tych protestach, a Stowarzyszenie Ekoland dołączyło do nich ze swoimi postulatami. Głównym problemem, który dotknął tutejszych rolników, była wyprzedaż ziemi obcemu kapitałowi. To było tak nasilone zjawisko, że w okolicach Pyrzyc na przestrzeni wielu kilometrów w ogóle nie było już polskiej ziemi. Wtedy rolnicy zdecydowali się wyjść na ulice, Solidarność Rolników Indywidualnych zorganizowała protest, a nasze stowarzyszenie wniosło postulaty dotyczące zakazu upraw GMO i umożliwienia bezpośredniej sprzedaży żywności przez rolników. Zielone Miasteczko – protest rolników w Warszawie przez Urzędem Rady Ministrów – postawiło nasze postulaty na czele, obok zmian w regulacjach dotyczących sprzedaży ziemi.

Trzeba wiedzieć, że w Zachodniopomorskiem gospodarstwa są przeważnie duże. Tam było dużo PGR-ów, więc teraz jest dużo rolników, którzy mają nawet powyżej 300 hektarów (gospodarstwa rodzinne według prawa mogą mieć do 300 hektarów). Sporo ziemi pozostaje jeszcze w zasobach Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa. I właśnie ta ziemia nie trafiała do rolników, którzy chcieli powiększyć swoje gospodarstwa, tylko była przechwytywana przez ludzi podstawionych bądź różnego rodzaju spółki.

Czy można już zaobserwować efekty zmian prawnych dotyczących sprzedaży ziemi w regionie?

Postulat uregulowania tej kwestii miał przede wszystkim sprawić, by ziemia przestała być towarem, przedmiotem spekulacji. Chodziło o to, żeby nie zmuszać rolników do zadłużania się ponad miarę w celu zakupu ziemi, żeby mogli ją wydzierżawić na czas, w którym chcą na niej pracować. I ewentualnie przekazać następnym pokoleniom, ale pod warunkiem, że ziemia będzie służyła wytwarzaniu żywności. I to się udało. To jest kluczowy postulat, uwzględniony w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego. Wprowadzono zakaz sprzedaży ziemi z Agencji przez 5 lat, można ją tylko dzierżawić, a w przetargach mogą startować tylko rolnicy, którzy mieszkają na terenie danej gminy bądź w gminie sąsiedniej. Organizowane są przetargi na dzierżawy, a rolnicy do nich przystępują. Już nie jest tak, że ktoś przyjeżdża nie wiadomo skąd z teczką pieniędzy i zabiera ziemię sprzed nosa lokalnym gospodarzom. Wiadomo, że nie ma idealnych aktów prawnych. Zawsze się trafiają jakieś rzeczy, które są niedopracowane, ale mimo wszystko uważam, że jest to krok w dobrym kierunku.

Jak wygląda sytuacja zachodniopomorskiego rolnictwa ekologicznego?

Specyficzną cechą naszego regionu jest to, że mamy dużo gospodarstw ekologicznych, jesteśmy pod tym względem na drugim miejscu wśród województw w Polsce. Mamy dużo gospodarstw o zróżnicowanej produkcji, ale też niewielkich obszarowo. Dla nich wielką szansą jest właśnie ustawa o sprzedaży żywności przetworzonej.

A jakie są w tej chwili główne kanały dystrybucji tych gospodarstw?

W większości jest to sprzedaż bezpośrednia – do gospodarstw przyjeżdżają konsumenci. Część produktów jest odstawiana do sklepów – ta, którą można sprzedawać legalnie, czyli nieprzetworzona. Jest sporo sklepów, które prowadzą sprzedaż żywności ekologicznej. Ale produkty przetworzone do tych sklepów przyjeżdżają z zagranicy. I to nas boli – że Niemcy na przykład otwierają w Szczecinie sklep z produktami tradycyjnymi, a nie ma tam naszych produktów. Nasz surowiec ekologiczny jest przecież kupowany przez firmy przetwórcze z Niemiec, tam jest przetwarzany i pod ich marką wraca do naszych sklepów.

Czy na terenie województwa organizują się konsumenci? O ile wiem, nie ma w Szczecinie ani w innym mieście na tym terenie kooperatywy spożywczej.

Jest inicjatywa, która nazywa się RWS, czyli Rolnictwo Wspierane przez Społeczność, co polega na ścisłej współpracy między konsumentem a rolnikiem. Naszą słabą stroną jest to, że mamy zaledwie dwa duże miasta. Mamy dużo gorszą logistykę niż na przykład rolnicy skupieni wokół Warszawy. Oni mają olbrzymi rynek zbytu – tam o rolnika biją się konsumenci. Tutaj my musimy ich szukać.

Dziękuję za rozmowę.

 

Kluczkowo-Warszawa, 13 grudnia 2016

Zdjęcia: Pixabay i strona domowa pani Edyty Jaroszewskiej-Nowak (zdjęcia z gospodarstwa Kluczkowo)

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *