AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Jeśli jest we mnie jakieś rezyduum myślenia konserwatywnego, to objawia się ono tym, że zgadzam się z Hobbesem co do podstawowego celu działania politycznego. Celem tym jest uniknięcie wojny domowej. Każdy inny cel jest wobec niego wtórny, bo wojna domowa jest złem największym.

Ta teza jest szczególnie doniosła w dzisiejszej Polsce – trudno bowiem zaprzeczyć, że po 26 latach względnego odpoczynku od historii nasze położenie geopolityczne jest złe i będzie jeszcze gorsze. W tej sytuacji wszelka destabilizacja sytuacji wewnętrznej jest przejawem zbrodniczej głupoty. O ile bowiem nie jest dziejową koniecznością to, że dalsza intensyfikacja niepokojów wewnętrznych doprowadziłaby do jakiejś formy interwencji wrażego mocarstwa, o tyle utrwalenie się w światowych mediach i centrach decyzyjnych obrazu Polski jako skłóconego bantustanu, o kulturze politycznej rodem z Sudanu Południowego, zdecydowanie ułatwiłoby spisanie naszego kraju na straty w geopolitycznych kalkulacjach. „Niech się ci Irokezi Europy dadzą pożreć innym barbarzyńcom” – tak może niedługo brzmieć przekaz medialny w krajach światowego centrum.

Być może panikuję. Warto jednak pamiętać, że organizacja sporu politycznego w sposób cywilizowany jest wartością, którą zaprzepaścić stosunkowo łatwo, a odbudować – bardzo trudno.

Niestety, wszyscy główni aktorzy życia politycznego zdają się o tym zapominać. Obóz rządzący postępuje, jak gdyby nie umiał się pozbyć myślenia charakterystycznego dla wiecznie pogardzanego antysalonu. Jak gdyby poczucie krzywdy z powodu mniej lub bardziej wyimaginowanych krzywd z przeszłości oraz niemal patologiczne poczucie wyższości moralnej zasłoniły wszystkim decyzyjnym politykom tej formacji resztki poczucia odpowiedzialności za kraj, który los zesłał im do rządzenia. Lekceważenie procedur prawnych, przykrywane tępym decyzjonizmem, łączy się z organiczną niezdolnością do refleksji nad sensem własnych poczynań. Do tego dochodzą już kompletnie ogłupiałe, ongiś niezależne media, karmiące resztki twardego elektoratu coraz bardziej bzdurnymi specjałami o nadchodzącym spisku międzynarodowego lewactwa (przypominam, że mówimy tu o kraju, w którym krwawa akcja Antify jest mniej prawdopodobna niż inwazja inteligentnych wiewiórek z Aldebarana).

Tymczasem mainstreamowa opozycja zupełnie niedorzecznie dąży do eskalacji konfliktu, licząc nie wiadomo na co. Odwołanie się do „kryterium ulicznego” w obecnej sytuacji jest idiotyzmem. Chyba że celem takiego działania miałoby być rzeczywiście sprowokowanie stanu, w którym zachodnie media będą mogły pokazywać polskich opozycjonistów bitych przez policję i narodowców. Jedynym „zyskiem” z takiego rozwoju wypadków będzie oczywiście załamanie się zaufania zagranicznych ośrodków decyzyjnych do stabilności polskiej gospodarki, co – biorąc pod uwagę nasz zależny charakter – doprowadzi do implozji.

Uniknięcie takiej sytuacji będzie możliwe, jeśli obie strony zdołają się cofnąć. Rząd musiałby umieć wycofać się z niektórych niepopularnych decyzji, a opozycja musiałaby samoograniczyć się do legalnych form protestu i uznać mandat władzy do przeprowadzania zmian. Niestety, trudno żywić podobne nadzieje, bowiem jednoczesne wycofanie się wymagałoby przedłożenia długofalowego interesu kraju nad nieskoordynowane emocje i quasi-taktyczne kalkulacje.

W tym zamieszaniu siły prospołeczne powinny trzymać się od tego cyrku jak najdalej. Jeśli cała ta sytuacja skończy się na tradycyjnych zapasach w politycznym kisielu, to po sfotografowaniu się w towarzystwie pewnych osób trudno będzie ocalić wiarygodność „trzeciej siły”. Jeśli, z kolei, dojdzie do autentycznej eskalacji, to nie ma sensu również dać się pobić po to, żeby Donald Tusk mógł wystąpić w BBC z zatroskaną miną. Co gorsza, zaangażowanie się po jednej ze stron może łatwo doprowadzić do tego, że na ostatniego sprawiedliwego w Gomorze wyrośnie Paweł Kukiz (na czym upasą się przyklejeni do niego antypatyczni narodowcy).

Czas na wybicie się na autentyczną trzecią siłę wydaje się zaś nie najgorszy. O ile bowiem PiS zaczyna reprezentować solidaryzm bez autentycznej demokracji, a mainstreamowa opozycja pozór demokracji proceduralnej bez solidaryzmu, o tyle projekt autentycznie demokratycznego, ale solidarnego państwa mógłby się teraz zacząć przebijać. Aby jednak projekt ten wypromować, należy przestać myśleć o polityce w kategoriach odruchu moralnej wyższości.

Ilustracja: Franciszek Sobieraj na podstawie ryciny Abrahama Bosse z okładki pierwszego wydania „Lewiatana” Tomasza Hobbesa

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *