AUTOR

Karol Kurnicki

Pochodzi z Lublina. Asystent naukowy w Instytucie Socjologii UJ. W 2015 roku obronił doktorat, dotyczący pojęcia ideologii w kontekście przestrzennym. Obecnie zajmuje się badaniem granic i różnic społecznych w osiedlach blokowych oraz spacerami w towarzystwie psa. Socjologia to dla niego "bezwzględna krytyka wszystkiego, co istnieje".

Nazywanie kogoś roszczeniowym już od dłuższego czasu jest w Polsce narzędziem służącym zyskiwaniu politycznej przewagi w debacie publicznej.

 

Jak pokazał kiedyś Wojciech Orliński, „roszczeniowość” w znaczeniu powszechnie dziś znanym pojawiła się w mediach na początku transformacji ustrojowej. Od początku też wiązała się z silnie negatywnym etykietowaniem różnych grup czy kategorii społecznych, które w nowych kapitalistycznych czasach zaczęły ujawniać swoje interesy i domagać się ich realizacji. Można wręcz powiedzieć, że w popularnym dyskursie dopiero nazwanie jakiejś grupy roszczeniową przydawało jej rozpoznawalności i spójności, powoływało ją do istnienia jako zbiorowego aktora.

Do sfery transformacyjnej mitologii zaliczyć można roszczeniowych górników, pielęgniarki czy nauczycieli. Etykieta roszczeniowości wciąż jest w użyciu w głównym nurcie dyskusji publicznej i medialnej pod postacią klasyfikowania tak osób różnymi sposobami poszukujących społecznego uznania i jego materialnego wyrazu w postaci lepszej pracy czy pensji. Obecnie chodzi nie tylko o deprecjację dużych grup zawodowych, takich jak wielkoprzemysłowi robotnicy czy pracownice sektora publicznego, których członkowie i członkinie z jakichś niezrozumiałych powodów nie chcieli masowo „brać spraw w swoje ręce” zaraz po utracie pracy. Zarzutem roszczeniowości uderza się również w pokolenie trzydziestolatków, oczekujących przyzwoitych warunków pracy czy podstawowych usług publicznych. Mówiąc krótko, bardzo wiele żądań pracowniczych i społecznych, zarówno o charakterze redystrybucyjnym, jak i związanym z szacunkiem, od wielu lat wiąże się z ryzykiem podpadnięcia pod negatywny stereotyp. Trzeba mieć sporo odwagi (albo być bardzo zdesperowanym), aby w takich warunkach zdecydować się na „bycie roszczeniowym”. Ale jeśli jedną z głównych zasad rządzących życiem społecznym jest dystrybucja szacunku, to nie można zapominać także o jej odwrotności – dystrybucji pogardy, a to właśnie ona stanowi punkt wyjścia dla łatki roszczeniowości. I trudno się dziwić, że jest ona dziś skutecznie zagospodarowywana w sferze politycznej jako część prawicowego backlashu.

Dyskurs roszczeniowości nie ominął miast, które także dość mocno doświadczone zostały przez transformację ustrojową. Od wielu lat poręcznym przykładem grupy roszczeniowej są ruchy lokatorskie, posługujące się często „nieładną” polszczyzną i desperackimi środkami obrony, rzadziej zaś przywołuje się przykład ekologów czy rowerzystów, którzy w naturalny sposób stali się – zamachującymi się na wolność innych – terrorystami. Uniknąć tego rodzaju deprecjacji udaje się tylko tym grupom, których postulaty dają się włączyć w ustabilizowane już układy miejskiej polityki. Władzom samorządowym o wiele łatwiej zrealizować woonerf, wpisujący się w „równanie do europejskich standardów”, niż wdrożyć programy mieszkaniowe czy regulacje zagospodarowania przestrzeni, będące w opozycji do interesów deweloperów. Wszystkie postulaty, których spełnienie wymagałyby głębszego przebudowania układu interesów lub władzy, a przynajmniej innego ułożenia redystrybucji wspólnych zasobów, zyskują dość szybko negatywne etykiety, z roszczeniowością włącznie.

Tymczasem pojęcie roszczeniowości i roszczeń w dość nieoczekiwany sposób zaczęło w końcu ujawniać swoją faktyczną użyteczność. Stało się to w związku z reprywatyzacją i faktami jej dotyczącymi, które ujrzały światło dzienne w ostatnich latach. Okazuje się, że w Polsce mamy do czynienia z dużą grupą roszczeniowych osób, ale nie są to pielęgniarki i tokarze, ale zajmujący się nieruchomościami „biznesmeni”, prawnicy, kuria i niedobitki arystokracji. Legitymizację ich działalności można odnaleźć w mitologii transformacji, która przyniosła przekonania o najwyższej wartości własności prywatnej, konieczności indywidualnego sukcesu i „radzenia sobie w nowych warunkach”. Nie można jednak zapominać, że przekształcenia własnościowe nie były skutkiem działania sił natury, lecz wynikły z wyborów i decyzji politycznych.

Reprywatyzacja, która dziś stała się ponownie kwestią polityczną, w o wiele większym stopniu ujawniła, o co toczy się społeczna i ekonomiczna gra, wykorzystująca krążące w mediach kulturowe kategorie. Wcześniej działało coś w rodzaju mechanizmu przeniesienia, który pozwolił ukryć tego rodzaju przekształcenia własnościowe w opowieściach o homo sovieticusach, będących na bakier z przedsiębiorczością i domagających się niesłusznie dachu nad głową. Tymczasem jest wielce prawdopodobne, że jeśli porówna się wielkość roszczeń, to te dotyczące własności nieruchomości okażą się znacznie większe od tych, na które składają się pensje, podwyżki i odprawy. Reprywatyzacja stała się tak ważna także dlatego, że wiąże się z powrotem do własności prywatnej. Ta zaś – według orędowników postsocjalistycznej transformacji – ma stanowić absolutną podstawę życia ekonomicznego i społecznego. Konsumpcja, a jednym z jej wymiarów w mieście jest przecież zamieszkiwanie, znalazła się z konieczności na drugim miejscu. Dzięki temu istotnie nastąpiła realizacja jednej z reguł kapitalizmu, w którym wartość wymienna (związana z posiadaniem i obrotem) góruje nad wartością użytkową (potrzebami, które nieruchomość zaspokaja).

Nic dziwnego zatem, że mechanizm odwróconej roszczeniowości, w którym to walczący z urzędnikami, prawnikami i reprywatyzatorami o swoje interesy mieszkańcy i mieszkanki byli stygmatyzowani, działał tak długo – wpisywał się przecież w nadrzędną opowieść o budowie kapitalistycznego państwa na posocjalistycznych gruzach.

Można na tę faktyczną, związaną z reprywatyzacją, roszczeniowość spojrzeć na dwa sposoby: ogólniejszy, odwołujący się do szerszych historycznych procesów transformacji polskiego społeczeństwa, oraz węższy, dotyczący samego funkcjonowania miast.

W pierwszym przypadku przywołać można tezę Andrzeja Ledera, który w „Prześnionej rewolucji” pisze o wciąż niezakończonej stabilizacji powojennego polskiego społeczeństwa, którego przemiany są wynikiem przekształceń własnościowych, w tym związanych z przejęciem pożydowskiego majątku. Reprywatyzację można w tym sensie rozumieć jako dalszy ciąg rozpoczętych po wojnie przypadków oportunistycznego nabywania własności, w III RP legitymizowanych dodatkowo przez kapitalistyczne reguły gry. Takie widzenie reprywatyzacji komplikuje nieco fakt, że jest ona przedstawiana jako próba przywrócenia starego porządku, czy nawet akt historycznej sprawiedliwości i zadośćuczynienie za krzywdy doznane ze strony komunistycznego państwa. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że właśnie ta komplikacja sprawia, iż dotychczas reprywatyzacja odbywała się w „podziemny” sposób – z jednej strony jest odwołaniem do przeszłości, o której lepiej nie wspominać (Lederowskie „prześnienie”), z drugiej strony – wpisuje się w budowę nowego porządku, ponownie przetasowującego relacje własności i stosunki społeczne.

W przypadku nieruchomości – zwłaszcza mieszkań – o możliwości przejęcia ich na własność decydowały często czynniki losowe. Na przykład to, w jaki sposób upadało przedsiębiorstwo będące właścicielem lokalu, w którym ktoś przebywał, albo jaką politykę względem zasobu komunalnego stosował samorząd. Mimo to warto na sprawę reprywatyzacji i związanej z nią roszczeniowości spojrzeć przyjmując szerszą, wynikającą z książki Ledera, perspektywę. Związane z reprywatyzacją procesy są wszak częścią dłuższej rekonstrukcji społeczeństwa, rozpoczętej po II wojnie światowej, jeśli nie wcześniej. Od dzisiejszych rozstrzygnięć własnościowych może w dużej mierze zależeć nie tylko pozycja społeczna poszczególnych jednostek, ale cała struktura polskiego społeczeństwa w najbliższych dekadach. Jest to rzecz wykraczająca poza posiadanie lub nieposiadanie mieszkania, ważniejsza nawet od kwestii życia lub śmierci – to walka o sam porządek społeczny. Podział korzyści z reprywatyzacji już teraz ma duże znaczenie dla funkcjonowania polskich miast, ich mieszkańców i mieszkanek, a jego konsekwencje są długofalowe.

Drugi sposób jest ściślej związany z samym miastem i tym, jaką rolę odgrywa ono zarówno w kontekście reprywatyzacji, jak i układu grup, które zdecydujemy się nazwać roszczeniowymi. Zarówno życie miejskie, jak i lokalna polityka to pasmo wysuwania roszczeń. Przestrzeń jest bardzo ograniczonym zasobem, a jej pomnożenie przychodzi z trudnością (może się ono odbywać np. poprzez budowanie w górę lub w dół, ale wiąże się to z dużymi kosztami). Rezultatem gry, w której biorą udział osoby o nierównych zasobach i możliwościach, są budowa i sposób wykorzystywania miasta. Zajmowanie miejsca przez zaparkowany samochód oraz budowa osiedla mieszkaniowego na miejscu parku stanowią pewien rodzaj roszczenia wobec przestrzeni, która mogłaby być wykorzystana w inny sposób. Względna sprawność miasta jako instytucji polega na tym, że jest ono machiną rozgrywającą i stabilizującą roszczenia w taki sposób, że nikt nie uzyskuje trwałej i zagrażającej istnieniu innych przewagi. Jak pokazuje kwestia reprywatyzacji, obecnie w miastach mamy do czynienia z niesprawiedliwością, polegającą na priorytecie roszczeń dotyczących własności kosztem tych, które wynikają z podstawowych społecznych interesów, takich jak prawo do mieszkania, egzystencjalne bezpieczeństwo lub możliwie równy dostęp do szans życiowego rozwoju.

Nie chodzi o to, aby rezygnować z roszczeń, lecz o to, by podstawą ich wysuwania było właściwe rozpoznanie sytuacji. Kto jest bardziej roszczeniowy? Odzyskujący wartą wiele milionów złotych działkę prawnik czy chcąca pozostać w mieszkaniu lokatorka komunalna? Zgromadzenie zakonne zamykające park czy społeczność miejska chcąca z niego korzystać? No i najistotniejsze – czyje roszczenia są ważniejsze? Podtrzymywanie legendy o roszczeniowości w wersji rozpowszechnianej przez ostatnie dekady sprawia, że mylimy główne postaci i maskujemy rzeczywisty przebieg społecznych przemian. Przydałoby się w końcu stworzyć nową opowieść.

Zdjęcie: Ewa Korzeniowska

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *