AUTOR

Jarosław Górski

Urodzony w 1970 roku, absolwent filologii polskiej UW. Stara się pracować w zgodzie ze swoimi kwalifikacjami: uczy, pisze, redaguje, opowiada i wymyśla. Mieszka w Warszawie, a ostatnio także w pewnej mazowieckiej wsi.

Różne miałem w życiu zajęcia, a teraz mam takie, dzięki któremu trochę bardziej niż zwykle interesuję się życiem i twórczością pewnej pisarki. Pisywała ta pisarka dla dzieci, a ja, chcąc sprawdzić, czy badacze nie przegapili jakichś jej utworów, poprosiłem w bibliotece o podanie kilku powojennych roczników „Świerszczyka”.

Żadnych, niestety, utworów mojej pisarki tam nie było, ale z przyjemnością poczytałem sobie choćby wierszyki Broniewskiego, takie, jakich nie ma nawet w najpełniejszym wyborze Feliksy Lichodziejewskiej. My, filolodzy, mamy takie swoje małe radości, kiedy odkryjemy coś zapomnianego.

I tak się w tych „Świerszczykach” zaczytałem, że czytałem je od deski do deski: wierszyki, opowiadania, fragmenty dramatyczne, listy do redakcji… I właśnie wśród tych listów znalazłem coś, nad czym zatrzymałem się chwilę dłużej. Taki był tam list: Halinka Lippe [nazwisko zmieniam na potrzeby tej opowieści; było ono dość rzadkie i właśnie takie trochę niemieckie], lat 10, zam. Warszawa ul. Wolska 38 m. 11 [adres oczywiście też teraz zmieniam] chce korespondować z dziewczynką z innego miasta.

Uśmiechnąłem się, bo akurat pewna nauczycielka z mojej podstawówki nazywała się Halina Lippe-Gąsiewska. Z kolegami nazywaliśmy ją Lipą [to też zmienione] i baliśmy się bardziej niż innych. Uśmiechnąłem się, ale zaraz w mojej głowie rozpoczęły się obliczenia, ileż to lat mogła mieć Halina Lippe pod koniec lat 70., kiedy była postrachem pewnej szkoły podstawowej na Woli, i czy nie mogła być ona przypadkiem tą dziesięcioletnią Halinką Lippe, która w roku 1948 za pośrednictwem „Świerszczyka” szukała korespondentki. Pamiętam panią Lippe-Gąsiewską jako osobę dość już wiekową, ale odkąd spotkałem nie tak dawno mojego nauczyciela ZPT z klasy siódmej i ósmej, pana Piątka [nazwisko zmienione takoż] i dowiedziałem się, że jest on ode mnie starszy nie o lat trzydzieści, ale o dwanaście (rozpoczął u nas pracę tuż po studiach), nie wierzę już swoim wrażeniom w podobnych sprawach.

Ogłoszenie Halinki Lippe nie dawało mi spokoju. Wpisałem do wyszukiwarki jej imię i nazwisko, ale nic ciekawego dzięki temu nie odkryłem. Przypomniałem sobie jednak, że pani Lippe miała syna, wciąż o tym Wojtku opowiadała, chyba licealistę wtedy, gdy uczyła nas w czwartej czy piątej klasie. Wpisałem do wyszukiwarki nazwisko Wojciecha Gąsiewskiego – i proszę! Jest taki pan Wojciech, i to wcale nie Wojciech Gąsiewski, ale nawet Wojciech Lippe-Gąsiewski. A jest to nie byle jaki pan Wojciech. Jest bowiem profesorem na jednej z warszawskich uczelni, której nazwy podawać tutaj nie ma potrzeby. Grunt, że jest to jedna z tych porządnych uczelni, które podają na swojej stronie internetowej godziny dyżurów swoich pracowników i numery telefonów, pod którymi można się w tych godzinach z nimi skontaktować.

No i okazało się, że profesor jest właśnie synem pani Haliny Lippe, wcześniej postrachu jednej z wolskich podstawówek, a jeszcze wcześniej dziewczynki poszukującej przyjaźni za pośrednictwem „Świerszczyka”.

Okazało się, kiedy kilka dni temu zjawiłem się z wydrukowanym skanem na herbatce u pani Haliny. Poznała mnie. I, nie przerywając płaczu niemal na kwadrans, opowiedziała o Dzidce ze Świdnicy – swojej wielkiej korespondencyjnej przyjaźni. Pokazała listy, ale nie pozwoliła do nich zajrzeć. Nie pamiętała, jak się ta korespondencja zaczęła, ale pamiętała, że trwała do jej siedemnastego roku życia, kiedy to Dzidka, z nie wiadomo jakich powodów, przestała odpowiadać na kolejne listy. Nigdy się nie widziały, ale kiedy korespondencja urwała się, pani Halina czuła się tak, jakby ktoś jej bardzo bliski zaginął bez śladu. I do dziś – powiedziała – opłakuje swoją Dzidkę.
– A jak Dzidka miała na nazwisko? – zapytałem.
– A czemu pytasz?
– Bo może Dzidkę da się odnaleźć. Odnalazłem panią, może odnajdę i Dzidkę.

Pani Halina, przez łzy, powiedziała, że musi się zastanowić. Że da mi znać, jeśli będzie chciała odszukać dawną przyjaciółkę. Zatelefonuje.

No i czekam teraz na ten telefon.

Zdjęcie: Pixabay

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *