AUTOR

Jarosław Górski

Urodzony w 1970 roku, absolwent filologii polskiej UW. Stara się pracować w zgodzie ze swoimi kwalifikacjami: uczy, pisze, redaguje, opowiada i wymyśla. Mieszka w Warszawie, a ostatnio także w pewnej mazowieckiej wsi.

Juliana Tuwima martwi pewna właściwość wyobraźni, myślenia współczesnego człowieka. Ludzie patrzą na świat, nie tylko nic z niego nie rozumiejąc, ale i nie dostrzegając, czy – lepiej powiedzieć – nie odczuwając w nim tego, co jest jego istotą. Zarówno mądralińscy, ironiczni panowie, pokształceni na duchownych i świeckich uniwersytetach, jak i straszni mieszczanie międlący w ustach gazetową papkę, czy tutejsze idiotki wraz z miejscowymi kretynami wysiadujące plusz kinowych foteli nie dostrzegają w świecie Boga.

Człowiek wepchnięty w profanum

Nie dostrzegają Boga, który jest wszystkim i jest wszędzie, a więc także jest każdemu człowiekowi dostępny na wyciągnięcie ręki, a którego doktryny religijne i filozoficzne, pycha dotychczasowych mistyków (wśród których nie brakuje i poetów), a także lenistwo i pokora prostaczków uporczywie umieszczają w niby niedostępnej zwykłym ludziom sferze. Elitarna sztuka, podobnie jak hierarchiczna organizacja Kościołów, zamiast Boga ludziom przybliżać, zawłaszcza go dla artystów czy kapłanów, opisuje wyłącznie dla nich zrozumiałymi słowami, wpycha w im tylko dostępne kategorie.
Boże, choć oni wszystko ustalą i ujmą,
Scalą i w stal zakują w kuźniach swej potęgi,
Ty dalej będziesz falą przetaczał się bujną

W umiłowanym sercu płochego włóczęgi („Do Boga” z tomu „Treść gorejąca”) – mówi poeta, choć wie, że Samozwańcy Twojego imienia (tamże) umieją serca maluczkich kształtować tak, by zadowalały się nie obcowaniem z Bogiem, ale słuchaniem pobożnych nauk. A maluczkim tylko w to graj: skoro tylko ci wielcy są Boga w stanie rozumieć, zostawmy im wzniosłe rozmyślania, a sami zajmijmy się spokojnym zarabianiem na chleb, trawieniem i reprodukcją.

Bóg zostaje więc od ludzi odseparowany, oddzielony, nie tylko przez takich nadzwyczajnych pośredników, jak kapłani, uczeni mędrcy, natchnieni poeci, którzy jedynie z racji swojej nadzwyczajności mogą mieć do niego dostęp. Między człowiekiem a Bogiem jak nieprzebyty mur stoją powszechne przekonania o tym, że Bogu z racji jego ogromu należy się specjalny rytuał, że podchodzić do niego nie można inaczej, niż z pokornie spuszczoną głową i z powagą pełną lęku. Że ów lęk właśnie, to jest odczucie obecności Boga dostępne maluczkim. Człowiek zwyczajny musi wierzyć już nawet nie w Boga, ale w objawienia tego Boga, których świadectwo dają inni: dawni prorocy i natchnieni autorzy przefiltrowani jeszcze przez warstwy interpretatorów, uczonych w piśmie, wytrawnych znawców i kontynuatorów tradycji. On sam na boskie objawienie nie ma co liczyć, jest na nie jakoby za mały, za głupi, za słaby charakterem, wolą i wykształceniem.

Został więc człowiek zwyczajny wepchnięty w jakąś sztucznie uformowaną sferę profanum, a Bóg, w równie sztucznie uformowaną, sferę sacrum. I może jest bezpieczniej, że sfery te nigdy się nie spotykają, że człowieka spętano tak, aby nawet głowy nie odwracał w kierunku, z którego przyjść może objawienie. Ale czy to nie woła o pomstę do nieba, że zwyczajnemu człowiekowi odebrano Boga? Że w wyobraźni zwyczajnego człowieka Świętość zamienia się w jakieś groteskowe teatrum? Że Dobro, Piękno, Prawda przyjmują kształt łzawych wzruszeń litościwymi uczynkami, tandetnych pozłacanych figurek wypełniających wnętrza świątyń, przesądów przyjmowanych bez cienia refleksji ale za to bronionych świętym oburzeniem przed jakąkolwiek głębszą myślą?

Pergaminowi święci, straszydła zasuszone,
Siedzą w niebiosach kołem, jak na akademii.
Puszy się żółty świętek, kiedy jest patronem,
Nędzną radość imienin nasłuchując z ziemi.

Byli dawniej majstrami, chorążymi cechów,
Chodzili na majówki kasy pogrzebowej,
Umierali w niedzielę – ważnie, bez uśmiechu,
Wydłużając się w laskę gromnicy woskowej.

Przeczuwali, konając, panopticum boże,
Gdy w kolistym prezydium niebiańskich zdechlaków
Zaczną krążyć dostojnie, zmieniani przez zorze,
Po tym kalendarzowym, świątecznym zodiaku.

Więc już zawczasu czcili prochy i popioły,
Basem w chórze śpiewali, mając śmierć na względzie,
A kukły zakurzone, gliniane anioły,
Szeptały im do ucha, jak w niebiesiech będzie.

W postne, żałobne piątki, dnie wizyt żebraczych,
Grosze z prośbą o modły dawali ubogim,
A gdy ich imienników Bóg przywołać raczył,
Wklejali do albumów wzniosłe nekrologi.

Z wystraszonymi dziećmi na sztywnym spacerze
Stąpali procesyjnie, surowi, słomiani,
I teraz w świętobliwej, męczeńskiej kompanii
Tak samo ważą kroki mieszczuchy-rycerze

Na cyferblacie roku obrotem słonecznym
Kręcą, kręcą się w kółko, misją swą przejęci,
Wpatrzeni w złote centrum, gdzie ów Nikt odwieczny
Mechanizm zegarowy z namaszczeniem kręci.

I cieszą się, gdy szewcy, garbarze i zduny,
Pieją modły dziękczynne fachowym patronom,
I mruczą źli, gdy czasem poeta-astronom
Zuchwale w niebo wbije oczy swe, pioruny.

(„Hagiografia” z tomu „Rzecz czarnoleska”)

Taniec pijaka, wariata, poety

Czy to nie woła o pomstę do nieba, że potężny, wszechmogący i wszechobecny Bóg został przykrajany do rozmiaru świętka? Ależ woła. Dla poety nie ma nic bardziej oburzającego. Dla poety, który – mimo że sam czuje więzy wrzynające się w ciało – epifanii doświadcza, nieznośna jest zarówno pustka przenikająca dusze ludzi, jak i powszechna obojętność wobec żywego, osobowego i wszechobecnego Bóstwa. Poeta wie, że jego twórczość jest naturalną reakcją na epifanie. Nie ich opisem, nie świadectwem, nie nauką daną maluczkim, ale właśnie naturalnym odruchem człowieka, któremu rzeczywiście dane było Boga spotkać i poczuć siłę pozwalającą zerwać wszelkie więzy, w które wpycha go religijny rytuał, tradycja, ograniczenia języka czy artystycznej konwencji, nakazując mu określone zachowania i wmawiając mu określone uczucia. Taki poeta nie jest zdolny do przyjęcia nakazanej pozycji i nazwania tego, co mu się przytrafiło słowami, które zasłyszał od mędrców, kapłanów, mistrzów w poetyckim rzemiośle. On zaczyna wrzeszczeć. Albo tańczyć, pląsać w niezrozumiałym dla siebie, ale jednocześnie najbardziej oczywistym ruchu, który nie został wymyślony ani wyćwiczony, ale na skutek tego spotkania opanował ciało.

– Poezja – jest to, proszę panów, skok,
Skok barbarzyńcy, który poczuł Boga!

Jest to pierwotny, czippewajski krzyk
I chutna miłość do rodzącej ziemi,
Zadowolony barbarzyńcy ryk,
Gdy ujrzał Ogień oczy zdumionemi.

Wtedy – podskoczył! To – poezji Bóg!
Skoczył – i krzyknął słowo obłąkańcze!
Poświęcił Bogu chaty swojej próg,
Poświęcił tańcem. Więc i ja też tańczę.

(„Poezja” z tomu „Czyhanie na Boga”)

U Tuwima taka metafora: poezji jako dzikiego wrzasku czy opętańczego tańca, jako niedającej się opanować fizjologicznej sekrecji, reakcji na spotkanie z Bóstwem cielesnej, a jednocześnie artystycznej, bo twórczej i pięknej, jest więcej niż częsta. To może zresztą działać w dwie strony: epifania może wyzwalać taniec czy wrzask, ale też taniec może otwierać oczy na Świętość rzeczy pozornie pospolitych i zwykłych. Sokrates, jak przesądziła apollińska wyrocznia, najmądrzejszy z ludzi, dopiero kiedy pijany doświadczył dzikiego, nierozumnego a także pełnego wulgarności tańca, zrozumiał, jak ulotne, nietrwałe i w końcu nieważne są prawdy zamknięte w kategoriach, w myślowych konstrukcjach, choćby i spojonych żelazną logiką:

Idź, Cyrbeusie, uczniom powiedz,
Że już trafiłem w samo sedno:
Że cnotą jest – zlizywać pył
Z ateńskich ulic! Lub im powiedz,
Że cnotą jest w pęcherze dąć!
Że cnotą jest – lać wodę w dzbany!
Albo – wylewać! Wszystko jedno…
(…) Bo cóż jest słowem, a co czynem,
Bo cóż jest dobro, a co zło,
Kiedym się złotym upił winem,
A mam kosmatą głowę psa
I w głowie zamęt obłąkańczy?!

(„Sokrates tańczący” z tomu „Sokrates tańczący”)

Nasz świat epifanii się boi. Wszelkiego autoramentu ludzie „zwyczajni” są tak przerażeni możliwością stanięcia twarzą w twarz z Bogiem, dostrzeżenia Świętości tam, gdzie ona jest (a więc gdziekolwiek), doświadczenia tego, co od nich samych większe, że stworzyli całą cywilizację, która eliminuje, wyśmiewa, bagatelizuje czy poniża litością wszystkich tych, którym do Boga bliżej. Stworzyli cywilizację, która zakazuje czy gardzi takimi stanami ludzkiej duszy, które otwierają ją na osobiste spotkanie ze Świętością.

Wzgardzony pijak, Sokrates tańczący, zlekceważone dziecko, Żydek obłąkany („Żydek” z tomu „Słowa we krwi”), szaleniec, Lunatyk we śnie krążący („Rozmowa” z tomu „Słowa we krwi”) otoczony obłudnym współczuciem, i w końcu poeta, oni wszyscy swoim bełkotem, swoim tańcem, śpiewem, składaniem chwytanych w powietrzu słów, dają świadectwo temu, że Bóg istnieje, że obecny jest stale i wciąż także na tym świecie, że działa i przemawia do swojego stworzenia głosem wołającego na pustyni. To właśnie oni umieją wejść do świata, w którym

(…)jest trwoga
Chwiejna, blada podłoga
I otchłań srebrnej nocy,
I znikąd nie ma pomocy,
Choć blisko do Pana Boga.

(„Rozmowa”)

To na nich w końcu spoczywa misja przekrzykiwania pokrętnych modlitw kapłanów, dowrzaskiwania się do zatkanych zapleśniałą woskowiną uszu strasznych mieszczan i dobijania się do móżdżków tutejszych idiotów, upartego lezienia w oczy obywatelom Aten i Warszawy, pięknym dystyngowanym damom i panom, którym wariacki taniec czy wiersze sklecone ze słów nie dość eleganckich i swojskich psują decorum małego, ślicznego i przewidywalnego światka, w którym wydaje im się, że żyją. To właśnie ci odrzuceni mają światu, w który ich odrzuca dlatego, że odrzuca żywego Boga, wciąż się naprzykrzać z nowiną, wcale nie zawsze dobrą, że Bóg żyje, że działa, że jest widzialny i słyszalny. Poeta ma to szczęście, i to nieszczęście, że jest głosem, a może wrzaskiem Boga na ziemi, która uparcie nie chce Boga słyszeć.

I ja i On w odwiecznej męce
Miłością rozsadzamy świat,
W niebie szaleją mściwe ręce
I jego oczu gwiezdny grad.

A jeśli grom – to On, to On
Na dół płonącą runął głową!
A jeśli krzyk – to ja, to ja:
Ludzkiego buntu boże słowo!

(*** z tomu „Słowa we krwi”)

Objawienie jak gwałt

Oczywiście, trudno się światu dziwić, że zamyka się na Boga. Epifanie, które są udziałem poety, nie mają przecież nic wspólnego z dostępnym powszechnej religijności doświadczeniem duchowego ciepełka. One zawsze są nieprzewidywalne i ekstatyczna rozkosz może tu sąsiadować z przerażającym cierpieniem, a może jest i tak, że jednego od drugiego nie da się w żaden sposób rozdzielić. Bóg bowiem, im bardziej objawia się śmiertelnikowi w swojej prawdziwej postaci, im mniej siebie ukrywa pod maską metafory, symbolu czy eufemizmu, tym bardziej przecież zadaje mu gwałt.

Tak właśnie, Bóg Tuwimowski to Bóg jedyny, Bóg w rzeczy samej chrześcijański, wszechmogący i miłosierny, maluczkim objawiający się często w postaci Chrystusa, lecz objawiający się bezskutecznie, bo przez przyzwoitych, bezpiecznych, dbających o formę wiernych niezauważany, ignorowany. Czasem tylko poznają go, lecz przedtem zelżą i oplują,
ci, którzy po pijanemu tańczą:

Zbiry, katy, wyrzutki,
Wisielce, prostytutki,
Syfilitycy, nożownicy,
Łotry, złodzieje, chlacze wódki.

(…)
Żebracy, ladacznice,
Wariaci, chytre szpicle,

(…)
Psubraty!

Starcy rozpustni, stręczyciele,
Wstydliwi samogwałciciele.

(„Chrystus miasta” z tomu „Czyhanie na Boga”)

Jednak Chrystus, mimo że i tak niezrozumiany, to wciąż jednak pewien eufemizm, Bóg który objawia się światu w postaci dla niego strawnej i dostępnej. To objawienie podobne do tych, którymi darzył swoje ziemskie wybranki Zeus, przemieniający się dla nich, ze względu na ich małość, słabość i kruchość, w złoty deszcz, w byka osła czy łabędzia, albo w płomień ognia. Ale poecie Bóg objawia się tak, czy raczej – wybacz, Gromowładny, jeślim się zapędził! – niemal tak, jak Zeus objawił się Semele: w swojej prawdziwej postaci. A takie spotkanie to gwałt. Gwałt w rzeczy samej, a więc akt okrutnej przemocy i niewydarzonej (bo boskie nasienie na śmiertelną pada glebę) kreacji:

Wskoczyłeś na mnie, jak zwierzę,
Gęstą noc rozdarłeś pazurami,
Oczy w oczy wbiłeś mi gwoździami,
Pod twoim skowytem leżę
Już na zawsze oddany,
Wpleciony w gwałtu Twego okrucieństwo!
(…)
Dźwigam płód, który się we mnie rozrasta,
A nigdy się nie urodzi.
(…)
Plotka chichotliwa za mną chodzi,
Że dźwigam Antychrysta!

(„Do niego” z tomu „Czwarty tom wierszy”)

Doświadczenie Boga jest więc doświadczeniem świata takiego, jaki jest, niezafałszowanego, niezagadanego przez ludzki strach przed dostrzeżeniem jego istoty. A zadaniem poety jest właśnie taki świat, którego się doświadczyło, opowiedzieć, a przynajmniej poczynić mniej czy bardziej nieudolne starania, tym, którzy nie chcą o nim słuchać. Poeci więc to tacy właśnie boży szaleńcy, dotknięci darem albo przekleństwem widzenia Boga, a więc świata w swojej prawdziwej postaci:

Myśmy ludzie prości, ludzie nieuczeni,
Słowem-ogniem wszczęci, słowem-ogniem chrzczeni.

Splotem słów chwytamy tajnię w śpiewnym rymie,
U nas kwiatu – słońce, słońcu – kwiat na imię.

Lecz w tej naszej mowie, w tym przedziwnym dziwie,
Świat się tak nazywa, jakim jest prawdziwie.

(„Nasza mądrość” z tomu „Sokrates tańczący”)

Oczywiście, podkreślmy to raz jeszcze, doświadczania świata, doświadczania Boga zazdrościć poecie się nie powinno, on sam przecież niejednokrotnie Boga prosi, aby ten oszczędził mu takiego przywileju. Śmiertelnik przecież ma oczy stworzone do oglądania zwyczajnego, śmiertelnego świata, i kiedy przez jakiś efekt anatomii, czy może boski kaprys, dostrzega w świecie rzeczy nieśmiertelne, musi zapłacić za to straszliwą cenę. Choć przecież z drugiej strony, a może właśnie z tej samej, skoro śmiertelnymi oczami ujrzał w świecie Świętość, nie będzie już nigdy mógł się pogodzić z perspektywą niedostrzegania Boga w świecie. I jak tu się dziwić, że z ust poety wychodzą modlitwy, będące błaganiem o zdjęcie z wątłych barków brzemienia doświadczania Boga i jednocześnie groźbą, by Bóg takiej prośby nie ważył się posłuchać:

Ilem ja się nabłagał,
Godzin moich rozkrwawił,
Kiedym z Tobą się zmagał,
Byś od siebie mnie zbawił!

Ilem wykłuł oczami
Gwiazd w otchłannej twej nocy,
Urągając twej mocy,
Kiedy byliśmy sami.

Wymęczyłeś mnie, drżący
O swych dzieł tajemnicę,
Doskwierając mi słońcem,
Strasząc sinym księżycem.

Ilem razy odskoczył,
Nie zabity piorunem,
Gdym zbyt śmiało wbił oczy
W chmurzysk burzę i łunę!

Wieczna moja zgryzoto,
Męko moja, torturo,
Śmigająca mną potąd,
Aż w śmierć wmieciesz wichurą!

Gdy nie schyli się niebo,
Piekło sercem poruszę,
Acheronta movebo!
Muszę!

(„Flectere si nequeo superos Acheronta movebo” z tomu “Słowa we krwi” – tytuł jest cytatem z „Eneidy” Wergiliusza, w wolnym przekładzie oznacza: „Jeśli nie uda mi się skłonić nieba, poruszę piekło”)

Cierpienie szczęścia

Bo to właśnie tandetna, pergaminowo-złocona powszechna wyobraźnia stwarza wizję Boga, wizję Szczęścia jako jakiegoś błogostanu, jakiegoś cieplutkiego rozczulenia nad stanem własnej maleńkiej duszy, której akurat właśnie nic nie brakuje. A Szczęście – co poeci, którym Boga w jego własnej postaci dane było spotkać, wiedzą doskonale – to przecież odczucie potworne, które niszczy i na zawsze już odbiera spokój, choć przecież tak pożądane, tak utęsknione. A poetycka twórczość, ten taniec, którym śmiertelne ciało reaguje na spotkanie Boga, to przecież spazm potwornego bólu, bezskuteczna próba przemówienia językiem śmiertelnych do Boga:

Kamienie raczej rąbać dla czerstwego chleba
I żuć go, by znów siły zdobyć na rąbanie,
Niż tak po ziemi chodzić i tak pragnąć nieba,
I tak ze szczęścia cierpieć, jak ja cierpię, Panie!

Patrz, jak się ze mnie rodzą te słowa w męczarni,
Słowa – krew moich szarpań, ran rozdartych ogień
Mojżesz, który sepleni, bełkoce niezdarnie.
Nie mam swego Arona, co by mówił z Bogiem.

Tak dźwięczne szczęście życia przekleństwem się stało,
Apostoła mi ześlij! niechaj mnie tłumaczy!
Słowo stało się ciałem, a popiołem – ciało
I w prochu moich modlitw tarzam się w rozpaczy.
(„Kamienie raczej rąbać…” z tomu „Rzecz czarnoleska”)

I chyba najbardziej przerażające jest to, że ten, komu Bóg postanowił się ukazywać, już nie może nigdzie oczu odwrócić, aby Boga nie dostrzec czy choćby nie przeczuć, że ta bezpieczna sfera profanum, w której można się ukryć, staje się coraz mniejsza, coraz odleglejsza, że to co pozornie do niej należy, tak naprawdę także okazuje się jedną z emanacji Nieskończonego. Spójrzmy choćby na taką, niby codzienną sytuację:

Jesteś znowu! Mój Boże! Jak mi serce bije!
Jak mi się wzrok owiośnił! Jak świat rozradował!
Tylem nocy Cię w snach, nazbyt krótkich, całował!
Tylem dni dzień ten tęsknił, co przyszedł i żyje!

(„Jesteś znowu” z tomu „Sokrates tańczący”)

Czy to Bogu została mocą poetyckiego języka nadana postać wytęsknionej kochanki, czy to w śmiertelnej, cielesnej kochance mistyk-poeta dostrzegł jedno z Bożych objawień? Bo w to, że to tylko taka lekka poetycka zabawa, wtrącenie w egzaltowane powitanie pospolitego, kolokwialnego okrzyku „Mój Boże!”, nikt, komu nieobce są Tuwimowskie epifanie, nie uwierzy.

Mistyk w pozłotce z mimozy

Tuwim więc, to poeta-mistyk, czyhający na Boga, szukający Boga, który Boga odnalazł i który z Bogiem jak równy z równym rozmawiał, poeta właśnie na wskroś religijny, i w dodatku misjonarz, bo uparcie i konsekwentnie ubierający swoje epifanie w słowa maluczkim dostępne, wciąż mający na względzie zmieniający się język prostego człowieka, jego zmienną i kapryśną wyobraźnię. Wciąż dbający o to, aby nie popaść w samozachwyt, w tak częste u poetów-mistyków przekonanie, że Boga tylko nieliczni mogą doświadczyć, że świat maluczkich to świat motłochu, do którego przemawiać trzeba a nie mówić. Tuwim jest właśnie przekonany, że sam jest takim samym maluczkim jak ci, do których mówi, i że Boga doświadczyć może każdy, choć wielu z różnych względów doświadczać go nie chce lub nie potrafi. Dlatego z ludźmi warto rozmawiać o Świętości, ich własnym językiem, ale bez przykrawania Boga do kształtu i rozmiaru pozłoconego świątka.

I szkoda czasem, choć nic dziwnego, że polskim odbiorcom, z takim szacunkiem, z takim zaufaniem przez poetę traktowanym, zdarza się Tuwima i jego przerażające, wspaniałe świadectwo, potraktować tak, jak zwykło się w tym świecie traktować Boga: przyciąć do rozmiarów i kształtów pasujących do standardowej wyobraźni, upudrować tanim zachwytem, zedrzeć barwy niejasne i nieoczywiste, aby móc się delektować miłą czułemu serduszku pozłotką (której wszak w poezji Tuwima nie brakuje): tymi wszystkimi mimozami, konwaliami, zapachami wanilii w mleku i palonej kawy z kredensu. Że naszym bojącym się Boga (panicznie) rodakom zdarza się zaklejać Tuwima etykietką poety niepoważnego, lekkiego, takiego raczej dla dzieci niż dla poważnych dorosłych. Bo o chłopcach dziarskich acz tępych, którzy w tej poezji Boga nie zauważą, bo Bóg jest im potrzebny tylko do grawerki na kastecie, którzy w tej przebóstwionej twórczości umieją poszukiwać wyłącznie szmoncesu kalającego niby język, którego ani nie kochają, ani nie rozumieją, szkoda nawet wspominać.

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach Magazynu Literackiego Książki nr 4/2013.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *