AUTOR

Olga Drenda

Dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Etnologii i Antropologii Kultury UJ. Publikowała m.in. w "Polityce", "The Guardian", "2+3D", "Glissando", "Dwutygodniku", "Lampie", "Digital Camera Polska", "Tygodniku Powszechnym", "Szumie", "Trans/Wizjach", "Gazecie Magnetofonowej". Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu "Delikatnego mechanizmu" i "Wybuchowego biletu" W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów "Bukaresztu" Małgorzaty Rejmer na język angielski. Ostatnio wydała książkę "Duchologia" (wyd. Karakter, 2016). Mieszka w Mikołowie.

Mieszkam od niedawna w okolicy, która zaczęła błyskawicznie zagęszczać się po roku 2000, może trochę później. Widać tu osadnicze fale pokoleniowe.

 

Pojedyncze najstarsze domy, te typu „kostka polska”, mają elewacje dekorowane kawałkami ceramiki w kolorach czarnym, białym i „syrenkowoniebieskim”, kolorze PRL-owskiej emalii: resztki z jednej i tej samej, nieznanej mi niestety fabryki. Pokolenie średnie, do którego zalicza się też dom, w którym obecnie mieszkam, reprezentuje styl uzdrowiskowo-skandynawski, ze spadzistymi dachami i dużą ilością desek pomalowanych na brązowo. Wygląda jak fantazje architekta z któregoś z popularnych w późnym PRL magazynów dla majsterkowiczów i budowniczych samouków. Młodsi, osadnicy od roku 2000 wzwyż (tych jest najwięcej), mają siedziby rozłożyste, katalogowe, zwykle żółto-czerwone, zdobne w metaloplastykę, inicjały i kolumienki. Najmłodsi żyją w grodzonych szeregówkach. Ci zawitali tutaj już za czasów asfaltu, kanalizacji i linii telefonicznej, dóbr, o które – jak mówią starsi sąsiedzi – długo trzeba było się dopraszać.

To typowa opowieść o obszarze półwiejskim, a raczej o nieużytku przekształconym w przedmieście, jakich wiele; na pewno niejedna miejscowość i niejedna dzielnica tzw. domkowa kryją podobne historie. Są one zwykle trudne do odszyfrowania i odtworzenia, dzieją się bowiem na przecięciu życiorysów prywatnych (i to często osób przyjezdnych, niekoniecznie znających swoich sąsiadów) i archiwalnych papierów miast czy instytucji, do których tym terenom zdarzało się należeć (jak często nieistniejące już przedsiębiorstwa). Dotyczą nie-miast i nie-wsi, terenów „pomiędzy” z pojedynczym, rozsypanym osadnictwem. Ponadto ludzie decydują się zamieszkać w takich miejscach właśnie dlatego, że chcą być z dala od wszystkiego. Współczesne historie przedmieść pozostają więc anonimowe. Obecni mieszkańcy rzadko wiedzą, co znajdowało się wcześniej w danej lokalizacji i kim był zmarły właśnie sąsiad. Krajobraz, który należy jednocześnie do wszędzie i nigdzie, trudno rozszyfrować na fotografiach, o ile komuś chciało się utrwalać jakieś przypadkowe domki i chaszcze. Jedną z moich pomniejszych pasji jest śledzenie stron internetowych pasjonatów polskich miejscowości, którzy świetnie odgadują ze starych zdjęć lokalizacje budynków, odtwarzają stary krajobraz, zestawiają wczoraj i dziś.

jezioro3

Starsze warstwy historii udokumentowano lepiej, dobrze, jak na takie nie-miejsce. Wiem, gdzie znajdował się nazistowski obóz pracy dla jeńców wojennych i jak nazywali się ludzie uwięzieni za dostarczanie im jedzenia. Wiem, jakie ponure historie o miłości i zbrodni opowiadano dwieście lat temu w związku z obecnością rzeźbionego krzyża w lesie, ponieważ zapisał je pewien niemiecki historyk. Ale nie wiem za to, kto i w jakiej intencji wywiesza dzisiaj na drzewach minikapliczki, własnoręcznie składane ze znalezionych kawałków drewna i kartonu, pinezek i wypłowiałych zdjęć. Nawet nie wiem, kogo o to zapytać.
Najciekawsze są te miejsca, do których nie prowadzi żadna droga, tylko wyrastają nagle z trawy albo błota. Na przykład to, w którym późnym latem rośnie niemal tropikalna roślinność i które wyjątkowo lubi odwiedzać mój pies. Jak dowiedziałam się przypadkiem, jest to teren dawnej oczyszczalni ścieków, po której zostało kilka metrów kwadratowych różowego lastriko i kawałek asfaltu z dziurą w środku, jak po meteorycie. Nawóz musiał być wspaniały, sądząc po obfitości flory i radości Puflona, który czuje pewnie jakieś niedostępne dla mnie fluidy. Nie mam pojęcia, jak docierał tu jakikolwiek pojazd. Jest jeszcze pewien dom, niemal pod moim nosem, jednak skutecznie schowany – z jednej strony zasłonięty przez nowe, grodzone osiedle, z drugiej przez las. Do niego również nie prowadzi droga, trzeba przedostać się przez wysokie trawy, rowy, sarnie ścieżki. Cały teren został właściwie zaanektowany przez sarny. Nie wiem, kiedy opuszczono gospodarstwo, ozdobione od frontu ceramiką typową dla najstarszych budynków w okolicy. Sznurkowa huśtawka przed wejściem i pozostawiony przy drzwiach portret dziecka, na oko z lat 70. (spodnie na szelkach, grzywka), każą mi na chwilę wstrzymać oddech, po czym przypominają mi, że widziałam chyba za dużo horrorów. Opuszczone domy zachęcają do dopisywania sobie w wyobraźni różnych opowieści, które zwykle mają w sobie wiele z hollywoodzkich scenariuszy, podczas gdy faktyczne historie są zwykle o wiele bardziej codzienne i banalne. Poza mną dotarł tu na pewno jakiś bezdomny, o czym świadczą względnie świeże ślady po posiłku – chociaż nie wiem, czy to on grał na zabawkowym syntezatorze, jednym z dosłownie kilku przedmiotów, które znajdują się w całym budynku. Natura na tyle skutecznie schowała całą sarnią rezydencję, że zabudowania, chociaż niemal całkiem puste, nie zostały zniszczone.

wp_20161001_11_13_04_pro

Jest też krótki odcinek drogi, który przypomina właściwie muzeum na wolnym powietrzu. Dokumentuje historię budowania niezbyt kształtnych, ale pojemnych domków „z czego popadnie”. Po drodze domy złożone z kilku różnych dobudówek, rozszerzające się stopniowo w czasie, albo takie, na których widać warstwy materiałów budowlanych – każde piętro jest z czegoś trochę innego i nieco inaczej otynkowane, w zależności od tego, co akurat było dostępne. Drogę pomiędzy nimi tworzą zanurzone w błocie nierówne płyty betonowe. Całość sprawia wrażenie, jakby powstała z materiałów „wykombinowanych” z zakładów pracy w czasach PRL, jakby przez chwilę trwało tu anarchiczne osadnictwo polegające na łataniu i majstrowaniu bez planu i pieniędzy. To przedziwne muzeum braku i potrzeby, matki wynalazku. Nie zostanie tu zapewne długo; przestrzeń sukcesywnie zjadają błyskawicznie rozbudowujące się osiedla z katalogu, które zachęcają klientów bliskością popularnych terenów rekreacyjnych.

Dzisiejsze czasy oferują bardzo efektywne metody znikania, a sam proces przyspiesza. Las otaczający moją okolicę i łączący ją z sąsiednimi miejscowościami – przed 1945 własność księcia pszczyńskiego – na razie wciąż jeszcze chowa pamiątki z czasów przemysłowych: resztki infrastruktury kolei piaskowej, skromne pozostałości ośrodków rekreacyjnych dla pracowników kopalń i hut, systemu nawadniania, chodników, linii oświetleniowych. Przyroda szybko oswaja asfalt i beton, gdy zostawić ją w spokoju; w załomach niedokończonych albo porzuconych struktur szybko zamieszkują małe krzewy, mchy i grzyby, a wilgoć i temperatury sprzyjają powolnemu rozpadowi. Na własne oczy widziałam jednak ich przyspieszone znikanie: oto na pomoc przyrodzie, która najwyraźniej – mówiąc po śląsku – ma rułę (czyli robi wszystko powoli), ruszają pomocne buldożerki, aby pousuwać bez pardonu wszystkie resztki infrastruktury, a na ich miejscu zostawić co prawda nie teren pod kolejną inwestycję (las ma bowiem na szczęście pozostać lasem), lecz jedynie zryte ścieżki i ogólny bałagan. Podobno wydłubania tych niegroźnie prezentujących się pamiątek ludzkiej interwencji wymaga prawo, kończy się bowiem okres dzierżawy działki przez miasto, które ma obowiązek teren posprzątać. Niestety nowszych śmieci, pozostawionych przez jak najbardziej współczesnych ludzkich gości lasu, sprzątać nie spieszy się nikomu.

Zdjęcia: Olga Drenda

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *