AUTOR

Antauer Kowalski-Smith, Maurycy Gocławski

Wielu komentatorów nie mogło uwierzyć, że po skandalu, jaki wybuchł w związku z ujawnieniem seksistowskich wypowiedzi Trumpa, kandydat republikanów ma jeszcze szanse na zwycięstwo. Czy Ameryka stała się nagle tak mizoginiczna, że wulgarny język nowo wybranego prezydenta ją bawi albo po prostu nie przeszkadza?

Warto skupić się na formie i języku, jakim posługuje się Trump. I’m automatically attracted to beautiful — I just start kissing them. It’s like a magnet. Just kiss. I don’t even wait. When you’re a star, they let you do it. You can do anything. Grab ’em by the pussy. You can do anything – to jedna z wypowiedzi prezydenta elekta, która rozeszła się najszerszym echem. Ta porażająca (auto)diagnoza zasługuje na coś więcej niż moralne oburzenie na jej autora. Trump konfrontuje nas wprost z jedną z najmroczniejszych zasad dzikiego kapitalizmu – gwiazda, multimilioner i każdy inny, kto jest w nim wystarczająco wysoko postawiony, może, niczym feudalny dziedzic, pozwolić sobie względem przedstawicielek i przedstawicieli plebsu na prawie wszystko.

Język ten nie tylko nie pogrzebał szans Trumpa, ale wręcz wpisuje się w źródła jego sukcesu, bo opisuje rzeczywistość, spotyka się i wpisuje w doświadczenia poniżanych. Bogacz może więcej, bogacza nikt nie oskarży. Tymczasem Clinton skomentowała wypowiedzi zwycięzcy wtorkowych wyborów na Twitterze w ten sposób: This is horrific. We cannot allow this man to become president. W tym krótkim komunikacie kontrkandydatce Trumpa udało się pokazać, że jej uwadze umknęło sedno problemu: fakt, że w demokratycznym kraju multimilioner stoi ponad prawem. W dłuższej wypowiedzi zwraca uwagę: We have seen him insult women. We’ve seen him rate women on their appearance, ranking them from one to ten… Nie mamy tu sprzeciwu wobec procederu, który ma miejsce, tylko wobec języka, którym posługuje się kandydat republikanów. Tymczasem język Clinton jest nie tylko kanciasty i anachroniczny, ale też życzeniowy, skupiający się na powierzchowności. Jej przekaz to poprawność polityczna w jej najbardziej skondensowanym i karykaturalnym wydaniu: nie można w ten sposób mówić, bo nie życzymy sobie świata, w którym tak się dzieje. Nie ma tu miejsca na konfrontację z rzeczywistością, która niewiele sobie robi ze słusznych oczekiwań.

Drugim ważnym elementem sukcesu Trumpa jest jego nieprzewidywalność. Budząca największe obawy europejskich sojuszników, jednak z punktu widzenia amerykańskich wyborców, szukających autentyczności, będąca wielką zaletą na tle absolutnej, nieludzkiej przewidywalności polityki uosabianej przez Clinton. Polityki, która dowiodła już po wielokroć, że nie jest zdolna do spełniania obietnic i oczekiwań ani do rozwiązywania problemów wyborców wyrzuconych na boczny tor globalizacji. Trump jest silny i nie da się omamić politycznym intrygantom – uważają jego wyborcy – nie wiemy co będzie robił, ale będzie robił to dobrze. Nie stoją za nim lobbyści, elity i banksterzy. Obama chciał dobrze, starał się, lecz był za słaby, nie dał rady, był zbyt uwikłany w polityczną grę. W oczach wyborców Trumpa, szczególnie tych, którzy głosowali wcześniej na Obamę, ustępujący ze stanowiska prezydent przegrał z lobbystami: znienawidzoną, uśmiechniętą, reklamową twarzą współczesnej Ameryki.

Nie mogło być inaczej. Tym, co powinno zdumiewać, jest zdumienie komentatorów. Sondaże? Od początku różnice w skali poparcia pomiędzy Clinton a Trumpem były skromne. W Polsce dobrze znamy też zjawisko niedoszacowania poparcia dla partii protestu. Dodatkowo od blisko stulecia nie było w USA przypadku, żeby trzy kolejne kadencje piastowali prezydenci wywodzący się z tego samego ugrupowania (w pośpiechu pominęliśmy nie tak dawny przypadek Busha seniora; nie zmienia on faktu, że generalnie przez dobre kilkadziesiąt lat utrzymanie prezydentury przez trzy kadencje pod rząd to raczej wyjątek niż reguła). Również znaną i szeroko opisaną kwestią była narastająca frustracja białej niższej klasy średniej, szczególnie tej z tzw. rdzawego pasa stanów, które do końca nie podniosły się po tym, jak źródło ich dobrobytu, przemysł, w pogoni za wyższym zyskiem i tańszą siłą roboczą przeniosło się do Azji Wschodniej. Dodatkowo zwrot antyestablishmentowy i antyglobalistyczny w polityce wpisuje się w szersze trendy całego świata zachodniego.

Stawiając na Clinton i zwalczając w prawyborach jej lewicowego kontrkandydata Berniego Sandersa, Liberalne Elity Obu Wybrzeży uznały, że mogą zakląć tę rzeczywistość. W przypadku kierownictwa Partii Demokratycznej to oczywiście nie przypadek, tylko świadomy wybór – woleli ryzyko przegranej od zmian i wewnętrznej reformy w partii. Może nasze zdziwienie też jest zaklinaniem rzeczywistości, wybraniem spokoju, wygody oraz statusu quo, by w sytuacji „niespodziewanej” porażki przegrać bitwę, lecz pozostać sobą?

Odrzucenie w przedbiegach lewicowej alternatywy to szkoda nie tylko dla amerykańskiej polityki. Ze względu na znaczenie Stanów w systemie światowym zwycięstwo Sandersa mogło mieć szczególny wymiar, pokazać inną, lepszą twarz antyliberalnych przemian, dać wyjście ze samospełniającej się przepowiedni, której kolejnymi odsłonami są Brexit i coraz lepsze notowania skrajnej prawicy.

O autorach:
Antauer Kowalski-Smith –
Sprawny w tłumie. Zawsze o łagodnej powierzchowności. Kucharz, tancerz, literat.

Maurycy Gocławski –
Tzw. bloger niezależny. Posiadacz szacunku ludzi ulicy. Ukryta prawica lewicy. Kiedyś – członek PPS d. Frakcja reakcyjna.

Zdjęcie: Mark Peterson

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *