Janek Rojewski, Mikołaj Mirowski

Koszulka z Okrzeją, komiks o Waryńskim? O sensie istnienia lewicowej polityki historycznej

AUTOR

Mikołaj Mirowski, Janek Rojewski

11 listopada na ulice Warszawy wyszły tysiące młodych ludzi. Prowadzeni przez liderów grup kibicowskich i przedstawicieli Ruchu Narodowego wykrzykiwali przeróżne hasła. Paleta sloganów rozciągała się od rytmicznego „Armia Krajowa” (na melodię Guantanamera) po „Znajdzie się kij na islamski ryj”. Mimo że nie da się znaleźć usprawiedliwienia dla tego okrutnego rzeczy pomieszania, trudno za całą sytuację winić wszystkich idących w pochodzie. Oni jedynie padli ofiarą lat cudzych zaniedbań.

 

Dwadzieścia siedem chudych lat

Nie chcielibyśmy pytać o to, gdzie była lewica w ostatnim ćwierćwieczu. Postkomuniści z Sojuszu Lewicy Demokratycznej (ktoś mógłby poczuć się urażony takim stwierdzeniem, ale z faktami trudno jest dyskutować) nie dość, że nie stanęli przeciwko wdrażaniu, na skalę nieznaną w Europie Zachodniej, wolnorynkowych rozwiązań, to wręcz pomagali je realizować z uśmiechem na ustach. „Doktryna szoku” nad Wisłą stała się faktem. Historia była dla SLD balastem, przypominającym o niechlubnych korzeniach tej formacji. Wystarczy odtworzyć na YouTube spot Aleksandra Kwaśniewskiego z 1995 r. Przyszły prezydent, poza podrygiwaniem w rytm piosenki zespołu Top One, mówi: Po stokroć jestem gotów przepraszać za wszystko, co było złe w przeszłości, ale chciałbym także prosić po stokroć, abyśmy umieli iść dalej, wybierajmy przyszłość. Na oddanym przez lewicę polu monopol na budowanie wspólnoty zyskała prawica. Bez dwóch zdań robiąc to świetnie. Ważna dla zrozumienia fenomenu Marszu Niepodległości czy sukcesu zasilanej przez środowiska narodowo-radykalne partii Pawła Kukiza jest konkluzja, że prawicowej polityki historycznej nie zbudował jeden genialny planista. Samo wyobrażenie jakiegoś capo di tutti capi wymyślającego fantazmat Żołnierzy Wyklętych napawa przerażeniem. Na szczęście jest to efekt szeregu działań niezależnych od siebie (choć często inspirujących się wzajemnie) ośrodków. Spróbujmy wyszczególnić kilka z nich.

Długi cień XIX wieku

Licealista z prawicową wizją historii spotka się zarówno w podręcznikach, jak i w literaturze popularnej, którą pochłania. Program lekcji historii dla nastolatków skrojony jest pod kątem dziejów politycznych i militarnych. Polska albo ukazuje mocarstwowe oblicze pod Kircholmem i Kłuszynem, albo staje się Chrystusem Narodów pod Olszynką Grochowską i nad Bzurą. Trudno w tej okrojonej wizji znaleźć szersze odniesienia do historii społecznej, historii nauki, nie mówiąc choćby o historii kobiet. Ponieważ dziś książki Niziurskiego czy Nienackiego nie wywołują już u młodzieży dreszczu podniecenia, raczej sięga ona po fantastykę. Nie ma sensu wyzłośliwiać się, rzucając domysły, skąd bierze się tak duża słabość prawicowców do akurat tego typu literatury. W sprzedających się jak świeże bułki seriach wydawnictwa Fabryka Słów znaleźć możemy pozycje takie jak historie alternatywne, w których Polska mająca granice „od morza do morza do morza” (to trzecie jest opcjonalne) przy pomocy czołgów typu Husarz czy Kmicic walczy z ukraińską rebelią (sic!). Przygody mieszkającego na Lubelszczyźnie cynicznego bimbrownika, który w przerwach od pędzenia samogonu uśmierca mumie Lenina i Dzierżyńskiego. Publicystykę Rafała Ziemkiewicza, od „Polactwa” aż po „Myśli nowoczesnego endeka”, a do niedawna nawet książki Janusza Korwin-Mikkego. W celu weryfikacji popularności pozycji tego rodzaju wystarczy wejść do najbliższego Empiku lub innego supermarketu z książkami i porównać, ile miejsca na półkach zajmuje fantastyka, a ile cała „literatura Polska”. Wspominamy o tym głównie dlatego, że świat wykreowany przez prawicową politykę historyczną nie zna odcieni szarości. O ile wyraźnie postawiona granica pomiędzy czernią i bielą pozwala zbudować krótką opowieść osnutą wokół inscenizacji historycznej, rajdu terenowego czy harcerstwa (choć z tym przecież mogłoby być inaczej), o tyle nie nadaje się do budowy bardziej skomplikowanych narracji. W ogóle bardziej skomplikowane narracje zazwyczaj lądują w koszu.

Pierworodny grzech SLD

Na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza prawica nie dość, że zdołała wyciągnąć z historycznego niebytu bohaterów takich jak Danuta Siedzikówna (ps. Inka), Rotmistrz Pilecki czy Generał Nil, to dodatkowo skutecznie ich zawłaszczyła. Ponadto na własne potrzeby doprowadziła do pojednania Piłsudskiego z Dmowskim. Dlaczego wspomniana wyżej, znana z niezłomnego oporu wobec reżimu komunistycznego trójka to bohaterowie prawicowej wyobraźni? Powody są co najmniej dwa. Pierwszy to kult oręża i walki z bronią w ręku w opozycji do polityki społecznej (tłumaczy to dlaczego np. Janusz Korczak nie doczekał się koszulek ze swoją podobizną, a wilk będący uosobieniem żołnierzy siedzących w lesie – już tak). Drugi, bardziej skomplikowany, to fałszywa lewicowość PRL-u. Z której strony by nie podejść do tematu tej epoki, obronić się jej nie da. W tym miejscu ponownie powinniśmy podziękować postkomunistom za brak jakiejkolwiek woli do rozliczenia się z przeszłością. Państwo ludzi pracy, które strzelało do robotników, nie może mieć z lewicowym myśleniem nic wspólnego. Był to co najwyżej patologiczny, autorytarny reżim, utrzymywany dzięki woli swoich moskiewskich mocodawców, ucinający ręce wszystkim, którzy odważyli się je na niego podnieść. Tymczasem przez lata nad refleksją eseldowskich działaczy (jeśli taka w ogóle się pojawiała) zdawał się ciążyć duch premiera Rakowskiego, mówiącego na XI zjeździe PZPR, aby nie przekreślać pochopnie tego wszystkiego, bo przekreśli się niejeden życiorys i że generalnie rozliczy nas historia. Rozliczyła. Bilans jest ujemny. Dopóki nie wygra się z fałszywą lewicowością PRL-u, dopóty Rotmistrz Pilecki czy Generał Nil nie będą bohaterami wszystkich Polaków, a tylko symbolami walki z „lewactwem” całego świata. Nie rozumiemy również, jak lewica mogła odpuścić walkę o symbol Polski Walczącej. Owszem, słychać było wiele na temat „braku zgody” na zawłaszczanie symboli narodowych przez prawicę. Natomiast nie widzieliśmy słynnej kotwicy powstańczej na żadnej lewicowej demonstracji. Znaki „Polski myślącej” czy „Polki walczącej” raczej budzą niesmak u osoby mającej świadomość skali hekatomby Powstania Warszawskiego, niż zasypują podziały. Gdyby udało się spotkać jakieś symbole narodowe na piątkowej demonstracji „Za wolność naszą i waszą – sprzeciw się nacjonalizmowi!”, byłby to bardzo dobry syndrom. Oczami wyobraźni widzimy konsternację uczestników Marszu Niepodległości stwierdzających, że naprzeciwko nich wychodzą normalni ludzie, a nie „Antifa przywożona pociągami z Niemiec” (jak niegdyś Lenin). Byłby to widok prawdziwie bezcenny.

PPS – to brzmi dumnie

Wspomniany wcześniej mariaż Piłsudskiego z Dmowskim, którego jesteśmy świadkami rokrocznie na początku listopada, jest możliwy głównie dzięki temu, że z biografii obu panów wycina się to, co zostaje uznane za niewygodne. W przypadku Dmowskiego jest to antysemityzm czy ocierająca się o rasizm książka „Dziedzictwo”, zaś w przypadku Piłsudskiego – przewrót majowy, autorytaryzm sanacji i… socjalizm. W tym miejscu warto wspomnieć o zapomnianym dziedzictwie Ignacego Daszyńskiego. Do dziś nie został zrealizowany projekt budowy pomnika pierwszego premiera niepodległej Rzeczpospolitej. Na plus można zaliczyć inicjatywę partii Razem, która wydała w tym roku „Daszyniówkę”, jednodniówkę z okazji Święta Niepodległości, kładącą jednak nacisk na wydarzenia z 7, a nie 11 listopada.

O tym, że taktyka łączenia wzajemnych wrogów w spójny obraz „ojców założycieli” współczesnego państwa polskiego (na wzór amerykański) działa, świadczy najlepiej „pomyłka” Mateusza Kijowskiego. Lider Komitetu Obrony Demokracji zapraszał przez Facebook na swój piątkowy marsz, wykorzystując w tym celu m.in. właśnie portret architekta przedwojennej endecji. Ten przedziwny synkretyzm jest oczywiście efektem nie tyle błędów taktycznych lewicy, co inercji. W tym miejscu należy przedstawić (gwoli kronikarskiego obowiązku, ale i ku przestrodze na przyszłość) całkiem spory katalog kardynalnych zaniechań.

Zacznijmy od samego terminu „polityka historyczna”. W latach 90. był on z góry podejrzany. Prócz postkomunistycznego „wybierzmy przyszłość” dołożył się do tego postmodernistyczny trend w naukach humanistycznych, a także tyleż efektowna, co zwodnicza teza Fukuyamy o „końcu historii”. Na palcach jednej ręki można było wtedy policzyć osoby związane z lewicą, które na poważnie chciały dostrzec niebagatelny kapitał wiążący się z formowaniem świadomości historycznej. Jak już wskazaliśmy, duży wpływ na to miało eseldowskie zawłaszczenie przestrzeni ideowej. Drugą stroną tego medalu była kompletna rejterada światopoglądowa środowisk tzw. lewicy laickiej, związanej niegdyś z Komitetem Obrony Robotników, a potem z lewicą „solidarnościową”. Większość tych ludzi stała się, trochę na siłę, a trochę z racji powiązań towarzyskich, liberałami. Część z nich naprawdę uwierzyła Leszkowi Balcerowiczowi, że inaczej się nie da i teraz będziemy w Polsce budować kapitalizm na wzór Chicago Boys. A skoro „socjalizm” w PRL-u zbankrutował, to pepeesowskich tradycji społecznikowskich z II RP także nie warto było przypominać w wolnej Polsce. Zresztą jeśli słowo „socjalizm” kojarzyło się z komunizmem i Polską Ludową, to wskrzeszanie pamięci o socjalistycznych niepodległościowcach w rodzaju „lewicowego wyklętego” Kazimierza Pużaka stawało się mission impossible. Doszło nawet do tego, że jeszcze nie tak dawno o kolejnej rocznicy śmierci polityka zamęczonego w stalinowskim więzieniu przypomniał tylko tygodnik „Gość Niedzielny” i portal wPolityce.pl.

Lewica walcząca

Skoro SLD nie chciał i nie mógł, byli korowcy woleli zapomnieć, a młodzi intelektualiści z Krytyki Politycznej czytający Lacana, Benjamina, Žižka czy Derridę z dużym trudem pojmowali heurystyczną wartość historycznych korzeni, siłą rzeczy powstała pustka, która musiała poskutkować dominacją prawicy. Nie zasypały tego ani książki (jak np. świetna biografia Kazimierza Kelles-Krauza autorstwa Timothy’ego Snydera wydana przez Krytykę Polityczną), ani nieśmiałe pomysły, by lewicową wersją żołnierzy niezłomnych uczynić dąbrowszczaków (osobne pytanie, czy lewica w ogóle takiego mitu potrzebuje). Jeśli lewica bardzo długo i namiętnie chodziła na lekcje „zapominania swojej historii”, a hołdowała głównie eksperymentalnej „dekonstrukcji” i podważaniu mitu „polski niewinnej”, to obecnie bardzo trudno jest tym samym ludziom wiarygodnie walczyć o lewicową tradycję. Teoretycznie amunicji w tej debacie jest multum, zwłaszcza że można odebrać prawicy jej najpotężniejszy oręż – nieomal wyłączność na etos narodowowyzwoleńczy. Powstanie styczniowe i „czerwoni”, śmierć Ludwika Waryńskiego w twierdzy szlisselburskiej, rewolucja 1905 r., legenda Okrzei wraz z innymi „westernowymi” dokonaniami Organizacji Bojowej PPS, kluczowa rola Polskiej Organizacji Wojskowej przy przejmowaniu władzy w 1918 r., fenomen Polskiego Państwa Podziemnego, którego ważną częścią byli socjaliści – tym wszystkim można by bez trudu szachować prawicę! Bo to, że o Polskę lewica biła się nie mniej zażarcie niż szeroko rozumiana endecja, to w zasadzie oczywistość. A już na gruby dowcip zakrawa fakt, że gdy przypatrzymy się uważniej zachowawczym poczynaniom Narodowej Demokracji w czasach zaborów, na czele z legitymizowaniem carskiej Dumy i kontestacją zrywu niepodległościowego z lat 1905-1907, możemy skonstatować, że to pogrobowcy Dmowskiego mają o wiele więcej powodów do wstydu. Nieważne, czy za takim zachowaniem stały jakieś polityczne racje (takie powody były i historycy to wiedzą), rzecz w tym, że w bezpardonowej walce o historię, w której prawica stosuje wiele nieuczciwych chwytów, lewica niczym potulny baranek nie wygrywa nawet swych najbardziej oczywistych atutów! Ta awersja musi się wreszcie zmienić, tym bardziej, że patriotyczni socjaliści to nie żaden fantazmat, natomiast czyn zbrojny endecji – jak najbardziej.

800px-rogow

Moczarski zamiast Guevary

Idźmy dalej tym tropem. Prawica błędnie zakłada, że Polaków zainteresować mogą tylko nieskomplikowane i krystaliczne życiorysy. Ale czy polityczno-społeczne „żywoty świętych” kiedykolwiek dobrze się sprzedawały? Sukcesem okazują się raczej dzieła takie jak ostatni film o Beksińskich, powstająca ekranowa biografia Michaliny Wisłockiej, spektakl o Władysławie Broniewskim czy o relacjach Gombrowicza z Mrożkiem. Tym bardziej dziwi fakt, że spośród bogactwa pięknych i nieszablonowych historii ludzi związanych z polską lewicą tak niewiele zostało popkulturowo wykorzystanych. A jeśli nawet różne postaci wprowadzało się w masowy krwiobieg, to udając, że z lewicowością nie miały nic wspólnego. By nie być gołosłownym, warto posłużyć się przykładem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Konia z rzędem temu, kto po obejrzeniu (faktycznie średnio udanego) filmu o nim mógłby stwierdzić, że związany był z przedwojennym ruchem socjalistycznym. Dlatego też przeciętny licealista ma zerową wiedzę o tym, że słynny przedstawiciel pokolenia Kolumbów, który zginął w Powstaniu Warszawskim, jeszcze w czasie nauki w gimnazjum należał do Organizacji Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”, półlegalnego zrzeszenia pod kuratelą PPS. A Aleksander Kamiński, autor słynnych „Kamieni na szaniec”? A Kazimierz Moczarski, powszechnie znany z lektury obowiązkowej „Rozmowy z katem”? Każda z tych postaci wręcz domaga się popkulturowego utrwalenia.

Jeśli po 1989 r. wśród lewicowej młodzieży modne były koszulki z podobizną (notabene niezasługującego na miano idola z powodu swych zbrodni) Ernesto „Che” Guevary, to dlaczego nie spróbować uczynić taką ikoną Baczyńskiego, Kamińskiego czy Moczarskiego? Chylimy czoła przed intuicją prof. Andrzeja Mencwela, który już w 1990 r. napisał doskonałą książkę „Etos lewicy”. Przedstawia w niej całą galerię – tym razem dziewiętnastowiecznych – bohaterów, po których lewica wciąż powinna sięgać. Wacław Nałkowski, Ludwik Krzywicki czy Stanisław Brzozowski do dziś mogą stanowić inspirację dla działaczy i działaczek. Co ciekawe, jak zaznacza Mencwel, postaci wymienione w jego książce różnią metryki i poglądy. Tym zaś, co je łączy, jest pewna formacja ideowa, a także głód i bieda (autor kilkakrotnie porównuje sytuację materialną swoich bohaterów do sytuacji Rodiona Raskolnikowa). Czy na tle nieustającej walki o przetrwanie tym bardziej nie imponuje działanie na rzecz niepodległej, socjalistycznej ojczyzny? Wszystkie te nazwiska podajemy jako przykłady potencjalnych popkulturowych bohaterów zasługujących na film, serial czy sztukę teatralną. Każda z tych postaci, a jest ich znacznie więcej, ma ogromny potencjał, by przebić prawicowy balon monopolu na polskość i patriotyzm.

Nowe 21 postulatów

Skoro nie sięga się do dziedzictwa dziewiętnastowiecznego podziemia niepodległościowego (jeden film, „Gorączka” Agnieszki Holland – nakręcona zresztą w PRL-u – to wciąż niewiele), dlaczego by nie wykorzystać fenomenu „Solidarności”? Z powszechnej świadomości zginęło gdzieś zrozumienie, że pierwsza „Solidarność” miała lewicowe koncepcje naprawy gospodarki. W latach 1980-1981 poważnie prezentowano ideę społecznej własności fabryk i postulowano różne formy socjalizmu rynkowego. Program „Samorządna Rzeczpospolita” był na sztandarach związku. Nikt się go wtedy nie wstydził. Jak to się stało, że po 1989 r. odrodziła się prześladowana za PRL-u tradycja narodowa, a lewicowa nie odzyskała dawnego znaczenia, jest w zasadzie pytaniem retorycznym. Na temat lewicowego dziedzictwa „Solidarności” powstało do tej pory mnóstwo tekstów. I nic one nie dały, choć porozumienia sierpniowe i 21 postulatów wciąż posiadają mitotwórczą moc. Wystarczy przypomnieć „Człowieka z żelaza” – nieco propagandowego, kręconego przez Andrzeja Wajdę „na zamówienie” opozycji demokratycznej. Strajk w Stoczni Gdańskiej to jedna z najpiękniejszych kart współczesnej historii Polski. To typowa, nośna opowieść o heroicznej walce, ludzkiej godności, braterstwie. I o solidarności właśnie – tej zwykłej, międzyludzkiej, zrodzonej w nadzwyczajnych warunkach wspólnoty, jaką stworzyli protestujący stoczniowcy.
Namiastkę tego, jak należy popularyzować lewicowy wymiar „Solidarności”, pokazała w kolejną rocznicę 31 sierpnia partia Razem, ogłaszając potrzebę sformułowania nowych 21 postulatów – na miarę współczesnych problemów, potrzeb i pragnień wszystkich, którym transformacja ustrojowa, neoliberalne przekształcenia ekonomii i polityki oraz rosnące nierówności uniemożliwiają korzystanie z wolności i demokracji. To doskonały zabieg łączący ważną dla współczesnej historii Polski datę z realną potrzebą odbudowy lewicowej tożsamości. W parze z takimi działaniami powinna podążać kultura masowa, wprowadzając do powszechnej świadomości pozytywne lewicowe motywy i symbole. Takie zabiegi nie muszą być wcale ani hagiograficznie, ani nachalnie propagandowe – wystarczy, że będą ciekawe, autentyczne i atrakcyjnie opakowane. Historia polskiej lewicy jest wręcz utkana z tego typu opowieści.

Zdjęcie na górze: Posłowie PPS w 1926 roku, Wikipedia

Ilustracja w tekście: Rysunek przedstawiający akcję Organizacji Bojowej PPS pod Rogowem (1906)

 

O Autorach:

 Mikołaj Mirowski:

Doktor historii, publicysta. Pracuje w Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi, gdzie prowadzi cykl „Plus czy minus – konfrontacje historyczne”. Zajmuje się problematyką pamięci historycznej, jej stykiem z popkulturą, dziejami ZSRR, historią PRL, a także tematyką stosunków polsko-żydowskich, publikował w Rzeczpospolitej, Gazecie Wyborczej, Polityce, Tygodniku Powszechnym, Znaku, Frondzie LUX. W Muzeum Powstania Warszawskiego kieruje projektem „Warszawa dwóch Powstań”. Autor książki „Rewolucja permanentna Lwa Trockiego. Między teorią a praktyką”.

Janek Rojewski:

studiuje w Instytucie Kultury Polskiej UW, interesuje się recepcją historyczną w polskiej kulturze oraz stykami polityki, teatru i kina, publikował w Arteriach, Odrze, Gazecie Wyborczej, w przyszłym roku ukaże się jego debiutancki tom poetycki, jest laureatem nagrody poetyckiej im. Rafała Wojaczka.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Odebrałem tekst, jako sprawnie napisany, z „dobrym tempem”. Zatem: czyta się. Opis zaszłości nie budzi zastrzeżeń. Jest jednak pewien szkopuł. „Narodowe” („narodowcy” itd), to „nasze”, „swojskie”. Lewicowe? tu już problem. Czym mierzono „lewicowość”, gdy w społeczeństwie polskim się objawiła? Licytowano się w „socjalu”. Niepodległość, owszem, ale to nie był nr 1. Lewicowość ma, niestety, łatkę towaru importowanego. Lata 80. XIX w., to przecież wrzucenie haseł socjalistycznych do środowisk robotniczych zupełnie nieprzygotowanych na socjalistyczną obróbkę, choć świadomych swoich krzywd. Rewolucja 1905-1907 w Królestwie? Toż to przecież solidarność z robotnikami rosyjskimi staje się jej zaczynem! Daszyński? Piękna postać, ale w tle mamy Białystok i Zagłębie. Też z czerwonymi sztandarami. O odcieniach czerwieni wówczas nie dyskutowano, a wydarzenia lat 1919-1921 skutecznie ten kolor zohydziły. I to dziedzictwo wystarczy (by nie iść w (pozorną!) łatwiznę czasów PRL), aby „lewicowość” była dziś postrzegana jako ciężarki u skrzydeł Orła Białego, które nie pozwalają mu się wzbić. P.S. Urodziłem się i wiele lat pierwszych przeżyłem z sercem po lewej stronie. Dzisiaj pytam sam siebie: lewicowiec? A kto to taki? Nie znam.

  2. Nie rozumiem, czemu autorzy chcą się licytować z prawicą na popkulturowe imaginaria. Czy nie lepiej tworzyć prawdziwe, złożone obrazy przeszłości (jak choćby wspomniana tu biografia Kelles-Krauza autorstwa Snydera) zamiast komiksowych postaci? Poza tym, jeśli coś jest dziś przemilczane to nie antysemityzm narodowców (z którego obecna prawica raczej jest dumna), lecz ich postawa antypowstańcza, chłodny do pewnego czasu stosunek do kościoła, prorosyjskość i mieszczańskość.

    Niesprawiedliwy jest też zarzut zapomnienia lewicowych tradycji przez środowisko KORu (bądź co bądź stworzone przez przedwojennych socjalistów, wydające „Robotnika”), i później przez środowisko Krytyki Politycznej, dzięki któremu do pamięci zbiorowej Polaków powrócili Brzozowski, Ciołkosz, Jan Józef Lipski, rewolucja 1905 – to samo środowisko odzyskało dla lewicy tradycję Kuronia, odświeżyło zainteresowanie rewolucyjną poezją Broniewskiego. Akurat w dziedzinie lewicowej „polityki historycznej” chyba trudno coś KP zarzucić. Ciekaw jestem, czy autorzy mogą się pochwalić porównywalnymi osiągnięciami w tej dziedzinie?

  3. Kompletnie chybiony tekst. Pomijam już mit „zbrodni Che Guevary”, pokazujący jak niektórzy lewicowi publicyści przyjęli prawicowe, propagandowe absurdy. To licytowanie się kto bardziej walczył o Polskę i powielanie prawicowego schematu przedstawiania wielkich patriotów, tyle że na lewicy, nigdzie nie prowadzi.

    Już zaakceptowaliście więc hegemonię prawicy i przegraliście. Tymczasem tę hegemonię trzeba zakwestionować i powiedzieć, że patrzenie na historię tylko przez pryzmat walki o niepodległość jest z gruntu fałszywe. Pokazać, co ta formalna niepodległość przyniosła po roku 1918 większości ludu, jak wyglądała IIRP, dla której liczyła się, wbrew nadziejom z roku 1918, tylko garstka uprzywilejowanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *