PRAWO DO WSI

Rolnictwo ekologiczne – zmarnowana szansa

AUTOR

Ruta Śpiewak

pracuje w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, zajmuje się rozwojem obszarów wiejskich w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem zmian społecznych na obszarach wiejskich. Ponadto zajmuje się kwestiami związanymi z rolnictwem wysokiej jakości jako czynnikiem rozwoju wsi. Aktywna działaczka Kooperatywy Grochowskiej.

Tego lata, tak jak trzy lata temu, w związku z realizowanymi przeze mnie badaniami naukowymi spędziłam dużo czasu wśród rolników ekologicznych. To specyficzna, nieliczna grupa rolników, w 2015 r. były ich 23 tysiące. To często ludzie z pasją, dobrze wykształceni, niekiedy wręcz ideowcy, wierzący, że wielkoobszarowe, wysoko uprzemysłowione rolnictwo jest zagrożeniem w wymiarze środowiskowym i społecznym, bowiem wpływa na daleko idące zmiany w strukturze społecznej wsi. Podróż ta, od Podkarpacia przez woj. mazowieckie aż do zachodniopomorskiego, była niezmiernie ciekawa dla mojego socjologicznego oka, niemniej dosyć przygnębiająca.

 

Chodzi o splot negatywnych czynników, które od kilku już lat, dzień po dniu psują coś, co miało szansę dobrze funkcjonować. Rolnictwo ekologiczne mogłoby, szczególnie w tych częściach Polski, gdzie gospodarstwa są wyjątkowo rozdrobnione (południowe i wschodnie województwa), stać się czynnikiem rozwoju lokalnego, opartego na wysokiej jakości żywności i różnych formach turystyki, jak również metodą na zagospodarowanie znacznych nadwyżek siły roboczej na wsi. Jest to bowiem rolnictwo wymagające większego nakładu pracy niż rolnictwo konwencjonalne.

W ostatnich latach cały zamożny świat zapragnął jeść zdrowo, co wiąże się ze wzrostem popytu na żywność ekologiczną. Między rokiem 2005 a 2014 w UE konsumpcja takiej żywności per capita wzrosła dwukrotnie. W związku z tym wiele gospodarstw na całym świecie, szczególnie z tzw. Globalnej Północy, zaczęło się przestawiać na produkcję ekologiczną. W naszym kraju ma ona dobre warunki rozwoju: może bazować na licznych niewielkich gospodarstwach, które łatwiej mogą stać się rentowne dzięki niej niż pozostając konwencjonalnymi, ziemia jest mniej wyjałowiona w porównaniu do krajów, które były od dawna poddane presji industrializacji rolnictwa, do dyspozycji jest duża liczba rąk do pracy. W wielu gospodarstwach uprawa jest właściwie tradycyjna, bez nadużywania nawozów czy środków ochrony roślin (co częściej wynika z oszczędności niż z kwestii ideologicznych), a takie gospodarstwa można relatywnie łatwo przestawić na produkcję ekologiczną. Polscy rolnicy, jak wszyscy w UE, mogą ubiegać się o dopłaty do takiej produkcji. Na ten cel w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, łącznie z funduszami przedakcesyjnymi, transferowano na wieś olbrzymie kwoty. A jednak towarowe rolnictwo ekologiczne, a więc takie, które produkuje żywność na rynek, w naszym kraju się nie rozwija, a wręcz można uznać, że następuje regres. Eksperci, czyli osoby od lat działające na rzecz rozwoju ekorolnictwa, szacują, że rzeczywista skala ekologicznej produkcji rynkowej w Polsce wynosi maksymalnie 40% rolników objętych dopłatami do produkcji ekologicznej. Reszta to tzw. trawnikowcy, którzy nie produkują żywności na rynek, ani nawet na własne potrzeby, tylko pobierają wyższe dopłaty niż rolnicy konwencjonalni. Jest to możliwe dzięki temu, że system dopłat nie jest powiązany z wymogiem produkcji ani sprzedaży na rynku.

Oznacza to, że liczba faktycznych producentów ekologicznych jest niewielka i wciąż się zmniejsza. Liczba przetwórni ekologicznych w stosunku do liczby gospodarstw ekologicznych jest najmniejsza w Europie; również konsumpcja ekożywności na głowę należy do najmniejszych na kontynencie. Różnica między cenami żywności ekologicznej a konwencjonalnej w Polsce jest o wiele większa niż w większości krajów Europy. Wysokie ceny produktów certyfikowanych wynikają z małego popytu, ale również z niewielkiej podaży. Wynika to nie tylko z faktu, że polscy konsumenci mają relatywnie mniejsze dochody niż konsumenci z innych krajów unijnych. Przyczyny są bardziej złożone. Nazbyt rozbudowana biurokracja w połączeniu ze złym rozumieniem przez lokalnych włodarzy pojęcia rozwoju, przyprawiona polską niechęcią do kooperacji nie tylko nie przyczynia się do rozkwitu rolnictwa i przetwórstwa ekologicznego, ale również niszczy to, co zostało już zbudowane.

Rolnika ekologicznego może kontrolować, niezależnie od siebie, aż sześć instytucji, z czego skwapliwie korzystają. Zdaniem rolników pracownicy tych inspekcji koncentrują się na sprawdzaniu i karaniu, w bardzo niewielkim stopniu służąc radą. Kontrole są nie tylko czasochłonne, ale na tyle stresujące, że część rolników z tego powodu rezygnuje z certyfikatu. Jeszcze większym problemem są często zmieniające się przepisy. Część zmian była konieczna, by ograniczyć liczbę rolników, którzy wykorzystują system, pobierając dopłaty do produkcji ekologicznej nic nie hodując ani nie uprawiając. Ustawodawca w braku zaufania do rolników i drobnych ekologicznych przetwórców posuwa się jednak za daleko, nieustająco dokręcając śrubę wymagań, zmieniając regulacje bez odpowiedniego wyprzedzenia i uzasadnienia. I tak np. niezależnie od tego, czy ktoś planuje założyć małą manufakturę dżemów, czy wielką fabrykę tychże, musi spełnić te same, wyśrubowane normy, co zniechęca do podejmowania działań na mniejszą skalę. To zaś powoduje, że surowce ekologiczne wyjeżdżają z Polski i wracają na nasz rynek już przetworzone, jako niemieckie lub hiszpańskie produkty. Od wielu lat toczona jest walka o liberalizację ustawy o sprzedaży bezpośredniej, która jak w żadnym innym kraju unijnym wiąże ręce drobnym rolnikom, nie pozwalając im sprzedawać swoich przetworzonych produktów we własnych gospodarstwach i lokalnych sklepikach; dotąd nie udało się wprowadzić zasadniczych zmian. Rolnicy ekologiczni są zdania, że impulsem rozwojowym dla ich sektora byłby również zakaz handlu w niedziele, co spowodowałoby większe zainteresowanie zakupami bezpośrednio od producentów lub na lokalnych targowiskach.

Drugą kwestią, nie mniej ważną od biurokracji, jest złe rozumienie rozwoju przez lokalne władze. Najczęściej nie dostrzegają one zasobów endogenicznych jako czynników rozwoju, czekając na mitycznego bogatego inwestora, który założy na ich terenie wielką fabrykę i da zatrudnienie dużej części mieszkańców. W wielu krajach (Francja, Włochy czy Austria) władze samorządowe aktywnie i trwale wspierają producentów żywności (nie tylko tych z certyfikatem ekologicznym), m.in. poprzez ulgi podatkowe, niewydawanie zgód na budowę sklepów wielkopowierzchniowych czy wymaganie od istniejących supermarketów, by zamawiały dużą część asortymentu od lokalnych dostawców. W Polsce władze gminne czy powiatowe sporadycznie postrzegają wysokiej jakości żywność, w tym ekologiczną, jako potencjalny czynnik rozwoju społeczno-ekonomicznego (rolnictwo, tak ostatnio modna turystyka kulinarna itd.).

Ekologiczni rolnicy postulują, by lokalni włodarze nie wydawali zezwoleń na budowę sieciowych dyskontów w centrach wsi i miasteczek, natomiast działali na rzecz tworzenia targowisk, dając preferencje „własnym” producentom żywności. Rolnicy potrzebują również m.in. wsparcia w promocji swoich produktów oraz dofinansowywania wyjazdów szkoleniowych. Lokalne zrzeszenia ekologów chciałyby życzliwego poparcia, pomocy w zdobywaniu grantów. Działania lokalnych włodarzy w podobnych kierunkach można dosłownie policzyć na palcach jednej ręki. Wielu rolników ekologicznych jest zdania, że wykorzystanie lokalnej, ekologicznej żywności w stołówkach instytucji podległych samorządom przyniosłoby korzyści nie tylko producentom, ale również konsumentom. W świetle doświadczeń innych krajów trudno się z tym nie zgodzić. Tymczasem prawdopodobnie nie ma w Polsce żadnej publicznej szkoły czy szpitala, który korzystałby, choć w części, z zaopatrzenia w surowce ekologiczne. Jak dowodzi jedyny znany mi przykład przedszkola publicznego, gdzie połowa produktów pochodzi od ekologicznych rolników, nie pociąga to za sobą dodatkowych kosztów, wymaga jednak dużych nakładów pracy biurokratyczno-organizacyjnej od kadr danej instytucji.

Trzecim, równie ważnym problemem, jest niski poziom kapitału społecznego wśród mieszkańców wsi, włączając w to rolników z certyfikatem ekologicznym. Spotkałam podczas badań niezwykłych ludzi, którzy poza swoim gospodarstwem pracują społecznie na rzecz rozwoju lokalnego, promocji ekologii itp. Tym niemniej większość rolników czuje obawę przed współpracą, co wynika przede wszystkim z braku zaufania społecznego, braku zrozumienia celowości takiego działania, niekiedy także ze starych animozji. Niechętnie włączają się w tworzenie lokalnych instytucji, stowarzyszeń i grup producentów, po to by wspólnie mieć większą siłę przetargową na rynku, by dzielić się wiedzą i doświadczeniem, stać się rzeczywistym partnerem lokalnej władzy. Problem niskiego poziomu zaufania społecznego w Polsce powraca jak bumerang, wyjaśnia wiele zjawisk. W tym wypadku jego ograniczony zasób z pewnością hamuje rozwój sektora, a także wizji rozwoju oddolnego, opartego na lokalnych dobrach, wiedzy, pamięci. Na braku samoorganizacji rolników korzystają głównie ponadnarodowe korporacje, potrafiące skutecznie walczyć o swoje miejsce w sieciach handlowych oraz wymuszać na rozdrobnionych producentach, w tym ekologicznych, obniżki cen.

Gdy trzy lata temu robiłam wywiady z ekologicznymi rolnikami, prawie wszyscy patrzyli w przyszłość z nadzieją. Byli zdania, że istniejące problemy uda się rozwiązać, że moda na zdrowy styl życia spowoduje znaczny wzrost konsumpcji produktów ekologicznych oraz wymusi zmiany w przepisach dotyczących przetwórstwa. Trzy lata później nie tylko nie udało się rozwiązać tamtych problemów, ale pojawiły się nowe. Kolejni ludzie, zmęczeni ciągłymi kontrolami i brakiem możliwości rozwoju, rezygnują z produkcji żywności ekologicznej. A szkoda.

Zdjęcie: Pixabay

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *