Aleksander Sola, PRAWO DO WSI

Wojna. Wspomnienia Aleksandra Soli (Część II)

AUTOR

Aleksander Sola

ur. 29 X 1932 w Przytykach k. Poniatowej. Gospodarz, robotnik, działacz "Solidarności", pierwszy przewodniczący rady miejskiej w Poniatowej po 1989 roku.

Urodziłem się 29 października 1932 r. w domu rodziców Józefa i Heleny Solów we wsi Przytyki, gm. Chodel pow. Opole, woj. Lublin. Urodziłem się jako piąte żyjące dziecko w rodzinie. W dniu moich urodzin zmarł mój dziadek ze strony ojca, Piotr.

Nie wiem tego, czy to ja się pierwszy urodziłem, czy dziadek pierwszy zmarł. Ochrzczony zostałem w kościele parafialnym w Chodlu. Z tego, co pamiętam, w ostatnich latach przed wybuchem wojny, rodzicom coraz lepiej się powodziło. W domu były 4 krowy, koń, drób, sadek, było co jeść. A i kupić można było co nieco. Brat Karol chodził do szkoły zawodowej w Lublinie, Maria zdała do Szkoły Handlowej. Jan i Zofia chodzili do szkoły podstawowej w Chodlu.

W kraju widoczne było ożywienie gospodarcze. W naszej okolicy też się wiele działo. Powstawał COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Budowano zakłady przemysłowe w pobliskiej Poniatowej, niedalekim Kraśniku, w Stalowej Woli, Pionkach, Radomiu. Nawet ludzie bez wykształcenia mogli dostać pracę, choćby sezonową. Nawet tzw. łopaciarz na państwowej robocie zarabiał na godzinę tyle, ile w rolnictwie za dniówkę, a z koniem i wozem znacznie więcej.

Zadziwiające było tempo budowy w tym czasie. W Stalowej Woli po 10 miesiącach od wejścia wozaków na pole dokonano pierwszego wytopu stali. W Poniatowej po roku od rozpoczęcia budowy ruszono z produkcją i oddano do użytku osiedle mieszkaniowe, które do dziś uchodzi za symbol solidności budowlanej. Najnowocześniejszy port na Bałtyku – Gdynię – oddano do użytku po dwóch latach od rozpoczęcia budowy. A przecież nie było tych budowlanych urządzeń technicznych co dzisiaj. Prace prowadzone były przeważnie przy użyciu mięśni ludzkich i koni.

Wojna

Pierwszego września 1939 r. miałem pójść do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Do szkoły nie poszedłem, gdyż stali w niej Niemcy. Naukę rozpocząłem w 1940 roku. Pamiętam wejście Niemców na nasz teren. W najbliższej okolicy walk nie było. Nie pamiętam daty wejścia Niemców, ale było to około 20 września. (…).

Zaczęło się to od tłumów uchodźców, przeważnie młodych mężczyzn, którzy uciekali z nadzieją wstąpienia do WP, gdy front się ustabilizuje. Dużo uciekinierów było na rowerach. (…) Na naszą posesję zajechał piękny czerwony kabriolet z dwojgiem dobrze ubranych młodych ludzi i synkiem w moim wieku. W dzień ludzie ci odpoczywali, spali w stodole bądź pod drzewami, podróżowali nocą, gdyż niemieckie samochody ostrzeliwały kolumny uchodźców na drodze w ciągu dnia.

Około 15-ego września wysadzono w powietrze most na Wiśle w Kamieniu, niespełna 20 km w linii prostej od nas. Wybuch ten było słychać u nas. Po wysadzeniu mostu strumień uchodźców zmniejszył się. Przed przyjściem Niemców przez kilka dni niemieckie lotnictwo bombardowało Lublin, w tym fabrykę samolotów, w której pracował Karol. Odgłosy bombardowań było słychać u nas, a w nocy widać było pożary. Niedaleko naszego domu stała bateria artylerii przeciwlotnicznej. Przez kilka kolejnych dni widzieliśmy eskadry niemieckich bombowców, pod osłoną myśliwców ciągnące nad Lublin. Bateria ta nie strzelała, widocznie doszli do wniosku, iż nie mają szans. Natomiast w pobliskim dworku Felin w parku stały trzy polskie samoloty myśliwskie (piloci ci byli u nas w domu na zaproszenie Karola). Kilkukrotnie widzieliśmy, jak zbliżała się eskadra niemiecka, te trzy samolociki wypadły na niebo i po krótkiej walce rozpędzały niemiecką eskadrę, choć niemieckich maszyn było przynajmniej kilkanaście. Przynajmniej raz widziałem płonący i spadający niemiecki bombowiec. Jeden z polskich myśliwców został uszkodzony, a dwoma przed wejściem Niemców piloci odlecieli. Wrak samolotu stał w parku w Felinie. Karol [brat Autora, przyp. red.] wymontował z niego jakieś części, między innymi magneto[1], które służyło jako zapalniczka, gdy nie było zapałek. Któregoś dnia pojawił się na szosie oddział Niemców na motocyklach, za nimi kolumny samochodów, czołgów, oddziały rowerzystów. Przez kilka dni trudno było przejść przez szosę. Już pierwszego dnia na wsi zatrzymał się niewielki oddział wojska, szli od domu do domu i zabierali mężczyzn w sile wieku.

Baliśmy się o mężczyzn aresztowanych przez Niemców, mężczyzn z okolicznych wsi położonych przy szosie zgromadzono w szkole w Chodlu, a po dobie zwolniono wszystkich. Rozpoczęły się represje wobec ludności cywilnej. Zlikwidowano polską prasę i wszystkie wydawnictwa. Jeśli się coś ukazywało, to pod ścisłą kontrolą niemiecką. (…) Rekwirowano polskie książki z podręcznikami szkolnymi włącznie. Książki historyczne, patriotyczne jak „Trylogia”, „Krzyżacy”, były najściślej zakazane. Jeśli zostawiano, to tylko te bezwartościowe, brukowce. Ja uczyłem się czytać na takich tytułach jak „Perfumy Czarnej Damy”, „Zęby”, „ Żmije”. Jakimś przypadkiem ocalały dwie pięknie wydane książki; ilustrowane zdjęciami, w skórzanej oprawie, pt. „Piłsudski i piłsudczycy” oraz „Generał Rydz Śmigły”. Czytałem to po kilka razy.

W celu zastraszania ludności polskiej szerzył się terror. 1 października 1939 r. we wsi Szczuczki gm. Wojciechów, w pobliskim lesie Niemcy znaleźli broń ukrytą przez wycofujący się oddział Wojska Polskiego. Ludność wsi zgromadzono w pobliskiej szkole, zamknięto i ostrzelano z dział i karabinów maszynowych. Zginęło 69 osób, w tym starcy i niemowlęta. Również w październiku na Zamku za ukrywanie broni rozstrzelano moją stryjeczną siostrę Zofię Karaś z domu Sola oraz jej męża Szczepana Karasia. Została po nich 6- tygodniowa córka Teresa, która żyje do dziś i mieszka na Śląsku.

1 września 1940 posłano mnie do szkoły z rocznym opóźnieniem. Budynek nadal był zarekwirowany przez Niemców, więc naukę rozpoczęliśmy w okolicznych stodołach, a w pogodne dni uczyliśmy się na świeżym powietrzu. Podmiotami i przedmiotami nauki były dzieci, nauczyciel, tablica, kreda, jakieś zeszyty, a jeśli tych nie było, to kartki szarego papieru. „Ster” doszedł dopiero później, gdy się umiało składać litery[2]. Na nasze szczęście przed nadejściem zimy 1940 r. Niemcy opuścili szkołę, udali się na wschód. Opuściliśmy stodoły i podwórka i rozpoczęliśmy naukę w prawdziwej szkole w miarę normalnych warunkach. Szkoła w Chodlu była całkiem przyzwoita, piętrowa, wybudowana przed wojną, jako 7-klasowa szkoła podstawowa. Każda klasa miała swoją salę lekcyjną.

Gdy w czerwcu 1941 r. Niemcy ruszyli na Związek Radziecki, wydawało się, że może zmieni się coś na lepsze. Okazało się, że nic z tych rzeczy, Niemcy zaostrzyli terror, potrzebowali żywności, koni, zaopatrzenia dla frontu. Nałożyli na ludność bardzo wysokie kontyngenty w zbożu, mięsie, mleku, z których nie sposób było się wywiązać. Wielu ludzi za niewywiązywanie się z obowiązków trafiło na Majdanek. Szczególnie brutalnie prześladowano ludność żydowską. Już we wrześniu 1939 r., w pierwszym dniu okupacji, urządzili w Chodlu pogrom Żydów, rozbito ich sklepy, zdewastowano bożnicę. Nie obyło się to bez udziału ludności polskiej. Polacy rabowali wyrzucony na dwór dobytek. Brat Jan, wracając ze szkoły, przyniósł pięknie wydaną Torę. Był to zadrukowany zwój pergaminu na dwóch ozdobnych wałkach. Po pewnym czasie Tora zaginęła, prawdopodobnie ojciec ukrył ją ze strachu przed Niemcami.

Jeżeli ktoś nie wywiązał się z kontyngentu, nie mógł w młynie zrobić mąki na chleb. Chcąc kupić coś w sklepie przemysłowym, trzeba było mieć bony za odstawione mleko i mięso. Postawa ludności polskiej względem siebie nie zawsze była wzorowa. Sąsiedzi donosili na siebie, choć nawet za drobne przewinienie groziło pobicie, obóz, a nawet śmierć. Dopiero, gdy prawie na każdej wsi powstały placówki Armii Krajowej, ograniczono lub położono kres donosicielstwu. Za donosicielstwo lub kolaborację z Niemcami najpierw upominano, wzmacniając perswazję solidnym laniem, za które trzeba było płacić jeśli nie pieniędzmi, to jajkami czy masłem. Wysokość opłaty zależała od ilości batów wymierzonych w obecności sąsiadów. Jeśli to nie pomogło, następną karą mogła być śmierć. W ten sposób policjantów, urzędników państwowych zmuszono do współpracy z AK. W Chodlu zastrzelono wójta za współpracę z Niemcami. Chodziłem z jego córką do szkoły.

Pewnego razu, wracając z kolegami ze szkoły, widzieliśmy taki przypadek: z polnej drogi biegnącej wąwozem wychodziły trzy Żydówki niosące tobołki z zakupioną czy użebraną żywnością. Od Opola nadjeżdżał wóz konny z dwoma żandarmami i dwoma granatowymi policjantami. Niemcy i Żydówki nie widzieli się, gdyż osłaniał ich wąwóz. Kiedy stanęli naprzeciw siebie, dzieliło ich kilkanaście metrów. Żydówki zaczęły uciekać, Niemcy (nie wiem, czy policjanci też) zaczęli strzelać. Po kilkunastu sekundach Żydówki leżały w kałużach krwi, żandarmi pojechali dalej. Widzieliśmy to z odległości kilkudziesięciu metrów. Dopiero w nocy Żydzi uprzątnęli ciała swoich bliskich.

Aby dokończyć tę historię, muszę wspomnieć o Tofilku. Przed wojną chodził on do podstawówki z moją siostrą Marią. Był klasowym ofermą i safandułą. Po ukończeniu szkoły Tofilek należał do organizacji „Strzelec”. Przyjęto go, bo fantastycznie strzelał. Z tego też powodu został przyjęty do placówki AK, gdzie doskonalił swoje umiejętności, wykonywał wyroki. Wróćmy do opowieści. Po kilku lub kilkunastu dniach ten sam patrol wozem konnym jechał z Opola do Chodla. Spod mostu wyszedł Tofilek. Policjanci prawdopodobnie go znali, gdyż rzucili karabiny i uciekli w krzaki. Niemcy usiłowali sięgnąć po broń, po chwili leżeli na moście w kałużach krwi, a Tofilek oddalił się, jak gdyby nic się nie stało. Tofilek zginął już po wyzwoleniu z rąk funkcjonariuszy SB. Strzelano do niego przez okno, gdyż wejść do domu i aresztować go nikt nie miał odwagi.

Po rozpoczęciu wojny z ZSRR Niemcy posuwali się w szybkim tempie w głąb kraju, nie napotykając większego oporu. Prowadzili wojnę totalną: bombardując, zabijając, paląc, niszcząc, nie oszczędzając ludności cywilnej. Z rozbitej i zdemoralizowanej armii ZSRR brali tysiące jeńców. W Poniatowej na terenie byłego Zakładu COP-u zorganizowali obóz jeniecki, umieścili w nim 25 tys. jeńców radzieckich wziętych do niewoli w pierwszej fazie wojny. Niemcy mieli problemy z zaopatrzeniem w żywność potężnej armii poruszającej się w głąb ZSRR. Nie bardzo mogli, a przede wszystkim nie chcieli żywić jeńców, którzy umierali z głodu i chorób. Przyszła zima 1941/42 r., a była to zima stulecia, były wielkie śniegi i mrozy, nawet do minus czterdziestu stopni. Jeńcy byli w letnich mundurach, niesamowicie głodni. Jedli żołędzie i trawę rosnącą na terenie obozu. Karmiono ich surowymi liśćmi z kapusty i wysłodkami z pobliskiej cukrowni. Zimę przeżyło kilkaset, a może kilkadziesiąt osób.

W marcu 1942 r. Niemcy, nie wiadomo dlaczego, pozwolili im uciec. Jeńcy padali z wycieńczenia po przebyciu kilku lub kilkunastu kilometrów. Do naszego sąsiada wieczorem przyszło dwóch, poprosili o pomoc (było to około 10 km od obozu). Dano im coś do zjedzenia i nocleg. Jeden z jeńców zmarł w nocy, drugi poszedł dalej, nie wiadomo, czy przeżył. Zmarłego rano sąsiad pochował na własnym polu, gdyż bał się Niemców. Jeszcze przez kilka lat po bujniejszym zbożu znać było, gdzie był pochowany. Zdarzyło się tak, iż po wejściu Rosjan front zatrzymał się na Wiśle, a na osiedlu w Poniatowej był zespół szpitali wojennych radzieckich. Do gospodarza we wsi Plizin 1,5 km od obozu przyszedł żołnierz rosyjski, aby podziękować za pomoc, jakiej mu udzielono po ucieczce z obozu w marcu 1942 r. Żołnierz ten przeżył.

Zima 1941/42 była sroga. Wyginęły wtedy prawie wszystkie kuropatwy, gdyż nie mogły się dostać do pożywienia przez grubą warstwę zmarzniętego śniegu. Starzy ludzie mówili, że wyginięcie kuropatw ma być zapowiedzią zagłady Żydów.

Całymi dniami i nocami przebijały się szosą kolumny samochodów niemieckich z zaopatrzeniem dla frontu. Na drogach tworzyły się zaspy. Całymi dniami ludzie z okolicznych wsi pracowali przy usuwaniu śniegu. Bardzo często w nocy sołtys w towarzystwie Niemców budził chłopów na wsi do odkopywania jakiejś kolumny samochodów. To ta zima i następna przyczyniły się do porażki hitlerowskiej armii.

Pod koniec 1943 r. Żydów z małych miejscowości zaczęto przesiedlać do gett w większych miejscowościach. Żydów z Chodla przeniesiono do getta w Opolu lub Bełżycach. Pamiętam, jak ich zabierano z domów, ile było płaczu i krzyku. Do młodych, którzy próbowali uciekać do lasu, strzelano, ale niektórym się udało. Potem prowadzili ich w długiej kolumnie w towarzystwie kilku podwód konnych do Opola. Po umieszczeniu Żydów w gettach po wsiach rozwieszono ogłoszenia z groźbą kary śmierci za ukrywanie bądź pomoc Żydom. Spotkanego Żyda czy dziecko żydowskie należało zabić lub doprowadzić na żandarmerię. Za czyn taki Niemcy nagradzali bonami na wódkę, cukier, a nawet pieniędzmi.

Rosło również prześladowanie ludności polskiej przez Niemców. Zapełniały się obozy, rozstrzeliwano za byle przewinienie. Mąż siostry Marii został aresztowany jako zakładnik i powieszony w odwecie za zabicie Niemców. Zabrano nam na kontyngent ostatnią krowę. Mleko było szczególnie potrzebne w wyżywieniu małych dzieci. Siostra Maria wstąpiła do AK. W Chodlu był prężny ośrodek AK. Na początku 1943 r. zlikwidowano getto w Opolu. Ludność żydowską wywieziono do obozów zagłady w Treblince, Bełżcu i Sobiborze. Część, przeważnie mężczyzn, tzw. fachowców – szewców, krawców – umieszczono w obozie w Poniatowej[3]. Produkowali mundury i buty dla armii niemieckiej. W Poniatowej zgromadzono rodziny najbogatszych Żydów Europy; z Warszawy, Paryża, Wiednia. Był to obóz elitarny. Żydzi cieszyli się dużą swobodą. Poza robotnikami pracującymi na rzecz armii niemieckiej, Żydzi za opłatą dla wartownika na bramie mogli wychodzić z obozu i kupować żywność od Polaków. Nie pracowali. Natomiast co pewien czas Niemcy gromadzili ich na placu, kładli na ziemi i grozili, że jeśli nie złożą określonej ilości złota lub waluty, wywiozą ich do obozu zagłady. Żydzi wywiązywali się z zadania z nawiązką. Pod bramę przyjeżdżali ludzie z okolicznych wiosek. Przynosili swoją lub zakupioną żywność – chleb, masło, jaja, sery i mleko. Zza bramy wypuszczano Żydów i odbywał się handel. Między handlującymi przechadzali się ukraińscy strażnicy, uśmiechali się, co im się podobało mogli Polakowi czy Żydowi z koszyczka zabrać, nikt nie protestował. Załoga obozu składała się z komendanta, kilku niemieckich oficerów i odpowiedniej ilości strażników, Ukraińców bądź Litwinów.

Ja z kolegą byliśmy dwa razy na takim handlu, naturalnie ze starszym rodzeństwem. Dobrze nam się handlowało, kupujący byli dobrze ubrani, dobrze odżywieni i nie liczyli się z pieniędzmi. Dla przykładu za jeden chleb sprzedany w Poniatowej można było kupić trzy chleby, w Chodlu na innych produktach przebitka była jeszcze większa. Sprzedający niejednokrotnie w ten sposób ratowali swoje dzieci przez głodem. Nie wszystkim jednak w obozie tak dobrze się powodziło. Ojciec mój Józef pewnego razu został wysłany z podwodą, miał zawieźć kartofle z Chodla do obozu w Poniatowej. Gdy przejechał bramę obozową, podbiegł do niego dawny kolega szkolny – Żyd o nazwisku Chyl. Grzecznie poprosił: „Józek, mogę wziąć kilka kartofli”, na co ojciec odpowiedział: „A to bierz”. Żyd szedł koło wozu, rozmawiali i wrzucał kartofle do kieszeni płaszcza. Przyuważył to strażnik ukraiński, zatrzymał ich, Żydowi kazał wyjąć kartofle i policzyć, było ich 21. Kazał mu się położyć na ziemi, stanął na jego barkach i sypnął mu w tyłek 21 kijów. Żyd wstał, podziękował i poszedł. Ojciec pomyślał: „Teraz moja kolej”, ale Ukrainiec kazał jechać dalej.

Ludności polskiej, zarówno w mieście, jak i na wsi, oprócz powszechnego braku żywności dokuczał brak ubrań i butów. To, co ludzie mieli sprzed wojny, już się zużyło, nowych nie można było kupić lub były bardzo drogie. Talon na kawałki materiału można było dostać za odstawiony kontyngent. Jeśli były zakłady odzieżowe, to produkowały na potrzeby armii niemieckiej. Gdyby wtedy mieć zawartość jednego ciuchlandu, byłoby się bogaczem.

dziadek-pierwsza-komunia-na-boso

Gdy wywieziono Żydów z opolskiego getta, ludzie chodzili tam na szaber. Każda rzecz była cenna. W marcu 1943, gdy jeszcze leżał śnieg, o dwa lata starszy ode mnie kolega (a ja miałem 10,5 roku) namówił mnie do pójścia do getta na szaber. Rodzicom nic nie powiedzieliśmy, bo by nas nie puścili. Do Opola było 10 km. Wyszliśmy z rana, ja udając, że idę do szkoły, kolega nie chodził do szkoły. Do Opola doszliśmy przed południem. Do getta weszliśmy przez dziurę w wysokim płocie, o której kolega wiedział, gdyż był tam nie pierwszy raz. Getta pilnowali Ukraińcy z psami, ale niezbyt dokładnie. Zaczęliśmy buszować po opuszczonych domach, spotkaliśmy inne grupy szabrowników. W rezultacie znaleźliśmy jakieś buty, wypatrzyliśmy kilka pierzyn oraz poduszek, poszwy. Wydostaliśmy się z getta i było już ciemno, gdy głodni i zmarznięci dotarliśmy do domu. Dostałem okrutną burę, ale ciuchy matka uprała i się przydały. Do znalezionych na strychu podartych butów i zdobycznych ojciec dorabiał drewniane podeszwy, przybijał do nich górne części zużytych butów i w tym chodziło się do szkoły. Ojciec te podeszwy wykonał fachowo, były zgrabne i lekkie, nie takie toporne jak miały inne dzieci.

W 1942 r. przyszedł do ojca dziedzic pobliskiego majątku Felin, pan Truszkowski z prośbą, aby przyjąć w komorne rodzinę Makarewiczów, kuzynów Truszkowskiego. Rodzina ta od 1939 r. mieszkała w Felinie. Byli to ponoć poważni obszarnicy z kresów, którzy uciekli przed bolszewikami. Niemcy doszli do wniosku, iż okoliczni dziedzice źle gospodarzą i była to prawda. Nad kilkoma majątkami ustanowili swojego administratora, tzw. „obera”. Nazwa ta wskazywała, iż był to emerytowany pułkownik niemiecki, junkier pruski. Ober rządził powierzonymi majątkami twardą ręką, ale skutecznie. Powyrzucał z powierzonych sobie dworów i dworków wszystkich rezydentów, ludzi, którzy nie pracowali. Ober oświadczył po rosyjsku: „Kto nie rabotajet, ten nie kuszajet’”. W ten sposób rodzina Makarewiczów znalazła się u nas w komornym. Ojciec choć niechętnie, ale się zgodził. Pan Truszkowski obiecywał, iż to będzie trwało parę miesięcy, a trwało dwa lata, aż do wyzwolenia.

Rodzina Makarewiczów zajęła dwa lepsze pomieszczenia, tj. kuchnię i pokój, nam pozostały dwa mniejsze i gorsze; kuchnia i pokój. Rodzina składała się ze starszych państwa; ludzi po 70-ce, córki Steni wdowy, panienki Aleksandry około 50 lat, dwóch synów. Bogdan ponoć był rotmistrzem armii polskiej, natomiast Kazimierz – majorem-szefem sztabu w oddziale NSZ u Zęba. Stefania miała dwóch dorosłych synów podporuczników, którzy podjęli działalność w AK, obydwaj zginęli. Stefania miała też dwóch młodszych synów, jeden w moim wieku, drugi w wieku brata Wieśka. Kazano nam nazywać ich paniczami, ale raz i drugi zrobiliśmy im lanie i byliśmy dobrymi kolegami bez tytułów. Chodziliśmy do jednej klasy, ja dużo lepiej się uczyłem, z czego rodzina robiła mu wymówki. Chłopcy mieli ładną biblioteczkę książek dla dzieci, jak mi pozwolili, to przeczytałem wszystko w parę tygodni. Panicze nie chcieli czytać, co również im wymawiano.

Na frontach Niemcy ponosili coraz większe porażki. W okupowanej Polsce wzrastał terror, rozbudowywano obozy, ogołocono kraj z żywności. Młodych ludzi wywozili na roboty przymusowe. Rósł jednak opór ludności polskiej względem okupanta. Powstawały nowe oddziały i placówki terenowe AK, Batalionów Chłopskich i Narodowych Sił Zbrojnych jak również oddziały partyzantki komunistycznej Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. Chodel był silnym ośrodkiem AK. Jednym z dowódców na tym terenie był major Dekutowski ps. Zapora, ale był też silny oddział AL Kowalskiego ps. Cień.

Między ugrupowaniami AK, NSZ, a oddziałami komunistycznymi dochodziło do konfliktów. We wsi Owczarnia w 1944 r. w pobliżu Opola Lubelskiego stacjonował oddział AK, a w pobliżu oddział AL Cienia. Dowódcy oddziałów złożyli sobie wizyty, wydawało się, że wszystko układa się dobrze. Pewnej nocy oddział Cienia zaatakował znienacka oddział AK. Akowcy zostali całkowicie zaskoczeni. Poległo kilkadziesiąt osób. Zostali pochowani na leśnym cmentarzyku w lesie Dąbrowa w pobliżu Godowa oraz na cmentarzu w Kraczewicach.

Coraz częstsze były ataki akowców na Niemców. Napadano na konwoje z żywnością posterunki żandarmerii i policji, w ten sposób zdobywając broń i amunicję. W urzędach gminnych niszczono dokumenty – listy ludzi przeznaczonych do wywózki na przymusowe roboty, dokumenty z kontyngentu itp. Ober, który urzędował w majątku Ratoszyn, miał coraz mniejszy pożytek z administrowanych majątków. W nocy partyzanci zabierali przeznaczone dla frontu zboża, świnie, bydło i konie. Zostawiali pokwitowania z podpisami dowódców, aby zapobiec represjonowaniu pracowników. Trudno było przeprowadzić taką akcję w Ratoszynie, siedzibie obera, gdyż stacjonowała tam kompania żandarmerii. Mimo to ober nie był bezpieczny, choć przestał się rozbijać bryczką po okolicy w towarzystwie dwóch żandarmów na koniach.
Pewnego razu został zastrzelony w własnej sypialni, prawdopodobnie przez wymienionego Tofilka. W odwecie aresztowano kilkunastu młodych ludzi. Wieziono ich koleją z Opola do Nałęczowa w towarzystwie żandarmów. Po drodze partyzanci ich odbili. Żandarmi nie stawiali oporu, nikt nie zginął. Dalszych represji w tej sprawie nie było.

W końcu czerwca 1943 r. akowcy z placówki Grodów zaatakowali konwój niemiecki, który wracał z zarekwirowaną żywnością we wsiach Radlin i Ratoszyn. Nastąpiło to około kilometra po minięciu naszej wsi, w małym lasku Chruściaki. Po krótkiej, lecz intensywnej wymianie ognia Niemcy się poddali. Zginął niemiecki oficer dowodzący konwojem, gdyż nie chciał złożyć broni, jeden żołnierz i woźnica z konwoju zostali ranni. O przygodach związanych z tym incydentem już pisałem, w szczególności o przygodach siostry Marii. Dodam tylko o moich przeżyciach związanych z tą akcją. Jak tylko skończyła się strzelanina wysłano mojego młodszego brata Wiesława pod moją opieką do stryja Władysława. Huta Godowska była małą wioską położoną 5 km od Przytyk w głębokim lesie i krzakach. Po minięciu sąsiedniej wsi Budzyń trzeba było przejść kładką nad rzeczką Chodelką, gdyż most był zerwany. Niejednokrotnie przechodziliśmy z bratem tę kładkę bez problemu. Tym razem maluch się zbuntował, za nic nie chciał wejść na kładkę, ale i okoliczności były wyjątkowe, przez kładkę przepychały się baby z tobołkami. Znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. W tym czasie dotarli tu również partyzanci z wziętymi do niewoli Niemcami. Prowadzili też wóz z zabitym Niemcem, dlatego przechodzili przez płytką w tym miejscu wodę.

Gdy jeden z partyzantów zobaczył, że szarpię się z bratem, złapał go pod pachę i przeniósł na drugą stronę. Po kilku dniach wraz z dobytkiem wróciliśmy do wsi. W niedzielę wybraliśmy się z kolegami spenetrować miejsce potyczki. Na brzegu lasu przylegającym do szosy znaleźliśmy całe kupki łusek od pistoletów maszynowych, a nawet całe naboje. Dzień był deszczowy i chłodny, byliśmy w starych kapotach – często po starszym bracie. Zaczęliśmy ładować łuski do kieszeni, każdy z nas miał po kilkadziesiąt. Na tej robocie złapali nas partyzanci, łuski kazali powyrzucać, sprawdzili kieszenie, przyłożyli po dwa-trzy pasy w tyłek i pognali do domu. Gdyby Niemcy znaleźli w domu taką ilość łusek, a nawet naboje, rozstrzelaliby całą rodzinę.

Jesienią 1943 r., był to pewnie listopad, Niemcy przystąpili do likwidacji obozu w Poniatowej. W przeddzień wieczorem przez naszą wieś przejechała duża kolumna samochodów niemieckich pod plandekami. Ludzie zastanawiali się, co to ma znaczyć, czy nie należy uciekać. Cywile z okolicznych wsi pracujący w obozie dostali polecenie nieprzychodzenia do pracy aż do odwołania. Rano było słychać strzały, choć mieszkaliśmy 10 km od obozu. Strzały rozlegały się również i na drugi dzień. Domyślano się, że to trwa likwidacja obozu. Na wioskach przylegających do obozu słyszano krzyki Niemców, płacz ludzi. Byli i tacy, którzy coś tam widzieli, choć obóz był obstawiony przez wojsko. W ciągu dwóch dni zabito ponad 20 tys. Żydów. W następnych dniach wiatr niósł nieznośny zapach palonych ciał Z pogromu wyłączono grupę Żydów-fachowców tj. tych, którzy szyli mundury i produkowali buty. Właśnie ich użyto do palenia zwłok w długich rowach. Jednak kilka osób z pogromu ocalało, byli ranni, pokrwawieni, wydobyli się spod zwłok. Z tego co słyszałem, udzielono im pomocy w okolicznych wsiach. Podobno to samo komando niemieckie likwidowało inne obozy na terenie Lubelszczyzny. Grupa Żydów pozostawiona do pracy w obozie po pewnym czasie się zbuntowała, mieli broń, zabili kilku strażników. Żydzi ci byli zgromadzeni w dwóch przylegających do siebie barakach. Niemcy ostrzelali te baraki z broni maszynowej i spalono je razem z ludźmi. Chyba nikt nie przeżył.

Opisuje się i opowiada historie o okrutnym traktowaniu Żydów, jak też i o tym, że Polacy ratowali Żydów z narażeniem życia swego i rodzin. Te historie nie muszą być sprzeczne. Jedne i drugie są prawdziwe. Znam takie historie: w pobliżu obozu w Poniatowej rodzina polska ukrywała rodzinę Żydów, ktoś ich wydał. O świcie wpadli żandarmi i znaleźli Żydów, rodzinę polską zamknęli w domu, dom podpalili, wszyscy spłonęli żywcem, zginęła z nimi sąsiadka, która przyszła pożyczyć soli. Na tę egzekucję Niemcy spędzili całą wieś, aby dać odstraszający przykład. Rodzinę żydowską zabrali podwodą konną do obozu w Poniatowej. Niedługo pożyli, ale Niemcy pokazali, że Żydów traktowano lepiej. Inny przykład: gospodarz mieszkał z rodziną na uboczu (znałem go dobrze) z rodziną. Człowiek ten ukrywał kilkuosobową rodzinę żydowską. Trudno powiedzieć, co przeważało; czy więcej w nim było strachu, czy też chęci zysku. Wmówił rodzinie, że u niego jest niebezpiecznie i musi przenieść ich do innego gospodarstwa, że tam będą bezpieczni. Przeprowadzał ich w nocy pojedynczo, poczynając od ojca rodziny. W czasie tej przeprowadzki wybił wszystkich po kolei. Majątek, jaki mieli, przywłaszczył. Jakoś się to doniosło do AK, wydano na niego wyrok śmierci. Ukrywał się kilka miesięcy, w zimie przeziębił się i zmarł na zapalenie płuc. Przy zagładzie kilku milionów polskich Żydów, przy ukrywaniu się kilkudziesięciu tysięcy, wszystko naprawdę zdarzyło się… i dobre i złe.

Zimą 1943/44 r. werbowano do pracy w obozie. Poszedł i ojciec wraz z innymi mężczyznami ze wsi. Porządkowali odzież i inny majątek po Żydach. Płacono grosze, ale ludzie szli do tej pracy, aby przynieść jakieś ciuchy. Żadnego pakunku z obozu nie wolno było wynieść, więc ubierano na siebie po kilka koszul, swetrów, kalesonów, na co strażnicy przymykali oko. Takie zachowanie obrazuje, jak ciężko było o jakikolwiek ciuch. Ludzie posuwali się nawet do tego, że wkładali bieliznę po zmarłych. Miejsce po spalonych barakach zbuntowanych fachowców zostało odgrodzone od reszty obozu i było pilnowane. Znajdowali się śmiałkowie, którzy przekradali się na ten teren. Grzebiąc w popiołach często znajdowano złote pieniądze i inne przedmioty, gdyż Żydzi idący na śmierć, zostawiali cenne przedmioty tym, którzy na razie mieli przetrwać.

Zbliżał się front, Niemcy zachowywali się nerwowo, wywozili, co się dało do Rzeszy. Wzmagała się działalność oddziałów partyzanckich, wysadzano pociągi z zaopatrzeniem dla frontu. Likwidowano posterunki żandarmerii, konfiskowano żywność zarekwirowaną przez Niemców. Niemcy osiedleni na Zamojszczyźnie uciekali w popłochu, gdyż partyzanci palili ich wsie, likwidowali funkcjonariuszy. Nawet na odwet nie zawsze mieli czas. Na przełomie czerwca i lipca w spokojne noce słychać było odgłosy armat. Zbliżał się front. W lipcu 1944 w szkole w Chodlu zatrzymał się oddział Wermachtu na odpoczynek. Pewnego dnia pododdział niemiecki wracał z kierunku wsi Radlin i Ratoszyn z żywnością. We wsi Kawęczyn 2 km od Chodla zaatakowali ich akowcy z placówek Chodel i Godów. Niemcy – był to oddział frontowy, dobrze uzbrojony, doświadczony w walce. Dostali wsparcie swojej artylerii, a po kilkunastu minutach pomoc oddziału stacjonującego w szkole. Tym razem partyzanci ponieśli ciężkie straty, byli zabici i ranni. Na drugi dzień Niemcy w odwecie spalili część wsi Kawęczyn, spalili w stodole pięcioro mieszkańców wsi – ludzi starszych, po 60-ce. Zginęła tam moja ciotka Wiktoria Opoka z mężem, przyrodnia siostra mojej matki Heleny.

Po kilku dniach, około 25 lipca, rozpoczęła się masowa ucieczka Niemców. Jechali na zachód jeszcze bardziej intensywnie i pośpiesznie niż na wschód w 1939 r. Nie byli już tacy pewni siebie i butni. Do naszego domu przyszło trzech żołnierzy, rozmawiali z Karolem po niemiecku, zachowywali się poprawnie. Po przejechaniu kolejnej fali niemieckich oddziałów znaleźliśmy z kolegami w rowie karabin, mieliśmy go kilka dni, dopóki go nam starsi nie zabrali. Po dwóch-trzech dniach ruch na szosie zmalał, sporadycznie przemieszczały się niemieckie jednostki. W ciepły pogodny wieczór pojawiło się trzech rosyjskich zwiadowców na koniach. Zostali powitani serdecznie, popytali o Germańców i odjechali. Nazajutrz masowo zaczęły się przemieszczać rosyjskie oddziały na zachód. Znowu przez kilka dni nie można było przejść przez szosę. Front ustabilizował się na Wiśle, 20 km od nas na zachód. W okrążeniu po naszej stronie Wisły zostały niektóre oddziały niemieckie.

Likwidowali ich Rosjanie bądź rozbrajali partyzanci. W dwa, może trzy dni po ustaleniu się frontu na Wiśle do naszej wsi zbliżył się taki oddział w składzie kilku czołgów. Gdy minęli Chodel, ostrzelali ich partyzanci z Chodla. Cóż im mogli zrobić z broni maszynowej? Niemcy zatrzymali się między naszą wsią a Chodlem, zaczęli strzelać z dział, na szczęście nie na naszą wieś, ani osadę Chodel, lecz na las chodelski. Wystrzelali kilkadziesiąt pocisków. Jak zwykle w takich wypadkach, ja i mój brat Wiesław zostaliśmy wysłani do stryja na Hutę Godowską. Po przejściu wsi Budzyń i kładki na rzece Chodelce zobaczyliśmy, iż przed nami rwą się pociski wystrzelone z czołgów. Wraz z innymi uciekinierami w strachu i popłochu zawróciliśmy do wsi Budzyń, gdzie nas w nocy odnaleźli rodzice. Zanim Niemcy zaczęli strzelać od naszej wsi, do Chodla zbliżał się wóz z woźnicą, trzema partyzantami i mieszkańcem naszej wsi Królem Józefem. Partyzanci myśląc, że to czołgi radzieckie, założyli biało-czerwone opaski. Niemcy ich zgarnęli i zabrali ze sobą i w miasteczku Urzędów zastrzelili przy próbie ucieczki. Król Józef był jedyną ofiarą wojny w tym czasie z naszej wsi.

Na czas przyjścia frontu nasi lokatorzy Makarewicze opuścili Przytyki, chroniąc się w bezpieczniejszym miejscu. Rodzice przy pomocy Marii i Karola wynieśli ich meble do sadku i w ten sposób odzyskali zajmowane od dwóch lat mieszkanie.

[1] Magneto – inaczej iskrownik elektromagnetyczny. Urządzenie do generowania iskier elektrycznych, np. do zapłonu w silnikach (przyp. red.).
[2] Pismo do użytku szkolnego dozwolone przez Niemców, wspomniane w poprzednim, opublikowanym w Nowych Peryferiach fragmencie wspomnień Aleksandra Soli (przyp. red.).
[3] Chodzi o nazistowski obóz pracy przymusowej w Poniatowej. Początkowo pracowali w nim radzieccy jeńcy wojenni. Uwagi autora o „swobodzie” czy „dobrych warunkach”, jakimi mieli cieszyć się Żydzi, należy rozumieć w sposób relatywny – w porównaniu z warunkami w gettach czy innych obozach. Źródła donoszą o brakach żywnościowych, chorobach, częstych egzekucjach na terenie obozu. Na terenie obozu miała miejsce próba zbrojnego oporu, istniała tu komórka ŻOB. Obóz został zlikwidowany 4 listopada 1943 roku w ramach akcji Erntefest. Wszystkich więźniów rozstrzelano, o czym autor zresztą wspomina w dalszej części tekstu (przyp. red.).

Zdjęcia z domowego archiwum Aleksandra Soli.
Na zdjęciu czarno-białym mały Aleksander z Bratem.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *