DOM KULTURY, Karol Templewicz

Kongres broni, kongres radzi, kongres nigdy cię nie zdradzi

AUTOR

Karol Templewicz

Urodzony w 1985 roku, socjolog, publikował m.in. w Krytyce Politycznej, Dzienniku Opinii i Tygodniku Powszechnym. Stale prowadzi blog w witrynie Nowych Peryferii. Od 2011 roku związany zawodowo z Instytutem Adama Mickiewicza.

Utarło się, że środowisko kultury zwołuje Kongresy w chwilach kulminacji napięć. Kiedy bolączki, konflikty i niedostatki przerywają tamę codzienności, w której trzeba, zaciskając zęby, dopinać budżety: czy to instytucji, czy to domowe. Pretekstem do zwołania tegorocznego Kongresu stały się zapowiedzi zmian w polityce kulturalnej rządu.

 

Na podstawie zapowiedzi organizatorów oraz wcześniejszych wypowiedzi osób szykujących się do udziału można było się spodziewać, że Kongres posłuży do sformowania jakichś Kulturalnych Sił Samoobrony Przed Rządem. Jednak obawy o włączenie tego wydarzenia w obecną wojnę dwóch plemion na szczęście nie całkiem się spełniły. Trudno jednak powiedzieć, co właściwie z Kongresu 2016 wyniknie.

Przed ostatnimi wyborami miałem przyjemność rozmawiać z dyrektorką jednej z instytucji kultury. Kiedy rozmowa zeszła na głosowanie, osoba ta powiedziała, że odda głos na Platformę, kierując się „poczuciem lojalności” w stosunku do władzy, której „zawdzięcza stanowisko”. O ile się nie mylę, jej wybór poprzedził konkurs. Nie wiem, na ile rozpowszechniona jest taka postawa, ale wystąpienie jej nawet w tym jednostkowym przypadku mnie zmroziło. Mając w pamięci to podejście oraz postawę prezentowaną publicznie przez posła Mieszkowskiego – jako były już dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu oczekiwał, że ze względu na jego zasługi zawieszone zostaną procedury (gdy zakończyła się jego kadencja, podważał sens organizowania konkursu i stawiał się ponad prawem) – można było zasadnie podejrzewać, że dyskusje dotyczące organizacji kultury mogą schodzić na manowce.

Przed Kongresem należało się poważnie liczyć z możliwością wykorzystania tego wydarzenia do doraźnych celów „obozu demokratycznego” pojmowanego według definicji Sławomira Sierakowskiego, zamiast do dyskusji o kondycji sektora kultury. Wśród uczestników Kongresu licznie reprezentowana była grupa przywiązana mniej lub bardziej do poprzedniej władzy.

Zagrożenie Kongresu wojną plemienną wzmagało dodatkowo odwołanie się do pewnej popularnej wśród pokolenia czterdziesto- i pięćdziesięciolatków kalki, w myśl której Polska pod władzą PiS to tak jakby drugi PRL. Stąd rzadko słychać było odwołania do Kongresu z 2009 r., który zakończył się uchwaleniem istotnych postulatów, powszechnie przyjętych przez artystów i instytucje kultury. Punktem odniesienia był niedokończony Kongres z 1981 r. Do tego wydarzenia odwoływała się także, w liście odczytanym uczestnikom tegorocznego zgromadzenia, Maria Janion, pamiętająca przerwanie obrad stanem wojennym.

Z mojego punktu widzenia dość problematyczny był dobór prelegentów. Zgłoszono ponad trzysta tematów i drogą głosowania wybrano kilkadziesiąt. Trudno mi zgadnąć, co kierowało np. osobami oddającymi głos na Bogdana Zdrojewskiego i jego wystąpienie o edukacji kulturalnej. Czy zadecydował fakt, że na tle Piotra Glińskiego Zdrojewski wypadał korzystnie, czy inne względy, trudno orzec. Przypomnę tylko, że Zdrojewski to polityk, którego działania opierały się w dużej mierze na wdrażaniu „pendolinizacji” w kulturze. Terminem tym opisuje się praktykę poprawiania części systemu kosztem funkcjonowania jego całości. W wypadku sektora kultury objawiło się to prymatem inwestycji w infrastrukturę przy zaniedbaniu kadr. Na koniec swojej kadencji minister wsławił się decyzją o przekazaniu 16 mln zł na Muzeum Jana Pawła II, a w praktyce na budowę Świątyni Opatrzności Bożej w warszawskim Wilanowie. Za jego rządów stworzona została także w MKiDN strategia edukacji kulturalnej, która zaprzecza sama sobie. Nie zdecydowałem się na udział w tym panelu, więc nie dowiedziałem się, niestety, jak wypadł europoseł Zdrojewski. Możliwe jednak, że ważniejszy od prelegenta był podjęty przez niego temat.

Edukacji kulturalnej, działaniom skierowanym do dzieci oraz uczestnikom kultury poświęcone zostało bardzo wiele uwagi. Sądzę, że to ważna zmiana, która zaszła w ciągu ostatnich kilku lat. Wciąż można jeszcze spotkać osoby traktujące kulturę jako oczywistą potrzebę, coś społecznie koniecznego w sposób bezdyskusyjny. Da się także natrafić na przedstawicieli instytucji kultury, którzy z jednej strony opowiadają się za neoliberalną wizją społeczeństwa, a z drugiej głoszą konieczność finansowania kultury z publicznych środków. Należy więc cieszyć się, że rośnie potrzeba refleksji nad rolą sektora kultury. Coraz częściej artyści, animatorzy kultury, pracownicy publicznych placówek i urzędnicy głośno zastanawiają się nad swoją rolą. Pytają, dla kogo tworzą, komu służą? Stawiane są fundamentalne pytania o wzajemny stosunek kultury wysokiej oraz innych form uczestnictwa. Krytykuje się rozdzielenie tych dwóch sfer.

Pod tym względem Kongres stanowił pozytywne zaskoczenie. Szkoda, że ciekawy panel dotyczący uprzedzeń, jakie osoby związane z kulturą mają wobec tych, którzy do muzeów, teatrów czy bibliotek nie uczęszczają, zepchnięty został do małej salki składającej się w połowie z kolumn, w której na dodatek nie domykały się drzwi. Temat postrzegania osób nieuczestniczących w kulturze przez „robotników sztuki” stanowi jedno z kluczowych wyzwań, jakie stoją przed twórcami i instytucjami. Problematyczne bowiem staje się osadzenie pola sztuki w rzeczywistości społecznej. Sens finansowania instytucji kultury bywa podważany. Wynika to z faktu, że uczestnictwo w kulturze jest ograniczone, w związku z czym społeczna potrzeba funkcjonowania takich instytucji staje się coraz bardziej ograniczona do wybranych grup. Docieranie do osób nieuczestniczących w kulturze może być zatem pojmowane jako forma samoobrony. Z drugiej jednak strony dążenie do jak najszerszego udziału w kulturze traktowane jest wciąż bardzo często jako misja.

W głównej sali zorganizowana została dyskusja o ekonomicznym tle działalności kulturalnej; była ona także transmitowana. Fakt, że ten panel zajął ważne miejsce jest istotny z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, było to nawiązanie do tematów podejmowanych na Kongresie w roku 2009. Po drugie, świadczy o tym, że środowisko sztuki przyswoiło sobie fakt, że kultura jest także częścią rzeczywistości społeczno-gospodarczej, a ignorowanie tego faktu przynosi negatywne rezultaty. Nie pozwala się skutecznie bronić przed kolonizacją kultury przez dyskurs krótkoterminowej opłacalności ekonomicznej. Pracownikom sektora uniemożliwia zaś walkę o swoje prawa, ponieważ jako osoby „realizujące misję” nie powinny myśleć o żadnych innych aspektach. Dyskurs ten był wielokrotnie przywoływany podczas sporów o zabezpieczenia społeczne artystów czy sytuację pracowników muzeów (protest „Dziady kultury”).

Inny z ciekawych paneli dotyczył kondycji ośrodków peryferyjnych oraz ich stosunku do głównych metropolii. Przynajmniej do pewnego stopnia udało się chyba przekroczyć perspektywę warszawocentryczną. Jest to bardzo ważne w kontekście poszukiwania tematów wspólnych dla wszystkich uczestników Kongresu.

Jestem przekonany, że Kongres w dużej części wypełnił swoje zadanie. Wyartykułowany został szereg problemów, z którymi sektor zmaga się nie od dziś. To, że wiele z bolączek zaczęło się na długo przed ostatnimi wyborami, zostało uznane przez uczestników za oczywiste. Wypada się z tego cieszyć w kontekście zagrożenia wojną plemienną, o którym pisałem powyżej.

Widzę jednak co najmniej dwa poważne problemy, które nie pozwalają mi uznać tegorocznego Kongresu Kultury za sukces. Pierwszym jest przeprowadzona w jego trakcie demonstracja. Zorganizowanie wiecu w trakcie imprezy polegającej na dyskusjach i rozmowach wydało mi się pomieszaniem porządków. Sądziłem, że potrzeba sprzeciwu zostanie zaspokojona wydarzeniem, podczas którego krytyczne uwagi pod adresem rządu zostaną przekute w postulaty zmian. Sam przebieg demonstracji oraz wykrzykiwane hasła zdecydowanie należały już do porządku wojny plemiennej.

W „obronie demokracji” krzyczały na wiecu także osoby, które głośno nawoływały do bojkotu warszawskiego referendum w sprawie odwołania prezydent Gronkiewicz-Waltz, podważając tym samym sens tego demokratycznego instrumentu. Choć artykuły sprowadzające problemy środowisk związanych z kulturą do funkcjonowania „mafii bardzo kulturalnej” zasadniczo pomijają mechanikę dystrybucji uznania i pieniędzy, to faktem pozostaje, że znaczna część prawicy postrzega środowisko przez ten właśnie pryzmat. W tym kontekście hasło „nie oddamy wam kultury” brzmi co najmniej niezręcznie. Kim są bowiem owi „my”, którzy w tej chwili kulturę rzekomo mają? I przed kim mają jej bronić?

Drugi poważny problem wynika pośrednio ze sformułowania opozycji „my-oni”. O ile w 2009 r. władza była zasadniczo „nasza”, zaś kwestią główną było uzyskanie większych środków, o tyle teraz nie wiadomo właściwie pod czyim adresem kierować postulaty. Wnioski i rekomendacje sprawiają wrażenie trochę schizofrenicznych. W czasach, w których nieustannie powraca pytanie, czym ma być sztuka i jaką rolę mają pełnić instytucje kultury, trudno byłoby chyba oczekiwać odpowiedzi ostatecznych. Wydaje mi się, że ten brak konkretnych rezultatów jest niewielką ceną, jaką Kongres zapłacił za minimalne skażenie logiką plemienną. A to już jakieś osiągnięcie.

Kongres Kultury odbył się w dniach 7-9 października 2016 r. w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.
Zdjęcie: Wikipedia

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *