AUTOR

Szczepan Twardoch

Pisarz. Autor m.in. "Wiecznego Grunwaldu", "Morfiny", Dracha" i "Króla".

Poeta alfa niecierpliwie mnie ponaglił, drapiąc się po brzuchu, zacząłem więc czytać pierwszy wiersz, wcale nie ten, od którego chciałem zacząć, ale nie miałem już wyjścia. Głos mi drżał, dłonie jeszcze bardziej, czułem, jak pot spływa mi po plecach, bałem się, że zemdleję. A jednak czytałem.

 

1.

Po raz pierwszy moje życie zmieniło się, kiedy poszedłem do liceum.

W szkole podstawowej byłem dzieckiem samotniczym, nad kolegów przedkładającym książki, które wypożyczałem po osiem z pilchowickiej biblioteki, w kolejności alfabetycznej. Przeczytałem je chyba do litery K, najbardziej zaś kochałem hrabiego Monte Christo, Huckelberry’ego Finna, Smugę z książek o Tomku Wilimowskim, d’Artagnana i książki poświęcone historii drugiej wojny światowej.

O tym, po której stronie walczyli w niej moi przodkowie i krewni jeszcze nie wiedziałem, w latach osiemdziesiątych śląskich dzieci nie dopuszczało się do tej wiedzy; nie utożsamiałem się zresztą z żadną ze stron, wojna interesowała mnie raczej jako orgia zniszczenia niż konflikt o charakterze moralnym.

Rówieśnicy nie interesowali mnie zaś wtedy wcale, chyba że potrafili na wyrywki wyrecytować kaliber dział artylerii głównej i pomocniczej, wyporność, prędkość maksymalną i liczbę załogi pancerników Yamato czy Bismarck, wiedzieli dlaczego HMS Hood był krążownikiem liniowym i co to jest pancernik kieszonkowy, albo potrafili przynajmniej podjąć dyskusję na temat wyższości focke-wulfa nad messerschmittem. Było ich niewielu, większość wolała biegać za piłką, czym wyniośle pogardzałem.

Z wyrachowania utrzymywałem znajomości z tymi, którzy posiadali w domu amigę lub atari i byli gotowi mnie zapraszać. Gier komputerowych bardzo pożądałem, zapoznawszy się z nimi na pececie w pracy mojej mamy, w jednej z pierwszych gliwickich firm informatycznych, gdzie jeszcze w latach osiemdziesiątych grywałem czasem w Pac-Mana i J-Birda.

Kiedy pecet o bursztynowo-czarnym monitorze, piękny, beżowy 386SX o dwóch megabajtach pamięci RAM pojawił się u nas w domu, pod koniec mojej podstawówki, straciłem zainteresowanie kolegami posiadającymi amigi. Zamiast tego żebrałem u dziadków o pieniądze potrzebne na dokupienie dodatkowej pamięci, niezbędnej do uruchomienia większości interesujących mnie gier.

Potem zaś poszedłem do liceum.

Z uznawanego za genialne dziecka z pilchowickiej podstawówki, z przedwcześnie rozwiniętego intelektualnie i odnoszącego sukcesy na olimpiadach filozoficznych chudego dziwadła, zawieszonego między światami dorosłych i dzieci, nienależącego zaś do żadnego, zmieniłem się w dorodnego, długowłosego wyrostka w ciężkich butach, który nigdy nie nauczył się uczyć, w związku z czym w liceum ku własnemu zdziwieniu natychmiast stał się uczniem zwykłym, czwórkowym, ponad książki przedkładającym towarzystwo dziewcząt, piwo, skręty i muzykę.

2.

Jako pierwszy poznał się na mnie nauczyciel plastyki, legendarny w Gliwicach profesor Majda, dziwaczny, cudowny ekscentryk z wgnieceniem w łysej czaszce, na temat pochodzenia którego snuliśmy najdziwniejsze teorie – czy była to blizna po operacji mózgu, ślad jakiegoś urazu, może po bójce? Do dziś nie wiem i cieszę się z tej niewiedzy, dzięki której blizna profesora Majdy na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą.

Któregoś dnia profesor polecił nam namalować w domu autoportrety.

Narysowałem więc ołówkiem i podmalowałem akwarelami samego siebie całkiem udatnie, uchwyciwszy nawet mniej więcej podobieństwo. Upozowałem ten wizerunek na Morrisona ze znanego zdjęcia w dżinsowej koszuli, z paciorkami na szyi i długimi włosami.

– Oto portret kokieta – powiedział nauczyciel plastyki. – Oto ktoś, kto chce się wam podobać, kto chce się przede wszystkim podobać samemu sobie. Ktoś, kto chce, żebyście go uwielbiali, chociaż sam siebie nie uwielbia wcale.

Klasa patrzyła nie rozumiejąc, ja też nie rozumiałem, tylko profesor Majda wszystko rozumiał, wszystko o mnie wiedział, już dwadzieścia lat temu. Chętniej niż o plastyce rozmawiał z nami o książkach i nawet zadawał nam nieoficjalne lektury, ubolewając, że nie może uczyć nas polskiego.

3.

Polonistka, która uczyła nas w pierwszej klasie, nikomu miłości do literatury wpoić nie mogła. Kojarzyła nam się z Elzą z filmów sexploitation o „Elzie, wilczycy z SS”, które po kryjomu oglądaliśmy na zużytych, wielokrotnie kopiowanych kasetach. Miała owej Elzy aparycję, maniery i skłonność do okrucieństwa. Przypisywaliśmy jej też seksualny apetyt filmowej bohaterki, nie mając o tym oczywiście jako piętnastoletnie gnojki żadnego pojęcia.
Była jeszcze młoda, a przy tym wysoka, potężna i bardzo blond, z włosami splecionymi w warkocze niczym wagnerowska Walkiria i w mojej nastoletniej wyobraźni rozkwitały w związku z nią fantazje, których w roku 1994 nie potrafiłem precyzyjnie nazwać, gdyż nie obmywały nas wtedy jeszcze fale ciepłego oceanu internetowej pornografii. Jak się okazało wiele lat później, nie tylko ja wyobrażałem sobie, jak to pani profesor mogłaby nas ukarać za błędy w dyktandzie.

4.

Po dwóch semestrach Walkiria odeszła ze szkoły i w drugiej klasie języka polskiego zaczęła nas uczyć polonistka młoda, filigranowa, piękna, uduchowiona i bardzo wrażliwa. Na jej temat nie miewaliśmy fantazji, wydawała nam się nieskalana i eteryczna, nikt nie ośmielił się kalać jej nazwiska grubymi żartami, nawet w męskich kiblach czy w bramach, w których chowaliśmy się z papierosami.

Gdy zimą wchodziła do klasy, szczelnie otulała się szalem, dotykała siniejącą, smukłą dłonią kaloryferów i kręciła z niedowierzaniem głową, w jej oczach lśniły łzy. Zawsze drżała z zimna.

Wydaje mi się, że widziała samą siebie w roli bohaterki pozytywistycznej noweli. Mówiła z nami o książkach z zaangażowaniem XIX-wiecznej nauczycielki i ponieważ wierzyła w to, co mówi, my również jej wierzyliśmy.

5.

Pisywałem wtedy wiersze. Inspirował mnie Jim Morrison oraz literatura fantasy i pisałem o ciemnych stronach rzeczywistości. Pisałem przede wszystkim z myślą o tym, że jako tajemniczy, mroczny poeta będę się bardziej podobał dziewczętom, z którymi się wtedy spotykałem, ale ciągle nie byłem gotów, aby te moje surowe utwory dziewczętom pokazać. Obawiałem się, czy docenią. Wstydziłem się samego aktu wierszopisania i wolałbym raczej, by obnażono mnie przed całą szkołą zgromadzoną na sali gimnastycznej, niżby ktoś miał moją twórczość przeczytać. A jednak wydawały mi się już wtedy czymś ważnym i cennym, zaś naszą eteryczną profesor od polskiego uznałem za jedyną osobę na świecie, jakiej mogłem w tej kwestii zaufać. Zaufałem jej czystości, jej niepokalaniu. Wierzyłem słusznie, że ktoś taki jak ona nie przestraszy się wielkości tych utworów, nie odrzuci ich z zazdrości o mój talent; wierzyłem, że nie ma w niej zawiści, więc jej ocena mojej poezji będzie czysta i prawdziwa.

Któregoś dnia pod koniec drugiej klasy liceum zrobiłem więc w końcu coś, co do dziś uznaję za najodważniejszy czyn w moim życiu.
Nie uważam się za tchórza i wiele razy potem podejmowałem wyzwania, przy których czułem ten niepowtarzalny, adrenalinowy rausz. Wchodziłem do klatki i ringu, biłem się i przegrywałem z większymi ode mnie, zwijałem w ciężkim sztormie foka siedząc okrakiem na bukszprycie bez zapiętego lajfpatentu, wziąłem też wiele lat temu kredyt hipoteczny nie posiadając stałej pracy, jednak na taką brawurę jak wtedy, w liceum, nigdy już się nie poważyłem.

Przepisałem więc moje wiersze z zeszytu w komputer, używając do tego edytora tekstu TAG, wydrukowałem na igłowej drukarce marki Citizen, na której moja mama drukowała ciągnące się metrami księgi podatkowe, po czym spiąłem kartki spinaczem, wziąłem do szkoły i patrząc w podłogę wręczyłem eterycznej polonistce, wraz z paroma słowami wyjaśnienia. Przyjęła je zakłopotana i poszła do domu.

Popołudnie i wieczór były męczarnią. Próbowałem się ukoić tanim piwem, ale nie pomogło. W nocy prawie nie spałem, rano pojechałem do szkoły. Polski był ostatni, przemęczyłem więc poprzednich pięć lekcji i dotrwałem do tej ostatniej godziny. Na blacie biurka widziałem plik moich wierszy. Po lekcji pani profesor przywołała mnie do siebie.

Podczas moich wypraw na Spitsbergen dzięki Bogu nigdy jeszcze nie spotkałem niedźwiedzia polarnego, jestem jednak przekonany, że kiedy w końcu stanę z władcą północy twarzą w twarz, to i tak serce nie będzie mi bić tak mocno, jak waliło wtedy.

Czułem, że jest między nami, między moją nauczycielką a mną, dziwna intymność, jakiś związek. Czytała przecież moje wiersze, to prawie jakby widziała mnie nagiego. Podniecała mnie ta intymność i przerażała jednocześnie.

– Czytałam twoje wiersze – powiedziała polonistka, zwracając mi plik zadrukowanych kartek. – Niektóre mi się podobają, inne nie, jednak nie czuję się na siłach, by je ocenić. Myślę, że powinieneś pójść na zebranie klubu poetyckiego przy domu kultury.

Tyle. Tylko tyle.

Jakże byłem rozczarowany!

Myślałem, że coś się między nami wydarzyło, że mamy tę przedziwną intymność, że moja pierwsza czytelniczka zrozumie, kim jestem i ujrzy mnie prawdziwego. Wyobrażałem sobie, jak mówi, że jestem wielkim młodym poetą, że moje wiersze są najwspanialszymi, jakie czytała, że mój talent jest nie z tej ziemi, jest z innego świata i że mam pisać, pisać, pisać, że nie zmieniłaby ani jednej litery, nie skreśliła ani jednego wersu, że to wszystko, co napisałem jest krystaliczne i doskonałe.

Tymczasem zostałem odesłany.

6.

Nie wiem dlaczego poszedłem do klubu gliwickich poetów, ale jednak poszedłem, pchany jakby nieubłaganą logiką wydarzeń, silniejszą ode mnie.

Skoro pokazałem moje wiersze polonistce, to czułem, że muszę teraz zrobić to, co mi doradziła, chociaż jej wstrzemięźliwość tak bardzo mnie dotknęła. Nie miałem na to ochoty, ale poczucie przymusu było nieodparte.

Przezwyciężyłem więc strach i wstyd i poszedłem.

Zebranie gliwickich poetów odbywało się w salce mrocznej i ciasnej, ściany pokrywały przybrudzona boazeria z płyt, olejna lamperia w burym kolorze i poszarzałe kolaże ze zdjęciami wyciętymi z gazet jeszcze peerelowskich.

Na środku stał wielki stół, przy stole krzesła, na stole książki, pisma literackie, wódka, kieliszki i popielniczki, przy stole siedzieli zaś gliwiccy poeci, których nazwisk nie pomnę, palili papierosy i pili tę wódkę, mnie oczywiście nie częstując. Pod ścianą, na zielonych fotelach siedziały zaś i milczały dziewczęta, boginie, studentki z pierwszych lat filologii polskiej.

Takimi mi się wtedy wydały, dorosłe i piękne, smukłe i smutne, milczące i wyniosłe. Nie zaszczycały mnie nawet spojrzeniem, byłem przecież nastoletnim szczylem, podczas gdy przy stole siedzieli prawdziwi Poeci, niektórzy z nich mieli nawet opublikowany tomik, a już każdy z nich na pewno pisywał do tych pism literackich, których numery leżały między wódką a papierosami. Jeden z poetów, długowłosy młodzieniec, był tak na oko w moim wieku i napełniło mnie to nadzieją.

Poeci rozmawiali o poezji używając słów wulgarnych, co niezwykle mi imponowało. Z rozmowy wynikało, że polscy poeci nieobecni na gliwickim zebraniu to idioci, hochsztaplerzy, kabotyni i zwykłe mendy. Byłem tym trochę zaskoczony, jednak cieszyło mnie, że miałem szczęście i trafiłem akurat na tych przyzwoitych i utalentowanych.

Ważną kwestią były również pieniądze, stypendia, wyjazdy, a także nagrody, które, jak zrozumiałem, przyznawano z niejasnych powodów właśnie tym nieobecnym w klubie hochsztaplerom z Krakowa czy Warszawy, uczciwych poetów tu zebranych złośliwie omijając. Kiedy w końcu jeden z gliwickich poetów wyszedł, nieco zmęczony wódką, natychmiast okazało się, że on również należy raczej do grupy pozbawionych talentu oszustów i powoli zaczynałem rozumieć, co się dzieje.

Siedziałem więc samotnie u krańca stołu, przysłuchiwałem się rozmowom i czekałem na swoją kolej. W końcu zwrócił się ku mnie najstarszy poeta, pełniący rolę przewodnika stada, prawdziwy poeta alfa z brodą i w burym swetrze pamiętającym zapewne czasy pierwszej „Solidarności”, pachnącym jeszcze farbą powielaczy i porządnie wytrzepanym zomowskimi pałami. Tak to sobie przynajmniej wyobrażałem, z domu wyniósłszy wielki szacunek dla solidarnościowych tradycji, w pierwszą „Solidarność” i potem w Komitety Obywatelskie zaangażowany był przecież również mój tata i czasem nosił podobne, bure swetry. Poeta tymczasem omiótł mnie znudzonym wzrokiem, jakby dopiero teraz mnie przy tym stole zauważył i zblazowanym tonem polecił, abym te moje wiersze teraz odczytał, skoro już naprawdę muszę.

Drżącą dłonią sięgnąłem po kartki do plecaka, wyjąłem je dopiero teraz, wcześniej nie miałem odwagi, zacząłem je nerwowo przeglądać, nie wiedząc, od czego zacząć.

Poeta alfa niecierpliwie mnie ponaglił, drapiąc się po brzuchu, zacząłem więc czytać pierwszy wiersz, wcale nie ten, od którego chciałem zacząć, ale nie miałem już wyjścia. Głos mi drżał, dłonie jeszcze bardziej, czułem, jak pot spływa mi po plecach, bałem się, że zemdleję. A jednak czytałem.

I nagle coś się wydarzyło. Nagle poczułem siłę moich słów oraz siłę poezji i powoli zacząłem czytać rytmicznie, niemalże skandując. Słowa mnie niosły, biegłem za nimi. Pierwszy raz czytałem moje wiersze na głos i po raz pierwszy pomyślałem tak naprawdę, że są to może dobre, wielkie wiersze, bo przecież od początku wiedziałem, że tylko wielkie wiersze mogą być dobre.
Czułem się wtedy poetą. Byłem wtedy poetą. Byłem wielkim poetą.

Czytałem dalej, aż w końcu jeden z poetów gliwickich ziewnął ostentacyjnie. Podniosłem wzrok znad kartki. Boginie z pierwszego roku filologii polskiej przewracały wielkimi oczami, znudzone aż do obrzydzenia. Młodsi poeci podśmiechiwali się pod nosami. Najmłodszy i długowłosy patrzył na mnie ze smutkiem, jakby spodziewał się najgorszego.
– Może już starczy – przerwał mi poeta alfa w burym swetrze.

Usiadłem. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Po raz pierwszy w życiu naprawdę chciałem umrzeć, czy raczej po prostu nie być, zniknąć. Nie pragnąłem śmierci, lecz nieistnienia.

– No więc to taka zwykła nastoletnia grafomania, ale też nie sądziliśmy, że może człowiek tak młody napisać coś lepszego, Rimbaud był tylko jeden, dawno i na dodatek nieprawda – ironizował poeta alfa.

Milczałem. Boginie uśmiechały się wzgardliwie. Oto chciałeś wejść do elitarnego klubu poetów, chłopczyku? Chciałeś równać się z tymi, których my, młode polonistki, wielbimy? No to masz za swoje. Za wysokie progi, gówniarzu!
– Ale oczywiście można coś z tym zrobić. Dużo pracy trzeba, ale da się. Jakaś tam wrażliwość jest, powiedzmy, widoczna. Te wiersze to taki wczesny Rysio Chłopek, tak bym powiedział. Tak, Rysio też kiedyś takie bzdury potworne wypisywał i proszę, jak nam się rozwinął, jak teraz pisze.

Boginie chichotały. Długowłosy chłopiec, bo to o nim była mowa, uśmiechnął się niemrawo, upokorzony nawet w pochwale.

Chciałem pisać wiersze, by podobać się damom, zostałem zaś upokorzony, zbrukany i wyśmiany. Wiedziałem, nagle wiedziałem, że poeta alfa ma rację. Moje wiersze są infantylne, grafomańskie, niepotrzebne, złe. Skompromitowałem się, ośmieszyłem, okryłem się hańbą i śmiesznością, a ta, jak wiemy od dobrego księcia, hańbi bardziej niż hańba.

– Więc nie trzeba się zrażać. W poezji trzeba terminować, jak w rzemiośle – ciągnął poeta alfa. – My tu chętnie młodego kolegę poprowadzimy, trzeba czytać i próbować, my będziemy oceniać. Spotykamy się za tydzień.

Uciekłem w przerwie, właśnie wtedy, kiedy długowłosy Ryszard Chłopek podszedł do mnie, by mnie pocieszyć.

7.

Nigdy więcej nie poszedłem do klubu gliwickich poetów.

Nigdy więcej nie napisałem już żadnego wiersza. Dwa pełne ich zeszyty spaliłem, płacząc ze wstydu. Dziewczyny podrywałem na zespół punkowy, w którym byłem wokalistą, a który nigdy nie zagrał żadnego koncertu ani nie doczekał się nawet basisty, potem pisałem opowiadania i artykuły do szkolnej gazetki, w których przystępnie wykładałem światopogląd, jaki opracowaliśmy z moim ówczesnym przyjacielem i nazwaliśmy ultradeterminizmem, a który w niezwykle odkrywczy sposób opisał świat jako całkowicie deterministyczny, świat w którym wszystko ma swoją mechaniczną przyczynę. Kiedy potem przeczytałem o poglądach XVIII-wiecznego filozofa nazwiskiem d’Holbach, byłem trochę urażony, że ktoś wcześniej już wpadł na podobny pomysł, ale zasadniczo ciągle uważałem, że to mi należy się palma odkrywcy prawdziwej natury wszechrzeczy.

Kaliber dział artylerii głównej i wyporność Yamato pamiętam do dziś. 460 milimetrów i 65 tysięcy ton, długość 256 metrów na linii wodnej.

Ryszard Chłopek został prawdziwym poetą, opublikował parę tomików, spotkaliśmy się potem zresztą na studiach, obaj studiowaliśmy na katowickim MISH-u, chociaż rzadko się widywaliśmy, bo Ryszard siedział chyba głównie na polonistyce i psychologii, a ja wyłącznie na Wydziale Nauk Społecznych, który opuszczałem tylko wpadając czasem na czarodziejskie wykłady prof. Tadeusza Sławka. Rysiek, o ile pamiętam, nie pił zbyt wiele, więc nie mieliśmy też wspólnych zainteresowań. Nie wiem, co tam dziś u niego słychać, ale wierszy już chyba też nie pisze. Może szkoda.

Nie wiem, jak potoczyły się losy gliwickich poetów, boginek z pierwszego roku filologii, moich polonistek i profesora Majdy, a przynajmniej w przypadku tego ostatniego wiedzieć chciałbym.

A mój los?

Gdybym w 2003 r. otrzymał stypendium doktoranckie, to pewnie w końcu wymęczyłbym ten nikomu niepotrzebny doktorat o rewolucji konserwatywnej w Niemczech w latach 1919-1933 i dziś może zmagałbym się z habilitacją, nienawidząc studentów i całego systemu szkolnictwa wyższego w Polsce. Na szczęście nie otrzymałem. Studentów nie lubię i tak, chociaż zdarza mi się gościć na moim wydziale i prowadzić swobodne seminaria dla studentów dzisiejszego MISH-u, który przy okazji zmienił nazwę, nowej nie zapamiętałem. Sam wiele skorzystałem w swoim czasie na podobnych zajęciach dla studentów MISH, uczęszczając na antropologię kultury do prof. Kosowskiej czy na seminarium o Platonie do prof. Dembińskiego, gdzie przez cały semestr czytaliśmy, jeśli dobrze pamiętam, „Gorgiasza”. Na seminariach moich staram się więc zniechęcić młodych ludzi do uprawiania literatury, aby spłacić ten zaciągnięty przed laty dług.

Gdybym w 2006 r. nie stracił jedynej prawdziwej pracy, jaką miałem w życiu, to pewnie nie wziąłbym się nigdy porządnie do pisania i dziś być może dalej jeździłbym na targi wydawnicze kupować prawa do przekładu biznesowych poradników. Na szczęście mnie wyrzucili. Biznesowych poradników nienawidzę wręcz fizjologicznie, ale do dziś przydaje mi się to, czego się wtedy dowiedziałem o rynku wydawniczym, o działaniu procesu wydawniczego i o sztuce negocjacji handlowych.

Szczęście zawsze mi sprzyjało, z porażek zawsze wynikało dla mnie coś dobrego.

Moje pierwsze opowiadanie ukazało się w 2003 r. w magazynie „Science Fiction” i nominowano je do zupełnie pozbawionej znaczenia nagrody Nautilus; nagrodę dostał ktoś inny, zresztą i tak była honorowa, co po polsku zawsze oznacza, że pozbawiona gratyfikacji finansowych (dziwne w przypadku narodu, który honor podobno ceni najwyżej). Na tej nagrody rozdaniu poznałem młodego, podobnie jak ja nikomu wtedy nieznanego, lecz bardzo muskularnego pisarza nazwiskiem Orbitowski, a było to trzynaście lat temu. Potem Orbitowski wyjechał do USA, gdzie był chyba trochę samotny, więc pisaliśmy dużo na Gadu-Gadu, zaprzyjaźniliśmy się i tak już zostało.

Moja pierwsza książka wyszła dwa lata później, w 2005 i miała ohydną okładkę, która zepsuła mi całą przyjemność z debiutu. Przyniosłem ją mojemu dziadkowi i kiedy w końcu po paru miesiącach odważyłem się zapytać o wrażenia z lektury, Jorg Draga, rocznik 1920, zirytowany rzekł:
– Ta ksiōnżka? Ja, czytŏł żech, yno to niy ma nic warte, toć wszystko żeś sie tam, synek, pozmyślŏł, po co takie gupoty a świństwa pisać to jŏ niy wiym. Wciepnył żech to do pieca.

Dziesięć lat później, czyli dziś, staroszek Jorg, czytujący kiedyś Kanta i Nietzschego w oryginale, dalej gardzi prozą, ceniąc wyłącznie literaturę faktu i niemiecką poezję romantyczną. Kiedyś być może przyznam mu rację w ogóle, zaś już dziś zgadzam się z nim w ogólnej ocenie jakości mojego debiutu.

Debiutantem poczułem się ponownie wtedy, gdy po raz pierwszy zarobiłem na książce poważne pieniądze, to znaczy po ukazaniu się „Morfiny” w 2012 r. „Morfiny” dziadkowi już nie pokazałem, doczekałaby się zapewne podobnej recenzji, „Dracha” przeczytał sam i trochę się obraził, co rozumiem i nad czym ubolewam. Moją nową powieść, to jest „Króla”, rodzina ukryje przed jego bezlitosnym wzrokiem. Jeśli nie, to pewnie i „Król” poleci do pieca, bo trochę w nim jednak pozmyślałem, obok tego, czego zmyślać nie trzeba było.

To wszystko jednak nie ma żadnego znaczenia, kiedy z wdzięcznością pomyślę o gliwickim poecie alfa w burym swetrze, którego nazwiska nigdy nie poznałem, a może wyparłem. Gdyby nie on, który upokorzył mnie w oczach zasiadających pod ścianą studentek, to być może zostałbym poetą, a zaprawdę, gorszy los nie mógłby mnie spotkać.

Ilustracja: Edouard Manet „Kruk”

drukuj

KOMENTARZE

  1. Serdeczne pozdrowienia, Panie Szczepanie.
    Drachem dopiero co zachwycony, Morfiną aktualnie odurzony, a i powyższym życio-szkicem niewiele mniej…
    wyrażam chęć przeczytania wszystkich pańskich dostępnych tekstów. Haugh!
    Eugeniusz Oginski
    rodem z Żor :-)

  2. Wybieram się dzisiaj na spotkanie autorskie do Nowego Teatru. Przeczytałem 4. książki Autora (poradnika nie wliczam) i jestem ciekawy „żywego” Twardocha.

  3. Pisarz Twardoch jest bardzo zajęty własną osobą.

    „All through the day, I me mine
    I me mine, I me mine
    All through the night, I me mine
    I me mine, I me mine
    Now they’re frightened of leaving it
    Everyone’s weaving it
    Coming on strong all the time
    All through the day I me mine

    I-I-me-me-mine, I-I-me-me-mine
    I-I-me-me-mine, I-I-me-me-mine”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *