AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Zawodowo socjolożka, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo interesuje się historią i socjologią spółdzielczości, antropologią ekonomiczną, socjologią wsi. Stara się oddzielać pracę naukową od publicystyki, co nie zawsze do końca się udaje. Trochę postępowa, trochę konserwatywna.

Losy głównych bohaterów reportażu Nesterowicza pokazują, że przyspieszona modernizacja, jakiej zaznała Polska w latach tużpowojennych, była modernizacją co najwyżej kulawą i naznaczoną tak poważnymi skazami, że jej bilans należałoby przynajmniej postawić pod znakiem zapytania.

 

Wymiana elit wzmacnia nawet zasadę hierarchiczności, zapewniając elitom dopływ nowych talentów i usprawiedliwiając ich wyniesienie raczej zasługami niż urodzeniem. (Christopher Lasch, „Bunt elit”)

Tak się złożyło, że zanim udało mi się przeczytać reportaż Piotra Nesterowicza „Każdy został człowiekiem”, zapoznałam się z kilkoma recenzjami tej książki, co sprawiło, że do lektury przystąpiłam z pewnymi wyobrażeniami o jej wątkach przewodnich. Reportaż oparty o pamiętniki młodych działaczy społecznych pochodzących ze wsi, wysłane na konkurs ogłoszony w 1961 r., okazał się przejmującą i bardziej wielowymiarową lekturą, niż sądziłam. Mam wrażenie, że recepcja książki Nesterowicza, skoncentrowana na „awansie” ze wsi do miast, pomija istotne, wręcz decydujące wątki, które wpłynęły na losy głównych bohaterów – młodych ludzi z biednych, wiejskich rodzin, którzy w latach stalinizmu podążają ścieżką trudnego i bardzo specyficznego procesu zdobywania wykształcenia i odnajdywania się w nowych rolach wyznaczonych przez powojenny porządek polityczny. Trzeba powiedzieć, że niewiele z tego, co mi się w losach tego szczególnego pokolenia wydało tak istotne, odnajduję w wypowiedziach autora na temat książki – być może zatem interpretuję ją, przynajmniej do pewnego stopnia, niezgodnie z jego intencjami co do jej myśli przewodniej.

Dla większości komentatorów „Każdy został człowiekiem” traktuje o modernizacji polskiej, zacofanej wsi, wydobywającej się z nędzy i feudalnych stosunków dzięki powojennej industrializacji i otwarciu dróg awansu społecznego dla rzesz ludzi ze środowiska chłopskiego. Adela, Regina, Jan, Marian, a także kilkoro innych bohaterów drugiego planu zdobywają upragnione średnie wykształcenie, dostają pracę, w większości z dala od swoich rodzinnych miejscowości (choć najczęściej nie w dużych ośrodkach), działają społecznie. To pokolenie, które (….) stworzyło Twój kraj, drogi czytelniku, jak czytamy we fragmencie recenzji Jan Wróbla na tylnej stronie okładki. Z kolei Jakub Majmurek przeciwstawia losy bohaterów Nesterowicza dominującej narracji na temat PRL, skoncentrowanej na micie Żołnierzy Wyklętych, tymczasem ograniczony do katowni na Rakowieckiej obraz lat 40. i 50. nic tak naprawdę nie mówi nam o tym, co w społecznym wymiarze stało się w tych dekadach.

Owszem, książka sporo nam mówi o społecznym wymiarze tego okresu. Tylko czy skupienie się na nim rzeczywiście pozwala podtrzymać narrację o modernizacji i emancypacji, która (mimo pewnych kosztów, które zwolennicy tego podejścia wspominają mimochodem) miała dokonać się w pierwszej dekadzie PRL-u? Losy głównych bohaterów reportażu Nesterowicza pokazują, że przyspieszona modernizacja, jakiej zaznała Polska w latach tużpowojennych, była modernizacją co najwyżej kulawą i naznaczoną tak poważnymi skazami, że jej bilans należałoby przynajmniej postawić pod znakiem zapytania. Skupianie się jedynie na wątkach wykształcenia i zmiany warunków życia pomija inny, moim zdaniem nie mniej istotny motyw przewodni podanych tu w pigułce losów wiejskiej młodzieży – wykuwania wiernych kadr nowego systemu, któremu owa grupa, wyciągnięta z otchłani nędzy, wszystko zawdzięczała. Mechanizm ten widoczny jest nawet mimo autocenzury, jakiej z konieczności poddane były pamiętniki, które stały się materiałem dla książki Nesterowicza.

Bohaterowie „Każdy został człowiekiem” to ambitni młodzi ludzie z bardzo biednych rodzin. Regina codziennie musi pokonywać kilkugodzinną drogę przez las, aby dotrzeć do szkoły. Jej rodzice nie pojawiają się na wywiadówkach, bo nie mają w co się ubrać. Zresztą nie chcą, aby się kształciła. Gdy nie ma jej na liście przyjętych do liceum pedagogicznego, Regina próbuje popełnić samobójstwo. Marian pochodzi z „dziadów”, najbiedniejszych chłopów we wsi, uznawanych przez tych zamożniejszych za „obiboków i krętaczy” – już wkrótce znajdzie się w awangardzie najbardziej gorliwych komunistycznych działaczy, lecz we własnej miejscowości pozostanie obcy, na uboczu. Adela, również z ubogiej rodziny, jest córką pijaka, który notorycznie bił jej matkę, Jan zaś, syn zbiedniałych po wojnie gospodarzy, traci oboje rodziców, nie dojada.

Dla wielu takich jak oni jedynym sposobem wyrwania się z nędzy było wstąpienie do Związku Młodzieży Polskiej – organizacji, która ukształtowała światopogląd pokolenia awansujących chłopów, była miejscem ich socjalizacji. ZMP powstał w 1948 r. z przymusowego połączenia czterech, jeszcze w latach 40. quasi-niezależnych organizacji młodzieżowych: Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”, Związku Walki Młodych, Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego (dawnej młodzieżówki PPS) i Związku Młodzieży Demokratycznej. Organizacja ta w momencie największej popularności liczyła 2 mln członków w wieku od 15 do 30 lat, co oznacza, że część szkół, uniwersytetów czy zakładów pracy składała się praktycznie w 100% z jej członków. Dla zdeterminowanych młodych ludzi wyjściem było przyjęcie reguł gry narzucanych przez jedyną w zasadzie strukturę, w ramach której awans był możliwy. Owa gra, jak pokazuje Nesterowicz, była najczęściej grą o sumie zerowej. Nieustanna walka o miejsce w szkole, na obozie młodzieżowym czy na studiach (to ostatnie dostępne naprawdę nielicznym) przybierała przede wszystkim charakter walki politycznej.

W tej grze pewne chwyty były szczególnie dozwolone, a zwycięstwo niekoniecznie współgrało z najlepszymi wynikami w nauce. Chwyty te polegały na znanych z wielu analiz stalinizmu insynuacjach dotyczących pochodzenia społecznego rywali (rodzina rolnicza posiadająca 8 ha zaliczała się już do kułaków) czy ich kontaktów zagranicznych. Ujawnienie nieuwzględnionego w formularzu członkowskim brata za granicą mogło skutkować wyrzuceniem z organizacji czy utratą stanowiska w jej władzach, a w konsekwencji zamknięciem drogi do upragnionej kariery. Nesterowicz pokazuje ten mechanizm na przykładzie bohaterki drugiego planu, Doroty (jej losy poznajemy z listów do Reginy), która mimo ewidentnego powołania, pracowitości i wybitnego talentu nie dostaje się na studia medyczne, pozostaje felczerką. Jako wroga klasowego demaskuje ją kolega z organizacji, który dzięki temu zdobywa indeks (potem zresztą nie pracuje w zawodzie).

Ci, którzy w tej grze okazali się bardziej biegli, mają przed sobą jeszcze wiele ciężkich prób, doświadczeń i rozczarowań. Marian trafia do Służby Polsce, paramilitarnej organizacji młodzieżowej, w której ciężka praca fizyczna rujnuje mu zdrowie, a nie przynosi obiecanego miejsca w szkole oficerskiej. Następnie, jako górnik, cudem unika śmierci – o warunkach pracy, zamieszkania czy wynagrodzenia, jakie wyłaniają się z tych fragmentów książki, powinni przeczytać wszyscy ci, którzy w PRL-u upatrują epoki „bezpieczeństwa socjalnego” czy szacunku dla robotników. Serii brutalnych zderzeń z rzeczywistością doświadcza Jan, który po ukończeniu technikum zostaje agronomem. W spółdzielniach produkcyjnych i PGR-ach zastaje niegospodarność, kradzieże, nepotyzm, pijaństwo, ignorancję. Próbując być uczciwy i rzetelny, zadziera z miejscowymi układami, zatem wciąż musi się przenosić. W końcu każdy z bohaterów jakoś układa sobie życie, lecz, jak łatwo się domyślić, odbiega ono od wcześniejszych wyobrażeń o „budowaniu socjalizmu”.

Trudno bohaterów Nesterowicza osądzać. Wszystkich w zasadzie cechowała pracowitość i determinacja, a także potrzeba, w ich rozumieniu, niesienia pomocy czy oświaty innym. Czynne zaangażowanie w komunizm było dla nich jedyną szansą na odmianę losu, zdobycie upragnionej wiedzy i zawodów. Dlatego, mimo rozczarowań i wątpliwości, pozostają wierni wierze w socjalizm oraz Partii. To, co wydaje się w tym kontekście znaczące, to fakt, że dla tej grupy październik 1956 r., uznawany zwykle za moment powszechnie wytęsknionej liberalizacji, był ciosem. Fundamenty znanego im świata, świata, który „uczynił z nich ludzi”, się zachwiały, przez chwilę wydawało się, że mogą nawet runąć. Czas ten wymagał redefinicji wielu pojęć i nowych racjonalizacji, które były możliwe dzięki skanalizowaniu nadziei przez zrehabilitowanego Gomułkę. To wówczas zlikwidowano ZMP, a także spółdzielnie produkcyjne, za pomocą których próbowano całkowicie zreorganizować wiejską gospodarkę.

Zmiany społeczne, cywilizacyjne i technologiczne, które zaszły w pierwszej dekadzie istnienia PRL, były z pewnością zmianami rewolucyjnymi. Standard życia ogromnych rzesz ludzi – żyjących dotąd w nędzy, często w analfabetyzmie, bez elementarnych z dzisiejszej perspektywy wygód, jak choćby prąd – niewątpliwie się podniósł. Piotr Nesterowicz podkreślał w jednym z wywiadów, że dzięki komunistycznej mobilizacji proces ten był być może szybszy, niż byłby bez niej. Można się zastanowić, jaki był koszt tego przyspieszenia. Czy modernizacja, która następowałaby bardziej samorzutnie, bez narzuconych, państwowych planów, nie byłaby mniej powierzchowna, a za to budowana oddolnie, powoli, ale w bardziej demokratyczny sposób? Jak wyglądałaby sytuacja na wsi, gdyby nie zniszczono ruchu ludowego, który bezsprzecznie był siłą modernizacyjną?

Pozorne dowartościowanie chłopstwa w powojennej rzeczywistości maskowało silne uderzenie w podstawy dotychczasowego sposobu życia tej grupy i źródła jej niezależności. Chociażby walka przeciw wiejskim „wrogom klasowym” była walką przeciw tym, którym nie tylko udało się zgromadzić najwięcej ziemi, ale też np. doskonalić metody uprawy. Negacja dotychczasowego dorobku czy wiejskich tradycji służyła gwałtownej społecznej przebudowie, ale niekoniecznie modernizacji innej niż powierzchowna, przyniesiona siłą, wiążąca się z wykorzenieniem, alienacją.

Defekty PRL-owskiej rzeczywistości przypisuje się często, zwłaszcza w analizach lewicowych, rezyduom „feudalizmu” i wiejskiemu konserwatyzmowi, który miał pozostawiać ślady w mentalności wywodzących się ze wsi kadr nowego systemu. O śladach tych wspomina niejednokrotnie autor książki, podkreślają je recenzenci. Można jednak także stwierdzić, że reprodukcja „wiecznego folwarku” (jak pisze Majmurek) jest tyleż pozostałością kulturową wielowiekowych struktur społecznych, co immanentną cechą „realnego socjalizmu”, który przecież narodził się w nieodległej, zacofanej pod względem gospodarczym części świata. System ten wszędzie tworzył nowe elity, a te potrzebowały legitymizacji, do której posłużyły się działaczami wyniesionymi z dołów społecznych – tymi, z których „uczyniono ludzi”. Wykorzystywano przy tym rzeczywiste krzywdy i niesprawiedliwości. Mechanizm ten świetnie opisuje Christopher Lasch w „Buncie elit” – choć na przykładzie innej, amerykańskiej rzeczywistości.

Gdy więc myślimy o tym, że właśnie to pokolenie „stworzyło nasz kraj”, możemy się zastanowić, czy jego przywary i bolączki wynikały jedynie bądź głównie z „wiejskiego konserwatyzmu”, czy też również z konieczności adaptacji do powojennej rzeczywistości – wymagającej cynizmu, braku zaufania do instytucji, umiejętności poruszania się w nieformalnych układach. Cynizmu, którego lekcję najlepiej chyba odrobiła Dorota – początkowo oddana swojej pracy felczerka, pod koniec – zgorzkniała urzędniczka w służbie zdrowia. Tylko głupiec nie wyciąga nauki z doświadczeń – pisze do Reginy.

Piotr Nesterowicz, „Każdy został człowiekiem”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.
Zdjęcie ze zbiorów Archiwum Państwowego w Zamościu

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *