Aleksander Sola, Mateusz Piotrowski

Przodkowie (I). Wspomnienia Aleksandra Soli

AUTOR

Aleksander Sola

ur. 29 X 1932 w Przytykach k. Poniatowej. Gospodarz, robotnik, działacz "Solidarności", pierwszy przewodniczący rady miejskiej w Poniatowej po 1989 roku.

Historia Dziadka Olka, jego przodków i potomków, rodziny i znajomych, przyjaciół i wrogów to historia typowa i wyjątkowa. Tak jak inne „małe historie” naszych rodzin, przeplatające się z wielkimi społecznymi procesami – w nieprzewidziany i często decydujący sposób kształtujące to, co potem nazywamy „wielką” albo „narodową” historią.

dziadek 1Dziadek Olek był chłopskim synem. Przebył typową, a jednocześnie niezwykłą ścieżkę awansu i buntu. Jako dziecko przyglądał się nazistowskiemu terrorowi, Zagładzie Żydów, oporowi Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich, próbom przeżycia i ułożenia sobie jakoś życia pod okupacją. W Polsce Ludowej zaczynał od ciężkiej pracy w gospodarstwie swojego ojca na Lubelszczyźnie. Potem było gospodarzenie na poukraińskiej ziemi, pośród pustek i grasujących po lasach uzbrojonych grup różnych kolorów. Następnie praca w kopalni, wesołe życie i „łobuzerka” na Ziemiach Zachodnich. Pierwsze zaangażowania i rozczarowania polityczne. Wojsko i praca w zakładach EDA oraz ciężki wysiłek utrzymania rodziny z niedużej pensji ślusarza narzędziowego w „robotniczym państwie”. Działalność w „Solidarności”: legalnej i nielegalnej. Potem praca w pierwszych samorządach. A potem powrót na wieś do rodzinnego gospodarstwa.

Historia Dziadka Olka, jego przodków, i potomków, rodziny i znajomych, przyjaciół i wrogów to historia typowa i wyjątkowa. Tak jak inne „małe historie” naszych rodzin, przeplatające się z wielkimi społecznymi procesami – w nieprzewidziany i często decydujący sposób kształtujące to, co potem nazywamy „wielką” albo „narodową” historią.

(Mateusz Piotrowski, wnuk)

* * * *

Aleksander Sola – Oluś – Olek – tato – ojciec – dziadek – pradziadek – pan Aleksander urodził się w 1932 r. we wsi Przytyki.

Z perspektywy swoich 84 lat mówi, że gdyby mógł zaczynać życie jeszcze raz, pracowałby jako genetyk tworzący nowe odmiany kwiatów, warzyw i drzew. Chciałby być również badaczem gwiazd; analizuje teraz w internecie mapy nieba i z pasją o tym opowiada. Przechowuje w pamięci wymyśloną przez siebie fabułę powieści fantastyczno-naukowej. Gdy w maju 2016 r. został zaproszony na festiwal, organizowany przez młodą polską emigrację w Irlandii, by wraz z irlandzkimi storytellerami wziąć udział w wieczorze opowieści, powiedział, że żałuje, że dwa lata temu, kiedy już mniej pracował w polu i w sadzie i miał trochę czasu dla siebie, nie zaczął uczyć się angielskiego. Wtedy mógłby swobodniej uczestniczyć w występie i przede wszystkim – pogadać z ludźmi.

(Jolanta Piotrowska, córka)

I

PRZODKOWIE: OD I DO II WOJNY ŚWIATOWEJ

Mój dziadek Sola Piotr urodził się około 1860 roku. Jego starszy brat nosił imię Stanisław, nie wiem, czy mieli więcej rodzeństwa. Ich ojciec miał na imię prawdopodobnie również Stanisław. Posiadali dość duże gospodarstwo we wsi Janiszkowice – parafia i gmina Opole Lubelskie. Nie wiem, z jakich przyczyn sprzedali gospodarstwo w Janiszkowicach, a nabyli znacznie mniejsze we wsi Wólka Komaszycka.

Po śmierci pradziadka gospodarstwo odziedziczył brat dziadka, Stanisław. Piotr został gołym i wesołym kawalerem. Po pewnym czasie zapoznał pannę Justynę Gołofit z Budzynia, ze zubożałej rodziny szlacheckiej. Justyna, moja babcia, była około 10 lat starsza od Piotra i do tego ponoć niezbyt urodziwa. Mimo to rodzina Gołofitów była przeciwna małżeństwu. Dziadek zdołał przekonać do siebie nie tylko Justynę, ale i jej ojca i… do ślubu doszło.

Co najważniejsze, teść zapisał młodym w wianie 14 morgów ziemi we wsi Przytyki, co na owe czasy było znacznym majątkiem. Oprócz tego dostali podstawowy inwentarz: konia, krowę, parę prosiaków i drzewo na budowę domu. Dziadek z dnia na dzień stał się jednym z poważniejszych gospodarzy na wsi. (…) Mój ojciec Józef, syn Piotra i Justyny, został na rodzinnej gospodarce z dziadkiem Piotrem.

(…)

W czasie I wojny światowej, po przełamaniu ofensywy rosyjskiej przez Austriaków i Niemców, działania wojenne przeniosły się z Galicji na teren Królestwa Polskiego, będącego pod zaborem rosyjskim. Gdy front zbliżał się w nasze strony, około połowa ludności naszej wsi i okolicy pod wpływem propagandy rosyjskiej zdecydowała się na ucieczkę na wschód. Ludzie ci porzucili swoje gospodarstwa, swoją ziemię, dobytek i z tym, co można było załadować na wóz, udali się na wieloletnią tułaczkę. Jak słyszałem z opowieści tych ludzi, niektórzy dotarli aż za krąg polarny, w okolice Morza Białego. Stracili cały dobytek, po kilka lat życia, a niektórzy nawet życie. Wracali różnie, ci, których dogonił front, szybko; ale byli tacy, którzy wrócili po 1921 roku. z gołymi rękami. Gospodarstwa ich uległy dewastacji, a pola zarosły krzakami. Propaganda rosyjska głosiła m.in., że Madziarzy, którzy idą z Austriakami, zjadają dzieci i popełniają wiele strasznych rzeczy.

Moi dziadkowie wraz z już żonatym synem Józefem zdecydowali się pozostać na swoim gospodarstwie. Pomimo iż rodziny te przeżyły wiele niebezpieczeństw, a front austriacko-rosyjski zatrzymał się w tej okolicy na kilka tygodni, to nikt nie zginął, a gospodarstwa ich nie uległy dewastacji. Po przejściu frontu szybko mogli powrócić do normalnego życia, podczas gdy powracający uciekinierzy długo zmagali się z biedą i niedostatkiem.

Podczas I wojny na naszym terenie obok wielu nieszczęść związanych z wojną szalały choroby zazwyczaj towarzyszące wojnom: ospa, tyfus i cholera. Na Przytykach na tyfus zmarła co trzecia lub czwarta osoba. Dziewczyna, która nie miała na twarzy śladów po ospie, uchodziła za urodziwą. Do naszej wsi cholera nie doszła, lecz w niedalekiej okolicy były miejscowości, gdzie umierało 90% ludzi i to nieraz w ciągu jednej doby. Nie miał kto grzebać umarłych, gdyż żywi bali się zakażenia, a lekarstw żadnych nie było.

W naszej okolicy front zatrzymał się tak, iż około kilometra od wsi na południe przebiegała linia okopów austriackich, a kilkaset metrów na północ linia okopów rosyjskich. Na linii wsi Wronów stała ciężka artyleria rosyjska, a na linii wsi Granice – artyleria austriacka. Ostrzeliwali się ponad naszą wsią. Jakiś zabłąkany pocisk uderzył w stodołę dziadka, ale do pożaru nie doszło. Słyszałem z opowieści mojej matki, że kilkakrotnie walczono na bagnety, do starć dochodziło w opłotkach wsi. Po takim ataku następował chwilowy rozejm, a strony zbierały swoich rannych i zabitych zwisających na płotach.

Zabytkowy kościół w Chodlu (1541 r.), który służył Austriakom za punkt obserwacyjny, był ostrzelany przez artylerię rosyjską, a na pamiątkę w miejsce dziur po pociskach wmurowane są niewybuchy pocisków widoczne do dziś. Na okolicznych polach toczyły się ciężkie walki, poległych chowano na miejscu, a długo po wojnie wyorywało się fragmenty uzbrojenia, szrapnele, bagnety itp. Po wojnie przeprowadzano akcje ekshumacji zwłok żołnierzy i pochówek we wspólnej mogile Austriaków i Rosjan. Mogiła ta istnieje do dziś przy szosie z Chodla na Kraśnik, o 0,5 km na południe od Chodla, po prawej stronie drogi.

Jeszcze pod koniec lat 30-tych ojciec pokazywał mi miejsca w polu, gdzie odnaleziono pochowanego żołnierza, w tym miejscu bujniej rosło zboże. Gdy front się przesunął na północ, do wsi weszły wojska austro-węgierskie i właśnie Madziarzy zachowywali się bardzo przyzwoicie i przyjaźnie, czym ludność była mile zaskoczona.

W tym czasie w tej okolicy walczyły również legiony brygadiera Józefa Piłsudskiego. Sztab legionów stał w Urzędowie, 15 km na południe od naszej wsi, a patrole legionowe walczyły pod Chodlem, czego dowiedziałem się z literatury. O fakcie udziału w walkach żołnierzy polskich w tej okolicy nikt z mieszkańców naszej wsi nie wiedział.

W 1920 mój ojciec Józef został powołany do wojska. Po kilkutygodniowym przeszkoleniu w Kraśniku pułk ojca szybkim marszem został przemieszczony do Warszawy, gdyż zbliżały się armie bolszewickie, a oni mieli wziąć udział w obronie Warszawy. Jak wspominał ojciec, podczas marszu do Warszawy podarły mu się buty i przez ulicę Marszałkowską w Warszawie szedł na bosaka. Wówczas jakaś starsza pani ofiarowała mu buty. Zanim pułk ojca rozlokowano na przedmieściach Warszawy, bolszewicy zostali pobici (Cud nad Wisłą) w połowie sierpnia 1920 roku. Jednostka ojca wzięła udział w pościgu za Moskalami, maszerowali po 80 km dziennie, ale nie mogli nawiązać kontaktu bojowego. Gdy wydawało się, że ich dopadną, okazało się, że już rozgromili ich ułani. Ojciec swój szlak bojowy zakończył koło Lidy i Nowogródka. Po zawarciu pokoju w Rydze został zdemobilizowany i powrócił do domu.

Pod koniec wojny z bolszewikami od ojca Józefa przestały przychodzić listy. Trwało to kilka tygodni. Gdy zaczęli wracać żołnierze z frontu, a ojca nie było i nie było listów, matka Helena i dziadek Piotr zaczęli się niepokoić. Obawiali się, że zginął. Matka udała się do wróżki, a ta ponoć powiedziała, że widzi go w łóżku i pewnie jest ranny. Po szczęśliwym powrocie ojca okazało się, że leżał w szpitalu w Białymstoku chory na tyfus, cztery tygodnie był nieprzytomny, ale przeżył.

Stryj Władysław opowiadał o skarbie, jaki rzekomo dziadek Piotr miał przywieźć z wojny rosyjsko-tureckiej, w której brał udział w carskiej armii. Władysław nie do końca był człowiekiem wiarygodnym, był cholerykiem. Ładnie opowiadał, ale przesadzał. Stryj Władysław tak z urody, jak i charakteru był podobny do mojego brata, Jana. Według stryja, dziadek z kolegą z Komaszyc mieli zagarnąć kasę swego batalionu rozbitego przez Turków. Opowiadał, że ze swym starszym bratem, Ignacym, gdy rodzice pojechali na jarmark, zrzucili z pieca skrzynkę z pieniędzmi. Miało tam być parę kilo złotych monet. Stryj Ignacy był człowiekiem solidnym, lecz u niego nie można było zweryfikować tych opowieści, gdyż już nie żył. Gdy z Tomkiem przeglądaliśmy stare dokumenty, znaleźliśmy notarialne świadectwo o tym, iż dziadek z ojcem w początku lat 20-tych pospłacali wszystkich spadkobierców dziadka, dokupili ziemi i wystawili duże budynki, co mogłoby świadczyć, że było trochę prawdy w opowieści o skarbie.

W 1918 r. (przed pójściem na front ojca) urodził się brat Karol, tylko 18 lat młodszy od matki. W 1922 urodziła się siostra Maria, po niej był jeszcze syn Leon, który zmarł jako kilkumiesięczne dziecko. W 1926 urodził się brat Jan, a w 1929 siostra Zofia. 29.10.1932r. przyszedłem na świat ja, Aleksander. W dniu moich urodzin zmarł dziadek, Piotr – tak się dziwnie złożyło. Po mnie była jeszcze siostra Janina, żyła kilka dni, pamiętam jej pogrzeb. W 1938 r. urodził się najmłodszy z rodzeństwa, Wiesław.

Po śmierci dziadka Piotra ojciec nosił się z zamiarem sprzedaży ojcowizny i wyjazdu na Wołyń, było to jego marzeniem. Za sprzedane gospodarstwo na Przytykach z ziemią 4 i 5 klasy miał upatrzony na Wołyniu majątek 40 ha ziemi 1 i 2 klasy. W ostatniej chwili kupiec na Przytykach zrezygnował, a majątek na Wołyniu został sprzedany, więc do transakcji nie doszło. Sąsiad ojca, Drozd Jan, wyjechał na Wołyń, mieli być tam sąsiadami. Wrócił w 1945 r. tylko z duszą i ciałem, dziękując Bogu, że z całą rodziną, gdyż wielu się to nie udało. Całe rodziny zostały wymordowane przez bandy UPA. Sąsiad ten od razu wyjechał na Ziemie Odzyskane.

W latach 30. rodzicom coraz lepiej się powodziło. Ojciec miał ładną pasiekę, cztery krowy, gospodarstwo prosperowało coraz sprawniej. W okolicy powstawały zakłady przemysłowe w ramach COP-u, np. Kraśnik, Poniatowa, Stalowa Wola, Pionki. Łatwiej było o pracę.

Brat Karol w 1938 r. ukończył Przemysłową Szkołę Zawodową w Lublinie i podjął pracę w Lubelskiej Fabryce Samolotów, dobrze zarabiał. Siostra Maria rozpoczęła naukę w Szkole Handlowej w Lublinie. Brat Jan i siostra Zofia chodzili do szkoły podstawowej w Chodlu. Ja w 1939 r. miałem pójść do szkoły, ale w związku z wybuchem wojny szkołę rozpocząłem w 1940 roku. Miałem 7 lat i dużo już z tych dni pamiętam, tym bardziej, że były to mocne przeżycia.

Brat Karol kupił radio słuchawkowe, pamiętam, jak w niedzielę ludzie przychodzili słuchać wiadomości o zbliżającej się wojnie i dyskutowali. Po pierwszym września 1939 r., gdy Niemcy zbliżali się do Warszawy, pojawiły się u nas tłumy uchodźców. Przeważnie byli to młodzi ludzie, którzy liczyli na to, że za Bugiem zostaną zmobilizowani. W naszym sadzie stało nieraz po kilkadziesiąt rowerów. Rower wtedy był rzadszą rzeczą niż dziś nawet dobry samochód. Na naszej wsi posiadał go tylko Karol. Były również samochody osobowe. Pamiętam piękny samochód z młodym małżeństwem i chłopcem w moim wieku, który miał kule sreberek po czekoladzie wielkości pięści mężczyzny, ja niestety czekolady nie znałem. Uciekinierzy zatrzymywali się u nas, gdyż był sad i dużo starych drzew w obejściu. W dzień odpoczywali, szli i jechali nocą, gdyż Niemcy bombardowali drogi, siejąc śmierć wśród uchodźców zdążających na wschód.

Pamiętam również dzień, kiedy Niemcy przyszli do nas. Przez naszą wieś biegła szosa od Wisły i Puław na Lublin. Pamiętam setki samochodów, czołgów i motocykli i tysiące niemieckich żołnierzy. Pierwszego dnia na nasze podwórze przyszło trzech niemieckich żołnierzy. Ojciec młócił w stodole wraz z najętym niepełnosprawnym umysłowo Antosiem. Antoś był przygłupim, lecz niezwykle silnym młodym człowiekiem. Niemcy mieli za zadanie zebrać ze wsi wszystkich mężczyzn w sile wieku. Ojciec podporządkował się, a Antoś nie chciał. Niemiec popychał go karabinem, Antoś krzyknął: „Mi tu młócić kazali!”. Wyrwał żołnierzowi karabin i pchnął go, żołnierz się przewrócił, ale zdołał chwycić za karabin i chciał strzelić do Antosia. Ktoś pokazał na czoło, że Antoś jest głupi i dobrze się skończyło. Mężczyzn zabrali do szkoły w Chodlu, ale na drugi dzień wszystkich zwolnili i tym razem skończyło się na strachu. Tak zaczęła się okupacja.

Niemcy od pierwszych dni przystąpili do wielkich represji wobec ludności polskiej. Już w październiku 1939 r. we wsi Szczuczki zamordowali 67 osób, mężczyzn, kobiety, starców i dzieci. Uczyniła to jednostka Wermachtu. Powodem było odnalezienie w pobliskim lesie broni ukrytej przez oddział Wojska Polskiego. Ale cóż temu winne były dzieci? Również w październiku została zamordowana moja stryjeczna siostra wraz z mężem, pozostała po nich 6-tygodniowa córka.

Pod groźbą kary śmierci trzeba było oddać odbiorniki radiowe. U nas był odbiornik słuchawkowy i został zabrany. Niemcy rekwirowali także polskie książki, w tym podręczniki szkolne: wszystkie, nie tylko historyczne. Jedynym podręcznikiem był tzw. „Ster”, w formie gazety. Zakazane pod karą śmierci było wydawanie jakiejkolwiek prasy w języku polskim, legalna była tylko kontrolowana przez Niemców tzw. gadzinówka.

Na ludność, oprócz podatków, nałożono bardzo wysokie kontyngenty w zbożu, żywcu, mleku. Za niewywiązanie się z tych obowiązków groziły wysokie kary. Kto nie oddał kontyngentu, nie mógł zemleć zboża we młynie. Ludzie znów wrócili do żaren, ale to trwało długo, np. aby zemleć 15 kg zboża, trzeba było 8 godzin ciężkiej pracy. Ojciec zbudował młynek, na którym mąkę na chleb można było zrobić w ciągu pół godziny. Z naszej wsi, ale i sąsiednich, ludzie przychodzili mielić. Młynek całe dnie był w ruchu. Kiedyś jednak wpadła granatowa policja i młynek potłukła. Ojca nie aresztowali, gdyż z komendantem policji chodził do szkoły. Po dokonaniu swego obowiązku, komendant wziął ojca na stronę i powiedział mu, iż oskarżył go sąsiad Piotr, który tego dnia z rana korzystał z młynka. Ojciec urządzenie zreperował, ale już nie chciał świadczyć usług.

W pierwszym okresie okupacji ludzie często donosili na siebie. Kres donosicielstwu położyło powstanie w terenie placówek Armii Krajowej. Akowcy za donosicielstwo, współpracę z Niemcami i rabunki najpierw ostrzegali, wzmacniając ostrzeżenia laniem, a gdy to nie skutkowało stosowali środek ostateczny – rozstrzeliwali. W Chodlu zabili wójta.

Już od pierwszych lat okupacji Niemcy wywozili młodych ludzi na przymusowe roboty do Niemiec. Na terenie wiejskim ludzi na przymusowe roboty typowały placówki Arbeitsamtu przy Urzędach Gminy. Z naszej małej wioski ponad 10 osób było na przymusowych robotach. W 1945 r. wszyscy wrócili, za wyjątkiem sąsiada Tadeusza Drozda, który wyemigrował do Francji. W 1941 r. nakaz wyjazdu dostała siostra Maria. Za siostrę zgłosił się brat Jan, Arbeitsamt tę zamianę zaakceptował. Brat dostał przydział do bauera pod Hamburgiem. Bauer źle go traktował, wymagał pracy jak od dorosłego, a przecież był to 14-letni dzieciak drobnej budowy. Miejscowy Arbeitsamt dopatrzył się złego traktowania i przeniósł go do innego bauera, gdzie był traktowany bardzo dobrze. Był tam do końca wojny. Przez kilka lat po wojnie brat korespondował z bauerem. Podczas czterech lat pobytu w Niemczech nauczył się niemieckiego w mowie i piśmie. Brat Jan wrócił z Niemiec w 1945 r. na Boże Narodzenie. Podjął pracę w warsztacie ślusarskim brata Karola w Lublinie.

Siostra Maria wyszła za mąż w 1940 r. za Józefa Kozaka z Huty Godowskiej, a po niespełna roku, mając 19 lat, została wdową. Szwagra Józefa, jego brata Stefana i 19 innych zakładników Niemcy powiesili bądź rozstrzelali w 1941 roku. Siostra Maria była łączniczką AK do końca wojny.

W czasie okupacji Niemcy ludzi ze wsi i ich gospodarstwa doprowadzili do ruiny, nędzy, biedy, głodu. U nas najpierw padł koń i nie było czym uprawiać ziemi. Niemcy zabrali wszystkie 4 krowy, o świniach nie wspominając. Gospodarstwo popadło w ruinę, a my niejednokrotnie byliśmy głodni. Pamiętam, że nieraz zazdrościłem, gdy ktoś jadł czarny, suchy chleb.

Już 19 lipca 1944 r. na kilka dni przed wyzwoleniem, w pobliskiej wsi Kawęczyn akowcy z placówki Godów napadli na patrol niemiecki wracający z Ratoszyna ze skonfiskowaną żywnością. Był to patrol jednostki frontowej, stacjonujący w szkole w Chodlu. Niemcy byli lepiej uzbrojeni i doświadczeni w walkach, więc partyzanci ponieśli duże straty. W odwecie Niemcy bestialsko zamordowali pięcioro starszych ludzi we wsi Kawęczyn, w tym przyrodnią siostrę mojej matki, Wiktorię Opokę z mężem, małżeństwo Stępniów oraz jeszcze jednego starszego mężczyznę. Najpierw ich dotkliwie pobili, a następnie spalili żywcem w stodole.

25 lipca weszli do nas Rosjanie, front ustalił się na linii Wisły. W okrążeniu na tyłach frontu pozostały jednak rozbite oddziały niemieckie. Z rąk takiego oddziału czołgów zginął jeden z mieszkańców naszej wsi. Drugi taki oddział, pułk czołgów, stacjonował na sąsiedniej wsi. Akowcy nosili się z zamiarem zaatakowania tego oddziału, ale Niemcy wieczorem wyjechali do Opola, tam zabrakło im paliwa i na drugi dzień zostali rozbici przez Rosjan. Działo się to w kilka dni po ustaleniu się frontu nad Wisłą, 90 km na zachód od nas. Radość z wyzwolenia była ogromna, żołnierze radzieccy witani byli kwiatami.

Entuzjazm z wyzwolenia szybko zaczął słabnąć na skutek zachowania wojsk radzieckich oraz władzy ludowej. Rozpoczęły się aresztowania żołnierzy AK, wywózki na Sybir, prześladowania inteligencji i ludzi związanych z opozycją. W miejsce kontyngentów wprowadzono obowiązkowe dostawy równie uciążliwe jak kontyngenty, za które płacono grosze lub wcale. Dwóch gospodarzy z naszej wsi za zaległość po 50 kg zboża zostali aresztowani i uwięzieni w Przemyślu, odsiedzieli po 2 miesiące, a po zwolnieniu wracali piechotą, prosząc po drodze o kawałek chleba, gdyż nie mieli przy sobie grosza. Ścigany był prywatny handel, za posiadanie złota i walut ustawowo groziły surowe kary, aż do kary śmierci włącznie.

W kilka dni po ustaleniu się frontu na Wiśle w naszym domu Rosjanie zainstalowali pośrednią stację telefoniczną, która miała zapewniać łączność frontu ze sztabami na bliższym i dalszym zapleczu. Obsługiwało ją dwóch żołnierzy. Jeden z nich był 50-latkiem, a drugi miał około 20 lat. Młody człowiek ze średnim wykształceniem nazywał się Żorż Babin, przyjaźnił się z Karolem i siostrą Marią, nadali mu przezwisko Żulik. Żorż znał język angielski, był to miły i kulturalny młody człowiek. Starszy o nazwisku Kołpakow był w wieku ojca, był partyjny. Natomiast Żorż pytany, dlaczego nie awansuje, odpowiedział, że nie należy do partii. O swoim dowódcy i koledze mówił, że to porządny człowiek, ale na tematy polityczne nie należy z nim dyskutować. Przyjeżdżał do nich kapitan, Żorż ostrzegł, żeby z nim nie pić wódki i nie dyskutować, bo to enkawudzista. Jednak obaj byli bardzo przyzwoitymi ludźmi. Zostawiało się przy nich otwarty dom, pilnowali sadku, a jak była na wsi rewizja, w ich pokoju chowało się bimber. Starszy nie pił wcale, a młodszy tylko, gdy go zaproszono.

Po trzech miesiącach obsadę tego punktu telefonicznego zmieniono, Żorż i Kołpakow poszli na front. Żorż napisał kilka listów, lecz gdy front ruszył na zachód, listy przestały przychodzić, pewnie zginął. Służbę u nas objęli Samolin, Mikołaj i Marusia. Obaj żołnierze mieli około 35 lat, lecz jakże różnili się od swych poprzedników; pijaki, nawet zacier na bimber wypili, gdy nikogo nie było w domu. Wszystko trzeba było zamykać i pilnować, żadna kura ani kaczka nie były pewne swojego losu. Marusia, 20-letnia ładna dziewczyna, Łotyszka, opowiadała, iż wraz z rodziną została wywieziona w 1940 r. na Sybir, ale bała się dużo mówić. Kolegowała się z siostrą Marią i innymi dziewczynami na wsi. Gdy jej towarzysze popili, to nocowała u nas lub innych dziewczyn na wsi. Gdy w 1945 r. w styczniu front ruszył, to punkt ten został zlikwidowany.

Powyższy tekst stanowi fragment rozdziału I (Przodkowie) książki Aleksandra Soli Od przodków do potomków. Sto lat historii rodziny Solów, Przytyki 2015. W kolejnych odsłonach Prawa do Wsi będziemy publikować następne, wybrane fragmenty publikacji.

Zdjęcia: Michał Szwerc

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *