Mateusz Piotrowski, Olga Rodak

Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska: Wysferzanie albo awans (II)

AUTOR

Barbara Fedyszak-Radziejowska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, kierunek etnografia (1972), w 1993 obroniła doktorat z socjologii w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Od 1987 do 2013 roku pracowała naukowo w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN oraz – w latach 1994 – 2012 - jako nauczyciel akademicki na Wydziale Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej. Uczestniczyła w badaniach i publikowała artykuły oraz książki poświęcone społecznościom wiejskim, a w szczególności rolnikom, ich etosowi pracy, postawom wobec UE, przedsiębiorczości wiejskiej oraz kapitałowi społecznemu polskiej wsi. Od 1980 należy do NSZZ „Solidarność”. W latach 1982-1988 kierowała pracami grupy socjologów pn. "Zespół w ramach podziemnej struktury Armenia", prowadzących dla Regionalnego Komitetu Wykonawczego Mazowsze analizy nastrojów społecznych środowisk działających w niejawnych strukturach „S”. W latach 1984-1987 pisała ( pod pseudonimem LKS) felietony w podziemnym łódzkim miesięczniku „Arka”. W latach 2007-2011 zasiadała w Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, od kwietnia 2010 jest jego przewodniczącą. Była członkinią Rady ds. Wsi i Rolnictwa przy prezydencie RP Lechu Wałęsie oraz Lechu Kaczyńskim. Od 2015 roku doradca Prezydenta RP Andrzeja Dudy.

Działacze ruchu ludowego w II RP mówili o ludziach, którzy zapominają o swoich wiejskich korzeniach, że się „wysferzają”. Agraryści wierzyli, że chłop nie musi udawać kogoś innego, żeby mieć poczucie pewności siebie.

Mateusz Piotrowski: Chcielibyśmy rozwinąć kilka wątków, które pojawiły się w pierwszej części rozmowy. Dowodziła Pani, że państwowa regulacja obrotu ziemią to nie jest jakieś kuriozum, ale polityka charakterystyczna dla państw europejskich. Czego jeszcze – oprócz znaczenia regulacji dla kształtowania świadomej polityki rolnej – nauczyliśmy się, albo powinniśmy się nauczyć od państw UE?

Wciąż uczymy się polityki spójności i solidarności. Obawiam się, że sami nie zdobylibyśmy się na jej wprowadzenie, co jest o tyle paradoksalne, że PRL została obalona przez Solidarność (!), a w UE bardzo na tej polityce korzystamy. Ta polityka polega na poważnym traktowaniu wspólnotowości. To znaczy, że jej bogatsi członkowie składają się na to, żeby regiony peryferyjne, wykluczone, marginalizowane, gorzej rozwinięte, miały szanse na rozwój. Korzystaliśmy po 2004 roku z takich środków w Unii. Ale nasze elity – lewicowe i prawicowe – niechętnie przyznawały, że to samo winniśmy realizować w kraju, wobec naszych terenów peryferyjnych. Jakie stereotypowe wyobrażenia obowiązywały, gdy rozmawialiśmy w Polsce o rozwoju? Że trzeba inwestować złotówkę tam, gdzie najszybciej przyniesie zyski. Przepraszam, ale jeśli chcemy tak konsekwentnie trzymać się założeń wolnorynkowych – jeśli chcemy, by zainwestowana złotówka jak najszybciej przyniosła zysk – to najlepiej inwestujmy ją nawet nie w Warszawie, tylko w Berlinie.

Olga Rodak: Jak konkretnie zmienił się poziom życia mieszkańców wsi i rolników po wejściu Polski do UE?

Sprawdzałam, jak w świetle kolejnych Diagnoz społecznych, danych GUS-u i CBOS-owskich sondaży wyglądają różnice między centrum a peryferiami, na przykład w korzystaniu z technologii i mediów: komputera, komórki, smartfona, Internetu, prasy. Są zmiany na lepsze, ale dobrze jest pamiętać, że z nowych technologii korzysta 82% mieszkańców największych miast, zaś na wsi tylko 57% mieszkańców wsi i 51% rolników. Jest też zbiorczy wskaźnik stworzony przez prof. Czapińskiego – wskaźnik poziomu cywilizacyjnego – pokazujący położenie poszczególnych grup społeczno-zawodowych względem siebie. W 2015 roku wskaźnik ten wynosił: dla przedsiębiorców 0,72, dla pracowników sektora publicznego 0,62, a dla pracowników w sektorze prywatnym 0,40. Tymczasem dla rolników wyniósł… minus 0,25, a dla mieszkańców wsi minus 0,24. Mimo to trzeba pamiętać, że w 2007 rolnicy byli na poziomie minus 0,42, a mieszkańcy wsi minus 0,34, czyli sytuacja znacznie się poprawiła. Warto porównać też poziom dochodów – funkcjonuje bowiem stereotyp, według którego na integracji najbardziej skorzystali rolnicy. Jeśli spojrzymy na dochód osobisty netto, to średnia w 2015 roku dla Polski wyniosła ogółem 2034 zł, dla pracowników sektora publicznego 2582 zł, dla pracowników sektora prywatnego 2294 zł, dla prywatnych przedsiębiorców 3627 zł, a dla emerytów 1675 zł. Dochód osobisty rolników netto w tym samym roku wynosił 1516 zł, a mieszkańców wsi – 1676 zł.

MP: Skoro już mówimy o dochodach rolników i o stereotypach: istnieje przekonanie o rosnącej zamożności rolników. Co więcej, często sugeruje się, że ta zamożność nie ma związku z ciężką pracą, ale jest efektem typowego chłopskiego lenistwa i kombinatorstwa. W mediach bardzo często pojawiają się tytuły w rodzaju „Polski rolnik doi Unię” albo „Dopłat, dopłat i jeszcze raz dopłat – tego chcą polscy rolnicy”. Pokazały to szczegółowo autorki raportu „O wsi bez uprzedzeń” z Fundacji Przestrzeń Kobiet, które przeanalizowały czołowe polskie tytuły prasy papierowej i internetowej.

Stereotyp głoszący, że rolnicy dorobili się na Unii, niewątpliwie działa. W 2013 roku CBOS poprosił Polaków o oszacowanie, ile obecnie miesięcznie zarabiają ludzie pracujący w różnych zawodach. Respondenci ocenili, że robotnik w fabryce zarabia 2765 zł, nauczyciel 2892 zł, a rolnik 3358 zł. Rozbieżność między tym stereotypem a realnymi dochodami była największa właśnie w opiniach o dochodach rolników. Porównałam, ile pracownik sektora publicznego i sektora prywatnego zarabiał według diagnozy, a ile wedle stereotypu. Takiej różnicy jak między 3358 zł a 1442 zł, czyli między wyobrażonym a realnym dochodem rolników, w żadnej innej grupie społeczno-zawodowej nie było.

OR: Czy w tych statystykach uwzględniono zróżnicowanie dochodów między rolnikami?

Nie, to jest średnia. Ale gospodarstw, które biorą dopłaty, jest ok. 1 mln 300 tys. Pamiętajmy, że gospodarstw wysokotowarowych jest nie więcej niż 100 tys. Poza tym w wielu z tych gospodarstw rolnictwo nie zawsze jest jedynym czy głównym źródłem utrzymania. Co trzeci przedsiębiorca wiejski czy nauczyciel ma kawałek ziemi. Stosujemy w mieście ten sam mechanizm, dorabiając na pół etatu albo szukając dodatkowych źródeł utrzymania, gdy nasze pensje są zbyt niskie. To dodatkowe źródło utrzymania na wsi jest często bardzo ważne w sytuacji braku innych możliwości dorobienia. To może być przetwórstwo, agroturystyka albo jakaś mała firma, która wykorzystuje produkty rolne.

Wracając do skali makro: nie mogłam tu wyszczególnić wszystkich kategorii, ale generalnie dochody rolników powiększyły się, bo w 2013 r. to było 1449 zł, a w 2015 r. – 1516 zł. Nadal są jednak niższe niż w innych grupach społeczno-zawodowych. Dla mieszkańca miasta powyżej 500 tys. mieszkańców ta średnia dochodów to 2876 zł; dla miast od 20 do 100 tys. mieszkańców średnia to 1998 zł. A dla mieszkańców wsi wynosi ona zaledwie 1676 zł. Wiemy to dzięki diagnozie społecznej profesora Czapińskiego – robionej na bardzo dużej próbie. A przecież poglądy prof. Czapińskiego na temat wsi są, jak przypuszczam, inne niż moje.

OR: Czy takie zróżnicowanie poziomu dochodów między miastem a wsią musi prowadzić do wyludniania wsi?

Tu pojawia się ciekawe zjawisko. Otóż mimo tej różnicy w dochodach rolnicy i mieszkańcy wsi są zadowoleni ze swojego miejsca zamieszkania i wyraźnie widać, że wiejski styl życia jest wystarczającym źródłem satysfakcji, zapobiegającym nadmiernej migracji pomimo niskich dochodów. Bieda na wsi jest zwykle mniej degradująca niż w mieście, gdzie, po pierwsze, bardziej widoczne jest zróżnicowanie społeczne, a po drugie: brak dochodów grozi bezdomnością. Osoba biedna na wsi, jeśli ma te swoje kilka hektarów, sama może wyprodukować część żywności, a przy tym ma własny dom, własną ziemię i zajęcie, które chroni przed załamaniem, depresją, etc. Poza tym ma poczucie, że społeczność, w której żyje, nie jest tak zróżnicowana finansowo. Jeśli ma motywację i pomysł, to nawet z 10 hektarów może żyć w miarę godnie. Poza tym gospodarstwo rolne zawsze zmusza do aktywności. Na wsi nawet niższe dochody nie zmieniają jakości życia, poczucia bezpieczeństwa i stylu życia aż tak dramatycznie jak w mieście. Z punktu widzenia ludzkiej godności życie na wsi – paradoksalnie – jest mniej narażone na degradację niż życie w zmarginalizowanym, biednym środowisku w wielkim mieście.

MP: A jak wejście Polski do Unii wpłynęło na te pogardliwe stereotypy dotyczące mieszkańców wsi? I na poczucie godności samych rolników?

Wejście do UE to był największy awans, jakiego kiedykolwiek doświadczyli polscy rolnicy. Takiego statusu w Polsce nigdy by sobie nie wywalczyli, bo polskie elity polityczne nigdy by im tego nie dały.

Uważam, że najbardziej doniosłym wymiarem naszej integracji z Unią Europejską było właśnie wejście polskich rolników w obszar Wspólnej Polityki Rolnej. Poczuli się dowartościowani, bo stali się europejskimi rolnikami. Takiego statusu w Polsce nigdy by sobie nie wywalczyli. Nie wywalczyliby również płatności bezpośrednich i wsparcia dochodów, bo polskie elity polityczne nigdy by im tego nie dały. Nie potrafiły nawet o to konsekwentnie walczyć, gdy negocjowaliśmy warunki integracji z UE.

W gruncie rzeczy wejście do Unii Europejskiej i włączenie polskiego rolnictwa w obszar Wspólnej Polityki Rolnej to był największy awans, jakiego doświadczyli polscy rolnicy. Nawet jeśli są niezadowoleni z wielu szczegółowych rozwiązań, takich jak wysokość płatności oraz likwidacja kwot mlecznych. To wszystko są realne problemy. Ale przynajmniej polityka rolna UE jest skonstruowana z myślą o tym, żeby to bardzo ryzykowne zajęcie uczynić możliwie bezpiecznym i dochodowym.

wici

OR: Czyli rolnictwo pełni nie tylko funkcję ekonomiczną, produkcyjną, ale także inne funkcje społeczne. Zatem gdyby doszło do nadmiernej koncentracji ziemi, mielibyśmy ogromny problem społeczny?

Tak. Rolnictwo jest gąbką przechowującą ukryte bezrobocie, pozwalającą przetrwać kryzysy we względnej równowadze. Rolnictwo pełni też funkcje przestrzenne – potrzebujemy wsi jako przestrzeni realizacji zróżnicowanych stylów i sposobów życia. Był kiedyś taki pomysł, żeby przeprowadzić nas wszystkich do miasta, a na wsiach utworzyć wielkie, państwowe gospodarstwa. Chciano go zrealizować w PRL-u, ale pojawił się także w najbardziej skrajnych, wolnorynkowych, liberalnych wizjach: wielkie gospodarstwo na 10 tys. hektarów, spółka – a ludzie niepotrzebni. Maszyny plus robotnicy rolni, których można dowieźć – i już nie mamy wsi. Nie mamy wsi jako przestrzennej struktury osiedleńczej z jej tradycją, z jej lokalnością, z jej kulturą. To, co wybieramy jako ludzie wolni, to jest – jak dowodzą sondaże – często wybór wsi, wiejskiego stylu życia. Część członków naszej wspólnoty ten styl wybiera, chce go kontynuować, chce go kultywować. Ostatnio, w maju, Pani Prezydentowa spotykała się z kobietami zorganizowanymi od 150 lat w koła gospodyń wiejskich. Takiego bogactwa kolorów w strojach ludowych Kolumnowa Sala Pałacu dawno nie widziała.

Te panie były rewelacyjne! Śpiewały, a ja patrzyłam na nie i myślałam: dumne, pewne siebie, w stroju ludowym, bez żadnych medialno-wielkomiejskich kompleksów. Starość akceptowana, tusza akceptowana, styl akceptowany, człowiek akceptowany taki, jaki jest.

To jest fenomenalne. Ja wiem, że kariera w mieście wymaga odpowiedniego „wizerunku”. Też to akceptuję. W trakcie panelu w Sali Kolumnowej panie z KGW były bardzo niezadowolone, że kojarzy się je tylko z tradycją. Nie – mówiły – my prowadzimy różne szkolenia. O raku piersi, o nowoczesnym gospodarowaniu, o agroturystyce, o przedsiębiorczości kobiet na wsi. Więc to wszystko też tam jest, ale przy poczuciu odrębnej tożsamości i pewności, że ta tożsamość ma sens i jest wyborem, a nie przymusem.

OR: Często pojawia się wobec wsi zarzut, że jej tożsamość nie jest „autentyczna” – że została zatracona jakaś ciągłość i to, że teraz znowu zakładamy stroje ludowe, świadczy o tym, że daliśmy sobie wmówić, że mamy taką, a nie inną tradycję. Mówi się również, że tak naprawdę chłopstwo – jako klasa, kultura czy styl życia – już nie istnieje. Mamy dziś do czynienia nie z chłopami, tylko z przedsiębiorcami rolnymi.

Mam taki zwyczaj, że najpierw słucham tego, co ludzie sami mówią o sobie, a dopiero potem komentarzy czy opinii, które powstają w środowiskach zewnętrznych. 80% ludzi mieszkających na wsi, w tym 85% rolników, jest zadowolonych ze swojego miejsca zamieszkania. Badania pokazują, że wieś kojarzymy ze spokojem, zdrowym środowiskiem, swobodą, przestrzenią, bliskością natury. Gdybyśmy mogli dowolnie wybierać miejsce zamieszkania, to 40% wszystkich Polaków wybrałoby wieś. 73% obecnych mieszkańców wsi wybrałoby wieś jako miejsce zamieszkania, a 19% mieszkańców miast też dokonałoby takiego wyboru, gdyby miało taką możliwość. Ktoś mógłby odpowiedzieć, że ludzie są zadowoleni z tego, co mają, niejako siłą rzeczy, bo wiedzą, że i tak nie mogą tego zmienić. Ale kolejne badania dowodzą, że ta akceptacja wsi nie jest wymuszona. W badaniu CBOS-u z 2015 roku padło pytanie, czy ludzie ze wsi mają mniejsze niż mieszkańcy miast możliwości osiągnięcia wysokiej pozycji społecznej. 41% mieszkańców wsi odpowiedziało, że tak: ich możliwości są mniejsze. Na pytanie, czy ludzie ze wsi mają mniejsze niż mieszkańcy miast możliwości zdobycia dobrego wykształcenia, 29% pytanych odpowiedziało twierdząco. Ale na pytanie, czy woleliby mieszkać w Polsce czy za granicą, 89% mieszkańców wsi, czyli więcej niż ogół Polaków, wybrało Polskę. Mieszkańcy wsi oceniają sytuację realistycznie, ale mimo to wybraliby wieś i wybraliby Polskę. Co jest, także w statystycznych średnich odpowiedziach – zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę młodych ludzi – komunikatem potwierdzającym, że są zakorzenieni. To jest moja odpowiedź na pytanie o to, czy ta tradycja jest atrakcyjna.

OR: A co z problemem „autentyczności”?

Panie z Kół Gospodyń Wiejskich były bardzo niezadowolone, gdy kojarzyło się je tylko z tradycją. Kultura ludowa zawsze taka była. Myśmy ją odkryli w XIX wieku jako rzekomo zamkniętą i doskonałą. Ale przecież ona żyła, reagując na to, co się dzieje. Więc dzisiaj reaguje na kulturę masową, na to, co znajdzie w Internecie.

A dlaczego folklor, strój ludowy i muzyka ludowa nie mogą być marką lokalnej społeczności? Dlaczego odbiera im to wartość? W mieście marką może być architektura czy ogród, hotel, pensjonat czy urok miasta, które przyciągają turystów. A jeśli na wsi można posłuchać góralskiej muzyki granej w strojach ludowych, to dlaczego to jest Cepelia, czyli coś mniej wartościowego? Dlaczego tożsamość kultury ludowej na wsi ma być nieskazitelnie idealistyczna, a w każdym innym biznesie miejskim czy turystycznym tradycja może funkcjonować jako marka? W Warszawie taką marką jest Muzeum Powstania Warszawskiego czy Syrenka. Traktujemy to jako coś normalnego – to jest nasza tradycja i liczymy na to, że turyści przyjadą i będą ją poznawać. Więc dlaczego nie wolno tego robić mieszkańcom wsi? Niedawno w Muzeum Etnograficznym słuchałam przybyłego z Kurpiowszczyzny zespołu dzieciaków śpiewających genialnie gwarą i opowiadających kurpiowskie gadki. Odezwał się we mnie etnograf, więc zapytałam, czy w szkole też mogą mówić gwarą. „No, tak, tak”. „A uczą was tej gwary w szkole, czy tylko w domu?”. „Nie, uczą nas w szkole”. Czyli tak, to jest sztucznie podtrzymywane – powiedziałby klasyczny etnograf z XIX wieku. Ale chwileczkę, jesteśmy nowoczesnym społeczeństwem. Istnieją ośrodki kultury, szkoła i tym podobne instytucje, w których tę naszą tożsamość będziemy kultywować. A jak turysta przyjedzie i dołoży swoje dutki na Podhalu czy gdzie indziej za to, że my tę markę mamy, czy to nam odbiera wiarygodność? Gdybyśmy robili grecką kulturę na Kurpiach i nauczyli się wszyscy tańczyć sirtaki, to byłaby to może marka czysto komercyjna. Ale jeśli to jest nasza własna tradycja, która podtrzymuje naszą wspólnotę, to dlaczego nie? Z punktu widzenia etnografa perfekcjonisty – to jest kultura ludowa stylizowana. Ale z punktu widzenia wspólnoty to jest własne i autentyczne. Stroje ludowe są drogie, podobnie jak ich przechowanie – inwestuje się w nie, co świadczy o żywotności tradycji. Nasze społeczeństwo jest w tak dużym stopniu pomigracyjne, że regionalizmy są na wagę złota. Kultura ludowa w województwie lubuskim czy zachodniopomorskim musi być rekonstruowana. Szanujmy ludzkie wybory i to, że ta kultura żyje czasami w takiej postaci markowo-komercyjnej.

OR: Mam wrażenie, że to, o czym Pani mówi – odbudowywanie czy konstruowanie regionalnych tradycji – to też zasługa Unii Europejskiej, która poprzez różne instrumenty wspiera mieszkańców wsi w kultywowaniu swojej tożsamości, jakkolwiek rozumianej. W gminie Kłoczew w województwie lubelskim, z której pochodzę, nie ma jakiejś szczególnie wyróżniającej się i rozpoznawanej na zewnątrz kultury wiejskiej. Ale pojawiło się tu mnóstwo stowarzyszeń, w których panie zakładają stroje ludowe, śpiewają pieśni. I nawet, jeżeli część z tych pieśni jest ściągnięta z Internetu i jeżeli ten strój nie wywodzi się z naszej gminy, to ja nie mam nic przeciwko temu. Jeżeli one rzeczywiście po to sięgają i czują się z tym w porządku, to świadczy to o tym, że jednak mają poczucie chłopskiej tożsamości.

Jako etnograf mogę Pani przypomnieć o zjawisku tzw. opadu kulturowego. Chłopska kultura ludowa czerpała z dworskiej. Czy powinniśmy mieć do niej o to pretensje? Nie, to jest normalne życie społeczne, w którym obserwując się wzajemnie, mimo dystansów, budujemy coś własnego, co trwa. I dlatego przyśpiewki, które słyszałam, wprowadzają współczesne wątki. Kultura ludowa zawsze taka była. Myśmy ją odkryli w XIX wieku jako rzekomo zamkniętą i doskonałą. Ale przecież ona żyła, reagując na to, co się dzieje, więc dzisiaj reaguje na kulturę masową; na to, co znajdzie w Internecie. Ale jeśli robi to z odwołaniem do przeszłości, to znaczy, że się rozwija i przeobraża, nie odcinając się od swoich korzeni. Jest żywotna.

Dobrze by było, gdybyśmy w otwarciu na różne grupy społeczne, które były dyskryminowane – jak kobiety czy mniejszości etniczne – włączyli w naszą wspólnotę także to, co wiejskie.


Agraryści, czyli działacze ruchu ludowego w II RP, używali specyficznego określenia w stosunku do tych, którzy wywodzą się ze wsi, ale po przeniesieniu się do miasta zapominają o korzeniach. Mówili, że tacy ludzie się „wysferzają”. Są bardziej miejscy niż mieszkańcy miasta. Agraryści myśleli o tym bardzo krytycznie. Wierzyli, że chłop nie musi udawać kogoś innego, żeby mieć poczucie pewności siebie. I że taki właśnie ma być akceptowany przez innych. Dobrze by było, gdybyśmy w naszym otwarciu na różne grupy społeczne, które były w różnych okresach dyskryminowane, jak kobiety czy mniejszości etniczne, z zainteresowaniem, z wiedzą, z zaciekawieniem i ze zrozumieniem włączyli w naszą wspólnotę także to, co wiejskie. Gdy o tym mówiłam, koledzy z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa pokpiwali, że jestem chłopomanką. Tak to już bywa, niestety.

OR: Mówiąc o mieszkańcach wsi, często zwraca się też uwagę na ich rzekome negatywne cechy. Na przykład na to, że chłop jest indywidualistą, nie potrafiącym współpracować. Wątek skrajnego indywidualizmu chłopów wraca zwłaszcza, gdy mówimy o ziemi.

MP: Szef Solidarności Rolniczej i senator PiS, Jerzy Chróścikowski, którego trudno oskarżyć o uleganie antyrolniczej propagandzie, powiedział kiedyś, że ten brak umiejętności wspólnej pracy utrudnia dziś tworzenie spółdzielczych form produkcji. A przez to utrudnia gospodarstwom rodzinnym utrzymywanie się w konkurencji z wielkimi koncernami.

Tak, to jest realny problemem, a nie tylko stereotyp. Gdy robiłam badania w 2000 roku i rozmawiałam z mieszkańcami wsi, to słowo „spółdzielnia” kojarzyło się im z gniewem wyrosłym z przeszłości, z przymusową kolektywizacją. Ale gdy po wejściu do Unii Europejskiej pojawiły się dotacje dla grup producenckich w ramach wspólnej polityki rolnej, to takie grupy zaczęły powstawać. Dlaczego? Bo „grupa producencka” ma inną konotację niż „spółdzielnia”. Mało tego, nazwa „grupa producencka” sugeruje symboliczny awans rolników do miana producentów. Może w młodym pokoleniu model spółdzielni wróci, bez dawnych obciążeń symbolicznych. Ale w starszych pokoleniach wciąż żywa jest „zła” pamięć o kolektywizacji przymusowej. Ta bariera mentalna to wynik doświadczenia, a nie „genów”. Taka jest pamięć i tożsamość społeczności wiejskich. Dokładnie ten sam problem dotyczy samoorganizacji rolników i merytorycznego negocjowania w relacjach z władzą. Uważam, że polscy chłopi przyzwyczaili się do tego, że wiecznie jest PSL, który w każdej koalicji rządzi, więc nie trzeba się organizować, bo wiadomo, że chłopi z PSL-u różne rzeczy „załatwią”, żeby wygrać wybory. No ale teraz, kiedy PSL już nie jest u władzy, może warto się jednak zorganizować np. w liczne i reprezentatywne związki.

MP: Ale frekwencja w wyborach do izb rolniczych jest podobna do frekwencji w wyborach do samorządu na uczelniach wyższych, czyli wynosi zazwyczaj poniżej 10 %, a często nawet w okolicach 1-2%…

Kilka razy byłam na posiedzeniu Krajowej Rady Izb Rolniczych, i tam merytoryczny poziom debaty jest wysoki. Ale wciąż nie ma w rolnikach chęci do zmobilizowania się, do samoorganizacji. Fukuyama pisał, że kraje postkomunistyczne mają problem z kapitałem społecznym i zaufaniem. Ale jak ufać, jeśli się miało doświadczenie życia na podsłuchu? Więc w tym sensie zgoda – na pewno suma doświadczeń sprawia, że rolnicy mają swoje problemy. Ale wejście do Unii Europejskiej pokazało, że wieś potrafi sobie radzić. Przypomnijmy, że gdy wprowadzano płatności bezpośrednie, w mediach mówiono, że „patologiczna wieś” to wszystko przepije. Tymczasem ludzie ze wsi zainwestowali te pieniądze np. w wykształcenie dzieci. W tej chwili liczba młodych mieszkańców wsi, którzy studiują, jest już prawie porównywalna do liczby studiujących mieszkańców miast. To jest odpowiednio trzydzieści parę i czterdzieści parę procent. Czyli trochę mniej ze wsi, ale przecież wieś startowała z poziomu 2-3%. Więc czy to są geny? Nie. Wszyscy jesteśmy formowani przez doświadczenia i wszyscy musimy sobie z tym radzić.
Ze zdumieniem odkrywam, że rozmowa o rolnikach i wsi z młodymi ludźmi może być tak merytoryczna i obszerna. To bardzo optymistyczne. Dziękuję.

MP, OR: Dziękujemy za rozmowę.


Rozmawiali: Mateusz Piotrowski, Olga Rodak
Współpraca: Aleksandra Bilewicz

Zdjęcie z kolekcji polona.pl: Edward Hartwig
Zdjęcie sztandaru „Wici” dzięki uprzejmości Tygodnika Zielony Sztandar

drukuj

KOMENTARZE

  1. I can breathe easier this Halloween knowing this is an urban legend now! Thanks Catie Still think to look for razor blades too – LOL. I just wish I could keep my son’s Reese’s!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *