Krzysztof Posłajko

Ciemna strona antyglobalizmu

AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Nie chodzi tu bowiem o faktyczną wspólnotę losów, ale o to, że politycy tego sortu dają swojemu elektoratowi: bezcenne poczucie akceptacji ich preferencji kulturowo-estetycznych, które w oczach „popijającej latte wielkomiejskiej inteligencji” stanowią zwyczajny „paździerz” czy „obciach”.

Młodsi czytelnicy mogą nie wiedzieć, a starsi nie pamiętać, że było kiedyś coś takiego jak ruch alterglobalistyczny. Szczyt jego aktywności przypadał na lata późne 90. Alterglobaliści protestowali przeciwko niesprawiedliwości i nierównościom społecznym związanym z globalizacją. Na sztandarze mieli walkę z transnarodowym kapitałem i imperializmem, a ich program pozytywny, poza ogólnie prosocjalnym i proekologicznym nastawieniem, zawierał w sobie mocno podkreślany element afirmacji tego co lokalne, tradycyjne, a co wypierane było, i jest w dalszym ciągu, przez unifikującą siłę globalizacji.

Ruch ten – jako szeroki fenomen społeczny – został dość brutalnie rozbity i spacyfikowany po szycie w Seattle, a procesowi temu wydatnie pomogła militaryzacja społeczeństw zachodnich następująca po 11 września 2001 roku i związana z tym wydarzeniem panika antyterrorystyczna. Swój udział w tym upadku miała zapewne także amorficzna struktura ruchu i jego pod wieloma względami niespójna ideologia.

Zdmuchnięcie alterglobalizmu jako ruchu społecznego nie sprawiło jednak, że zniknęła jego przyczyna, czyli ogólne poczucie frustracji związane z procesami globalizacyjnymi, o których ciemnej stronie nauki społeczne trąbią już od wczesnych lat 90. Globalizacja przyczyniła się w znacznym stopniu do pauperyzacji wielkoprzemysłowej klasy robotniczej w krajach centrum, a kraje peryferyjne sprowadziła do roli poddostawców do światowego obrotu gospodarczego. Za destrukcją gospodarczą szło też wykluczenie tożsamościowe – wielu ludzi, zarówno w krajach centrum jak i peryferii, czuło się i czuje wyobcowanych z „płaskiej”, globalnej kultury konsumpcyjnej, a ich tradycje kulturowe zostały albo to zniszczone, albo sprowadzone do „cepelii” służącej rozrywce globalnych turystów.

Oczywiście, globalizacja miała też swoich beneficjentów – oprócz globalnej elity finansowej (osławiony 1%) wyprodukowała także służącą jej interesom grupę, tzw. „klasę kreatywną”. W krajach peryferyjnych wytworzyły się ogniska kompradorskiej klasy średniej czerpiącej zyski z koordynowania procesu eksploatacji własnych ojczyzn.

Wszystko to są oczywiście obserwacje dość banalne. Jednak łatwo o nich zapomnieć w natłoku codziennych wiadomości, a przecież to właśnie te głębokie procesy de facto decydują o wydarzeniach „na powierzchni”. Śmiem twierdzić, że wiele z pozornie zagadkowych „wydarzeń” może stać się bardziej zrozumiałych, jeśli przyjrzymy się temu, w jaką stronę została skanalizowana frustracja rodząca się z procesów globalizacyjnych. Weźmy choćby przykład Brexitu – jak wskazywało wielu analityków, trudno powiązać poparcie dla wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej choćby z migracją, bo w wielu miejscach, gdzie poparcie dla Brexitu okazało się być znaczne, poziom migracji nie był wysoki. Tymczasem zaobserwowano dość wysoką korelację poparcia dla wyjścia z Unii z dezindustrializacją spowodowaną procesami globalizacyjnymi.

Podobnie w USA fala poparcia dla Donalda Trumpa nie jest bynajmniej oparta na tradycyjnych wyborcach prawicy, ale na ludziach, którzy jeszcze kilka dekad temu stanowili elektorat lewicy – wielkoprzemysłowych robotników, czy też, mówiąc precyzyjniej – ludzi, którzy kiedyś byli wielkoprzemysłowymi robotnikami.

Widać zatem wyraźnie, że teraz to „prawica” (jeśli etykiety cokolwiek znaczą) przejmuje elektorat antyglobalistyczny; natomiast w wielu krajach „lewica” staje się de facto partią reprezentującą klasy zyskujące na globalizacji – dzieje się tak zwłaszcza tam, gdzie symboliczną kontrolę nad polityką nominalnie lewicową sprawuje „klasa kreatywna” i „nowa klasa średnia”.
W porównaniu do starego ruchu alterglobalistycznego, ci nowi „antyglobaliści” spod znaku Donalda Trumpa, Nigela Farage’a (czy Pawła Kukiza) nie oferują już swojemu elektoratowi utopijnych wizji lepszej przyszłości czy nawet projektów globalizacji z ludzką twarzą. Mają natomiast do zaproponowania dwie rzeczy – retrospektywną fantazję o starych dobrych czasach oraz sposób na wyładowanie gniewu, skierowanego w stronę tych, którzy w ich opinii za zniszczenie tych starych dobrych czasów odpowiadają. Jak łatwo się domyślić, domniemanymi winnymi nie są tu władcy światowego kapitału, lecz ktoś zgoła inny.

Wrogami numer jeden antyglobalistycznej prawicy są, po pierwsze, międzynarodowe instytucje, które „odbierają suwerenność” (UE jest tu świetnym przykładem) a po drugie – wszelkie przejawy obyczajowego „lewactwa”. Tak się bowiem nieszczęśliwie złożyło, że dla wielu ludzi postulaty progresywistycznej lewicy (prawa kobiet, i LGBTQ, poszanowanie mniejszości kulturowych i narodowych) skleiły się z ideologią międzynarodowej „hipsterskiej” klasy kreatywnej. W tej sytuacji łatwo przekierować gniew na kwestie kulturowe.

Liderzy prawicowego antyglobalizmu do perfekcji opanowali bowiem łączenie się z „klasami ludowymi” na poziomie kulturowym. Image „swojaka” jest nierozerwalnie związany z miliarderem Trumpem czy byłym maklerem Faragem. Nie chodzi tu bowiem o faktyczną wspólnotę losów, ale o to, że politycy tego sortu dają swojemu elektoratowi bezcenne poczucie akceptacji ich preferencji kulturowo-estetycznych, które w oczach „popijającej latte wielkomiejskiej inteligencji” stanowią zwyczajny „paździerz” i „obciach”. Oczywiście, w tej akceptacji kulturowej jest coś nieomal diabolicznego – idzie za nią poparcie (czy wręcz celowe wzmaganie) ledwo skrywanego rasizmu, mizoginii, czy homofobii, które niekoniecznie występowały w takim natężeniu w autentycznych kulturach tradycyjnych.

Ten rodzaj buntu antyglobalistycznego ma także jedną ważną cechę – brakuje w nim niemal całkowicie wektora ekonomicznego (czy też jest on zastąpiony niejasną obietnicą, że powrót do kulturowej i politycznej autarkii w magiczny sposób spowoduje przywrócenie starych dobrych czasów ekonomicznego dobrobytu). Najczęściej jednak brakuje tu  projektu redystrybucji zasobów. Choć prawicowi populiści mogą ich estetycznie jak najszczerzej mierzić, to jednak najbogatsi nie muszą się przesadnie obawiać wizji dojścia ich do władzy – gniew większości został skutecznie przekierowanych na lewaków i obcych.

Taka dynamika sporu politycznego stawia środowiska autentycznie lewicowe w trudnej sytuacji. Istnieje duża pokusa, by włączyć się w szeroki front obrony progresywnych wartości, co jednak skutkuje tym, że stając w jednym szeregu z ludźmi odpowiedzialnymi za globalizację, straci się zupełnie wiarygodność w oczach tych, których interesy chce się rzekomo reprezentować (co oczywiście skwapliwie wykorzystuje prawica – mistrzem okazał się tu sam Trump, z już kultowym twittem „Bernie Sanders endorsing Crooked Hillary Clinton is like Occupy Wall Street endorsing Goldman Sachs”). Z drugiej zaś strony oczywiście nie da się ścigać z prawicowym populizmem we wzmacnianiu ludowych (czy też wywoływanych u ludu) szowinistycznych odruchów.

Nie mam żadnego cudownego remedium na tę sytuację. Myślę jednak, że uświadomienie sobie własnej słabości jest często warunkiem wstępnym jej przezwyciężenia.

Zdjęcie: Ewa Korzeniowska

drukuj

KOMENTARZE

  1. Już dawno, dawno temu, zanim ruch alterglobalistyczny roztrwonił dorobek z Porto Allegre, mówiło się że wahadło zmian ma zbyt szybki przebieg w stosunku do długości ludzkiego żywota, co będzie objawiać się szybkim narastaniem ruchów parokialistycznych (wiem, wiem, strasznie brzmi).
    Recepta? brak!
    Jedyne co to strach przed ponownymi procesami prowadzącymi do „default’u”.

  2. Słusznie, słabość swoją dobrze znać, bo w nią wróg uderzyć może, ale faktem jest, że słabość pozostaje słabością. Czarno to widzę. Z drugiej strony, mimo nowego kontektsu, mechanizmy zawsze te same – czyżby powtórka z lat 30. XX w.?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *