AUTOR

Filip Leśniewicz

Student socjologii i filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Powoli zgłębia meandry polskiej myśli społecznej. Bliski mu jest światopogląd i postawa Stanisława Brzozowskiego. Kibic Widzewa Łódź i sympatyk stacji Włoszczowa Północ. Tęskni za łączącym etykę i polityczne zaangażowanie etosem PPS-owskim.

Wydarzenia ostatnich tygodni doprowadziły do jednego z największych kryzysów wewnętrznych w Polsce od czasów transformacji ustrojowej. I nie mówię tu o tym, co możemy obserwować w doniesieniach medialnych i na protestach, lecz o tym czego nie widać, a co jest nieodwracalne.

Czara goryczy się przelała i nie ma możliwości powrotu do stanu sprzed 25 października 2015 roku. Skutkiem tych wydarzeń jest całkowita kompromitacja i utrata zaufania do mediów, które nie zwracając uwagi na społeczeństwo zmieniły się w tuby propagandowe poszczególnych obozów. Skutkiem jest również obnażenie bylejakości polskich elit politycznych i społecznych oraz jeszcze silniejsza polaryzacja na dwa wykluczające się obozy.

Poraża plemienność tego sporu, w którym perspektywa nie wychodzi poza partykularny interes polityczny. Poraża brak myślenia i dyskusji o dobru państwa, o interesie wspólnoty, która jest jedna.

III RP nie pozostawiła żadnych bezpieczników w postaci autorytetów, społecznych przewodników, które w takim momencie potrafiłyby wyjść poza logikę plemienności, partykularnego interesu, nawet narażając się na ostracyzm części swojego środowiska. Sytuacja ta pokazała również, że światy gorzej i lepiej uposażonych (a raczej mających mniejsze i większe szanse życiowe) tworzą zasadniczy podział stojących po obu stronach barykady. Tymczasem z jednej strony słyszymy odwetowy dyskurs nowych elit władzy, stawiający większość swoich przeciwników poza obrębem wspólnoty „dobrych Polaków”, z drugiej zaś mamy współorganizowany i wspomagany przez tracące na zmianie władzy grupy interesu „oddolny ruch oporu”, który – słowami swoich celebrytów – na swój sposób maluje podział na gorszych i lepszych obywateli. Czy weźmiemy pod lupę wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o gorszym sorcie Polaków, czy manifestacje KOD-u, patrzymy z różnych stron na ten sam beznadziejny konflikt tożsamościowy, w którym brak najmniejszego choćby wyłomu pozwalającego na zawarcie kompromisu.

Słowa Kaczyńskiego, nawet jeśli – jak twierdzą niektórzy – wyrwane z kontekstu szerszej diagnozy o charakterze historycznym, nie są słowami publicysty czy historyka, lecz lidera obozu rządzącego. Było dość łatwe do przewidzenia, że duża część protestujących poczuje się silnie dotknięta, wręcz znieważona przez człowieka, który powinien być urzędnikiem całej wspólnoty a nie tylko popierającej go części. Poraża również małostkowy triumfalizm i brutalność z jaką obóz władzy dokonuje zmian, które sprawiają wrażenie jakby rzeczywiście demokracja sprowadzała się wyłącznie do wrzucenia karty wyborczej do urny. Co do KOD-u, myślę, że gros protestujących wierzy, że rzeczywiście broni demokracji. Nie zmienia to jednak faktu, że przyczyniają się oni do wzmocnienia polaryzacji i w praktyce służą interesom Ryszarda Petru, Gazety Wyborczej i całego frontu obrony III RP. Tłumaczenia, że „idziemy obok Petru, ale nie z Petru” to tylko mrzonki wobec siły medialnego przekazu tworzącego binarną opozycję my kontra oni.

Postawa polityków wszystkich partii parlamentarnych napawa mnie natomiast obrzydzeniem. Szczucie na siebie nawzajem dużych grup społecznych w imię politycznego interesu jest czymś karygodnym, czymś, co burzy wszelkie zaufanie i wiarę, że którejkolwiek ze stron może chodzić o Polskę, społeczeństwo i silne państwo, a nie polityczny interes.

Podtrzymywany przez elity polityczne i medialne podział jest niszczący. Nie wiem, jakie są intencje Ryszarda Petru i spółki, ale jeśli celem są przedterminowe wybory, to warto żebyśmy wszyscy zdali sobie sprawę, że nie zakończą się one pokojowo. I nie chodzi mi tu o jakieś zamieszki, tylko o coś znacznie groźniejszego. PiS po 8 latach opozycji otrzymał demokratyczny mandat. Setki tysięcy a może i miliony wyborców obozu rządzącego czułyby się nie tylko oszukane, ale potraktowałyby to jako jasny sygnał, że to nie jest ich państwo i ich demokracja. A wtedy droga do rozwiązania siłowego stałaby się dużo prostsza.

Tym bardziej, że uliczna rewolucja może okazać się formułą, w której najmocniejszymi graczami będą propagatorzy idei nacjonalistycznej, posiadający spory posłuch w młodym pokoleniu. A binarny podział sprzyja łączeniu sił przeciw wspólnemu wrogowi.

Brak choćby wzmianki o takim zagrożeniu w debacie publicznej uważam natomiast za świadectwo oderwania się Polski ‘metropolitalnej’, która odpowiada za kreowanie obrazu medialnego, od prowincji (miejskiej w znaczeniu obrzeży miast i biedniejszych dzielnic, jak i mniejszych miast, miasteczek, wsi). To kolejny raz w historii, kiedy elity i lepiej uposażeni oderwali się od biedniejszej części społeczeństwa tworząc wyspy szczęścia w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu. Bez dostrzeżenia tej perspektywy, bez zrozumienia problemów ludzi w innych częściach Polski, ten stan będzie się tylko pogłębiał. Nie można agresji i oburzenia kwitować epitetami, określając część społeczeństwa mianem motłochu tylko dlatego, że wyznaje inny zestaw wartości czy dlatego, że kontestuje aktualny porządek społeczny. Nie da się dłużej tłumić gniewu poprzez stygmatyzowanie protestujących i symboliczną przemoc tak doskonale wykorzystywaną w ostatnim ćwierćwieczu. Bez zrozumienia, że tortem należy się podzielić, możemy spodziewać się jedynie dalszej eskalacji konfliktu, którego zakończenie będzie czekało na ulicy.

Nie ma ucieczki od dużej redystrybucji bogactwa i poprawienia stanu funkcjonowania instytucji państwowych. Bez tego nie będzie nas w przyszłości czekał ani Jarosław Kaczyński, ani Ryszard Petru, tylko o wiele bardziej radykalne siły. I o ile radykalizm nie musi być czymś złym z definicji, to obawiam się, że w Polsce w najbliższym czasie jego forma i treść mogłyby okazać się bardzo niszczące.

Musimy również pamiętać, że niebezpieczeństwo tkwi nie tylko w sytuacji wewnętrznej. Także sytuacja geopolityczna Polski robi się coraz bardziej skomplikowana. Kryzys imigracyjny sprawił, że coraz głośniejsze są propozycje stworzenia „małej strefy Schengen” i konsolidacji „jądra UE”, które tworzą państwa strefy Euro. Opór wobec inicjatywy Nord Stream 2, gazociągu który omijałby Polskę, wydaje się być coraz mniej skuteczny. Biorąc pod uwagę te aspekty, dużą wrażliwość elit Europy Zachodniej na wszelkie formy nacjonalizmu oraz bardzo wysokie zadłużenie zagraniczne Polski, które może pogrążyć nasz budżet w przypadku ataku spekulacyjnego na złotówkę, konieczna wydaje się daleko idąca ostrożność i nie zaognianie sporu, który przekroczył już szereg granic bezpieczeństwa.

Nie oznacza to oczywiście, że nawołuję do wstrzymania protestów. Protesty są solą demokracji i zwolennicy obozu rządowego muszą zrozumieć, że zjawiskiem naturalnym jest to, że grupy, które czują się zagrożone lub boją się o demokrację, wychodzą na ulicę. Szczerze mówiąc bardzo cieszyłaby mnie ta obywatelska aktywność, gdyby nie jej wspomniany już plemienny charakter oraz utożsamianie interesów wąskich grup z demokracją czy dobrem ogółu. Z protestów KOD-u zieje hipokryzja, bo jak inaczej określić chociażby kwitowane gorącymi brawami demonstrantów przemówienia członków Honorowego Komitetu Poparcia Bronisława Komorowskiego (A. Holland, K.Materna) czy znanego ze służalczej postawy wobec minionej władzy dziennikarza, Tomasza Lisa? Nie mówiąc o farsie jaką jest nawiązanie do Komitetu Obrony Robotników czy też o pierwszej „apolitycznej” manifestacji na której prym wiedli politycy, i tu kolejna farsa, tworzącego się na naszych oczach Centrolewu III RP, na czele z przedstawicielem instytucji finansowych.

Polskę mamy tylko jedną i musimy nauczyć się w niej żyć razem. Bez odrzucenia plemiennego podziału, nawet kosztem własnego interesu czy środowiskowego ostracyzmu, nic nam nie pomoże. Zacząć musimy od siebie. Tylko widząc w drugiej osobie człowieka i współobywatela, wobec którego – niezależnie od różnic – obowiązuje szacunek, możemy liczyć na osłabienie tego sporu i toczących się wokół niego emocji. Warto do tego dążyć dla dobra nas wszystkich.

Filip Leśniewicz, grudzień 2015

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *