gościnnie, wpisy

Marks, austerity i walka duchowa

AUTOR

Piotr Graczyk

pracownik IK UJ, redaktor „Kronosa”, członek Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej

1. Etatów nie będzie

Niedawny wywiad szefowej Lewiatana i protektorki Kongresu Kobiet dla Gazety Wyborczej[1] to jedna wielka freudowska pomyłka, symptom idealny; każdy jego detal nadaje się do analizy. Weźmy choćby jakobiński nieomal rys ujawniający się w końcowej części wywiadu: mowa tam o firmach „zbudowanych jak feudalny folwark”, które na dłuższą metę nie mogą odnieść sukcesu. Oto jak mieszczanie polscy uwewnętrzniają lekcję Prześnionej rewolucji Andrzeja Ledera! Uwaga opinii publicznej skupiła się jednak na umoralniającej tezie wygłoszonej przez bizneswoman, że nawet z najniższej pensji coś można i należy odłożyć na przyszłość. Rzeczywiście jest to teza kluczowa: skoro, jak mówi Bochniarz, „etatów nie będzie” i umowy śmieciowe stają się dominującą formą zatrudnienia, Polacy muszą się wreszcie nauczyć oszczędzania: na emeryturę, wakacje, szpital, szkołę dla dzieci. Komentarz do tego typu wypowiedzi znaleźć można w niepokojąco aktualnym fragmencie Grundrisse czyli Zarysu krytyki ekonomii politycznej Marksa. Warto przywołać dłuższy cytat z tego tekstu – w dzisiejszej Polsce każdy dzień należałoby właściwie zaczynać od tej lektury.

2. Marks o „austerity policy

„Robotnik odstępuje dysponowanie swą pracą. Skądinąd jest prawdą, że nawet w ramach prostej cyrkulacji moneta przechodzi dalej w pieniądz, a zatem, skoro robotnik otrzymuje przy wymianie monety, może je przekształcić w pieniądz, nagromadzając je, odciągając z cyrkulacji, utrwalając jako ogólną formę bogactwa, zamiast jako przelotny środek wymiany. (…) Robotnik mógłby zatem uczynić wartość wymienną swym własnym produktem (…) przez wyrzeczenie, oszczędzanie, poskąpienie sobie konsumpcji. Jest to jedyna możliwa forma zbogacenia się, na którą pozwala sama cyrkulacja.

Wyrzeczenie mogłoby tedy przejawiać się także w bardziej aktywnej formie (…): robotnik mógłby w większym stopniu wyrzec się wypoczynku, mógłby w ogóle wyrzec się swego istnienia na rzecz istnienia jako robotnika, pozostając tylko robotnikiem, odnawiając więc częściej akt wymiany[2] lub rozszerzając go ilościowo, słowem – przez pilność. Dlatego również w dzisiejszym społeczeństwie żąda się pilności – a zwłaszcza oszczędzania, wyrzeczenia – nie od kapitalistów, lecz od robotników, przy czym żądania te wysuwają mianowicie kapitaliści. Obecne społeczeństwo stawia paradoksalnie żądanie wyrzeczeń temu, dla kogo przedmiotem wymiany są środki utrzymania, nie zaś temu, dla kogo celem wymiany jest wzbogacenie się. Wszyscy zdrowo myślący ekonomiści współcześni wyzbyli się złudzenia o »wyrzeczeniach« kapitalistów i o tym, że dzięki wyrzeczeniom mogliby oni stać się kapitalistami – wymaganie i wyobrażenie, które miało sens tylko w zamierzchłych czasach, kiedy to kapitał wyłaniał się z feudalnych itp. stosunków.    Robotnik ma oszczędzać i wiele hałasu robiono wokół kas oszczędności, itp.

{Jeśli chodzi o kasy oszczędności, to sami ekonomiści przyznają, że ich właściwym celem nie jest też bogactwo, lecz tylko bardziej celowy podział wydatków, tak aby robotnicy na starość, czy w przypadku choroby, kryzysów itp. nie byli zdani na przytułki dla nędzarzy, na pomoc państwa, na żebractwo (słowem, aby ciężar /tych klęsk/ spadał na samą klasę robotniczą, a zwłaszcza nie na kapitalistów, z których łaski mieliby wegetować), a więc robotnicy mają oszczędzać dla kapitalistów; obniżać dla nich swe koszty produkcji}”[3].

3. Pracowniku – posprzątaj po sobie!

Tak właśnie rozumieć należy według Marksa właściwy sens wezwania do oszczędności w ustach szefowej związku pracodawców: pracownicy powinni oszczędzać, aby nie robić kłopotu kapitalistom, gdy „etatów nie będzie” a zdarzy się choroba, a w konsekwencji utrata pracy, a w konsekwencji bezdomność. Trzeba mieć wtedy odłożone na mydło, żeby nie śmierdzieć nowym mieszczanom pod nosem, gdy przez przypadek znajdą się oni w jakimś ogólnodostępnym miejscu publicznym, na przystanku autobusowym, stacji kolejowej itd. Takie miejsca trzeba potem dezynfekować, na to idą publiczne pieniądze, a idą one z kieszeni takich przedsiębiorców, jak pani Bochniarz, co podcina im skrzydła. Z drugiej strony umytego klienta rzadziej wypraszają ze sklepu (chyba że ubrany jest naprawdę bardzo już niemodnie) – korzyść jest więc obustronna. Jednak nawet tak szczerego i uczciwego postulatu robotnicy w żadnym razie nie mogą brać za dobrą monetę, powiada Marks:

4. Marks o „austerity policy” (2)

„Żaden ekonomista nie zaprzeczy jednak, że gdyby robotnicy powszechnie, a więc jako robotnicy, z reguły (to, co poszczególny robotnik – w odróżnieniu od swojego genus /rodzaju/ – czyni lub mógłby czynić, może być tylko wyjątkiem, nie regułą, ponieważ nie leży to w samym określeniu stosunku) spełnili te żądania (pominąwszy szkodę, jaką wyrządziliby ogólnej konsumpcji – ubytek byłby ogromny – a więc również produkcji, a więc także liczbie i rozmiarom aktów wymiennych jakich robotnicy mogliby dokonać z kapitałem, a więc sobie samym jako robotnikom), to doprowadziłoby bezwzględnie do zniweczenia ich własnego celu i musiało zdegradować ich wprost do Irlandczyków[4], do poziomu takiego robotnika najemnego, dla którego jedyny przedmiot i cel wymiany z kapitałem stanowi zwierzęce minimum potrzeb, środków utrzymania.

Stawiając sobie za cel bogactwo zamiast wartości użytkowych, robotnik nie tylko nie doszedłby więc do żadnego bogactwa, lecz na dodatek utraciłby jeszcze wartość użytkową. (…) Wytężając siły obniżyłby tylko ogólny poziom kosztów produkcji swej własnej pracy, a zatem jej ogólną cenę. (…)

Jeżeli wszyscy robotnicy – lub ich większość – są nadmiernie pilni (…), to nie powiększają wartości swego towaru[5], lecz tylko jego ilość, a więc zwiększają wymagania stawiane im jako wartości użytkowej. Jeżeli wszyscy będą oszczędzać, to powszechna redukcja płac ściągnie ich znów na właściwe miejsce, powszechne oszczędzanie wskazywałoby bowiem kapitaliście, że płace robocze są na ogół za wysokie (…). Poszczególny robotnik tylko dlatego może być bardziej pilny, niż musi, ponieważ inny pracuje poniżej tego poziomu, jest leniwy; może oszczędzać tylko dlatego, że inny trwoni i kiedy inny trwoni. Swą oszczędnością, przeciętnie biorąc, może co najwyżej osiągnąć to, że lepiej zniesie wyrównywanie cen – ich wzrost i spadek, ich ruch okrężny; a więc odpowiedniejszy podział spożycia, a nie zdobycie bogactwa. I takie jest właściwe wymaganie kapitalistów. Robotnicy powinni w okresie dobrej koniunktury oszczędzać tyle, aby mogli w czasie złej koniunktury jakoś przeżyć (…). A więc kapitaliści wymagają, aby robotnicy utrzymywali się zawsze na minimalnym poziomie spożycia i ulżyli im ciężar kryzysu. Aby opłacali się zupełnie jak prawdziwe maszyny robocze i aby możliwie sami opłacali swe tear and wear /zużywanie się/. (…) [G]dyby oszczędzał iście ascetycznie, gromadząc dzięki temu premie dla lumpenproletariatu, hultajów itp. których liczba rosłaby w stosunku do popytu, mógłby on swoje oszczędności (jeśli one wychodzą poza skarbonki oficjalnych kas oszczędności, płacących mu minimalne odsetki, po to aby kapitaliści mogli na ich oszczędnościach zbijać wysokie procenty, albo aby państwo je zjadło, wskutek czego zwiększyłby liczbę swych przeciwników i swoją własną zależność) zachować i uczynić dochodowymi, lokując je w bankach itp.; lecz wówczas straciłby w czasach kryzysów swe wkłady, podczas gdy w czasach prosperity rezygnował z wszelkich przyjemności życia; w każdym więc wypadku oszczędzał dla kapitału a nie dla siebie”[6].

5. Skoro ty możesz oszczędzać na mnie – ja mogę oszczędzić na tobie

Jest to kluczowa kwestia: powszechne oszczędzanie prowadziłoby jedynie do powszechnego zubożenia – pokazałoby pracodawcom, że za tę samą pracę można płacić mniej. Skoro pracownicy powszechnie zarabiają tyle, że mogą oszczędzać, albo mają tyle siły, że mogą podejmować dodatkowe prace – dlaczego nie mieliby tej nadwyżki za nich i dla własnej korzyści zagospodarować pracodawcy, oszczędzając na płacach albo narzucając wyższe normy wydajności, zwiększając tym samym konkurencyjność swoich produktów? Spośród pracowników oszczędzać mogą zatem jedynie jednostki, na zasadzie wyjątku: oszczędzając dokładnie tyle, ile inni zmarnowali przez rozrzutność albo lenistwo, żeby suma wydatków na pracę ze strony pracodawców pozostawać musiała mniej więcej na równym poziomie. Nawet jednak w tych jednostkowych i wyjątkowych przypadkach pomyślnego oszczędzania – oszczędzania poniekąd na koszt współrobotników – gra niewarta jest świeczki: odbierający radość życia wysiłek pozwala robotnikowi na zgromadzenie środków tak nędznych, że pierwszy lepszy kryzys uczyni je bezwartościowymi.

6. Konsumpcja, durniu!

Co prawda, zauważa Marks, nawet kapitaliści nie traktują swoich apeli na serio, albo raczej – mogą żądać oszczędności tylko od robotników jako robotników, ale tych samych robotników muszą przecież zarazem traktować jako konsumentów i namawiać do wydawania pieniędzy; co więcej, od tej stymulowanej rozrzutności zależy rozwój kapitalizmu:

„[K]ażdy kapitalista żąda wprawdzie, by jego robotnicy oszczędzali, lecz tylko jego robotnicy, ponieważ są dla niego robotnikami, broń Boże pozostały świat robotników, ponieważ ci są dlań konsumentami. In spite wszystkim »pobożnym« frazesom wyszukuje wszelkie sposoby, by zachęcić ich do konsumpcji, by swe towary uczynić bardziej atrakcyjnymi, wmówić w nich nowe potrzeby itp. Ta właśnie strona stosunku między kapitałem a pracą stanowi istotny moment cywilizacyjny, na którym opiera się historyczne uzasadnienie, lecz także obecna potęga kapitału”[7].

7. Co robić?

Jedyna rada, jakiej udzielić może Marks w sprawie oszczędzania brzmi w końcu następująco:

„[U]dział robotnika w spożyciu dóbr wyższego rzędu oraz w spożyciu duchowym, agitacja w obronie własnych interesów, prenumerata gazet, uczęszczanie na wykłady, wychowanie dzieci, doskonalenie smaku itp. – jedyne jego uczestnictwo w cywilizacji, dzielące go od niewolnika – są możliwe ze względów ekonomicznych tylko dzięki temu, że rozszerza on zakres swych potrzeb wyższego rzędu w okresie dobrej koniunktury, a więc w czasach, gdy oszczędzanie jest do pewnego stopnia możliwe”.[8]

Zostało ci kilka złotych z pensji? Nie odkładaj na później, tylko kup książkę. Masz wolną chwilę? Nie pracuj na zapas, tylko zajmij się dziećmi, idź na koncert, na wykład – albo poświęć ten czas na „agitację w obronie własnych interesów” – na budowanie instytucji jednoczących pracowników w walce o własne interesy przeciwko pracodawcom (podczas gdy oszczędzanie albo nadwymiarowa praca jest działaniem na własną korzyść a przeciwko korzyści ogółu pracowników). Może uda się wywalczyć, na początek, trochę wyższe płace i trochę bardziej ludzkie, mniej wyczerpujące, większy zapas sił pozostawiające warunki pracy? Uzyskane w ten sposób nadwyżki znów przeznaczyć można na kulturę, a dokładniej: na „spożycie duchowe”, czyli „spożycie dóbr wyższego rzędu”.

7. Spożycie duchowe jako emancypacja

Marks wyraźnie sugeruje – i jest pod tym względem dzieckiem swoich czasów – że inwestowanie robotnika w „spożycie duchowe”, a więc we własne człowieczeństwo („jedyne uczestnictwo w cywilizacji, dzielące go od niewolnika”) i walka o prawa wszystkich uciśnionych są tylko dwoma aspektami tego samego ruchu – ruchu edukacyjnego, procesu samo-wychowania. Mamy tu do czynienia z klasycznym, arystotelesowskim rysem: w tak rozumianym procesie stawania się człowiekiem, a więc procesie kształcenia się, zdobywania kultury (czyli procesie współtworzenia ducha), produkcja i konsumpcja są tym samym – w każdym razie przy takim rozumieniu ducha, jakie tu Marks zdaje się zakładać: w sferze ducha nie można konsumować tym samym nie produkując i vice versa; konsumując kulturę zmienia się bowiem siebie, a zmieniając siebie wpływa się na innych, stwarza jakiś fakt duchowy, zmienia po trosze ogólny sposób funkcjonowania społeczeństwa. Im bardziej robotnicy są wykształceni – zwłaszcza jeśli wykształcenie owe zdobywają z własnej inicjatywy i w ośrodkach przez nich samych stworzonych – tym bardziej świadomi są zależności swojej jednostkowej sytuacji od sytuacji wszystkich innych, tym lepiej rozumieją swoje położenie i mechanizmy społeczne, które je wyznaczają, i tym bardziej motywowani są do walki o ich przekształcenie.

8. Przemysł kulturowy

Z dzisiejszej perspektywy obraz ten wydaje się wyidealizowany – każdego dnia doświadczamy olbrzymiej presji ze strony kultury fabrycznie wytworzonej, wszechobecnych reklam, muzyki popularnej, masowej produkcji plastycznej i wizualnej, począwszy od architektury, uporządkowanej hierarchicznie wedle swojej ceny (najdroższe dzieła międzynarodowych gwiazd architektury na użytek globalnych elit, potem biurowce, apartamentowce, centra handlowe, potem mieszkaniówka, szkoły i szpitale dla biedoty), skończywszy na filmach, też pozycjonowanych. Taką kulturę, wpychaną nam w gardło, możemy tylko przełykać, nie mam mowy o aktywności kulturalnej ze strony odbiorcy. A jednak! Kultura, której konsumpcja miałaby być jedynie zużywaniem produktu wytworzonego przez globalny przemysł rozrywkowy na użytek globalnego rynku dóbr kultury jest tylko pojęciem abstrakcyjnym; utowarowienie kultury (czyli utowarowienie po prostu – to kultura utowarawia; wszelka ekonomia jest jej częścią, częścią „ducha”) ma swoją konieczną drugą stronę, opiera się na czymś rzeczywistym: żyjącym i tworzącym jednostkowym ciele, czuciu i myśleniu każdej jednostki ludzkiej.

Zobaczmy: towar na rynku jest fetyszem, naucza słusznie Kapitał, ale już na przykład produkty żywnościowe nigdy nie są jedynie fetyszami – działają bowiem na organizm (który co prawda również może być – i w dzisiejszych czasach najczęściej bywa – sfetyszyzowany: kto nie wygląda, ten nie je; była już wyżej mowa o wyrzucaniu ze sklepów, to wcale nie metafora), przy czym ich spożywanie nie jest procesem bez reszty spontanicznie-przyrodniczym. Są trawione, ale swoją rolę w ich trawieniu odgrywa choćby smak, który, jak wszystko, co zmysłowe, do pewnego stopnia podlega emocjom, woli i wpływowi subiektywnych interpretacji, a więc ostatecznie, jak wszystko, co subiektywne – jest społeczny a zatem podatny na przykład na manipulacje reklamy. Reklama ma więc wpływ – dobry albo zły – na ciało ludzkie, na ludzki czas, na to, jak każdy człowiek z osobna faktycznie żyje. Jakie jednak przyjąć kryteria oceny tego dobrego lub złego wpływu?  Ma on najwyraźniej charakter ambiwalentny: żeby jeść, trzeba wyglądać – to znaczy, żeby dostać „lepszą”, wyżej opłacaną pracę trzeba spełniać pewne „wizerunkowe” warunki, w co wliczyć trzeba zarówno zdolności komunikacyjne, jak i pewien wygląd. Ale ten „wizerunek” jest nie tylko rynkowym fetyszem, ale również oznaczać może więcej sił potrzebnych do jego kształtowania, większą wrażliwość i zdolność do rozróżniania – intensywniejsze życie. A zatem zawiera się w tym – tak jak we wszystkim co produkuje kapitalizm – również „moment cywilizacyjny” (a więc moment duchowy).  Należałoby więc uzupełnić wcześniejsze twierdzenie, że kultura czy też sfera ducha to ta sfera, w której konsumpcja jest zarazem produkcją, o twierdzenie dalej idące: że z pewnego punktu widzenia każda w ogóle konsumpcja jest równocześnie produkcją: jest nią mianowicie, jeżeli odnieść ją do całokształtu rozwoju ludzkości. Momentem duchowym jest właśnie to odniesienie do całości dziejów. Można produkować tak jakby się tylko konsumowało: tak dzieje wtedy, gdy „praca martwa” rządzi „pracą żywą”, gdy kapitał determinuje charakter ludzkiej twórczości, czyli ludzkiego życia. Można też konsumować tak, aby produkować: znaczy to – żyć na sposób duchowy. Czyli: jednoczyć się w walce przeciw zniewoleniu przez kapitał. Wynikałoby z tego, że wszystkie dobra, jakie się konsumuje, są potencjalnie „dobrami wyższego rzędu”; tym, co czyni je takimi, jest zatem „wyższego rzędu” spożycie – konsumpcja dokonująca się nie w imię rynku, tylko ramach bezpośredniego zjednoczenia ludzi do walki z mechanizmami „martwej pracy”.

9.  Rola kultury

Do produktów ducha ludzkiego należy zarówno telewizyjna reklama jak i kwartet Schuberta: oddziaływują one dobrze albo źle – przy czym, jak się wydaje, „dobry” użytek z produktów duchowych oznacza ich wpływ emancypacyjny: liczy się to czy poszerzają wolność, to znaczy wolę walki, czy ją tłumią.

Ten pogląd, jak myślę, wcale się nie zdezaktualizował, a w jakimś sensie nawet nabrał większej wagi – o tyle, że bezpośrednie, polityczne wysiłki przezwyciężenia kapitalizmu przyniosły w epoce dzielącej nasze czasy od czasów Marksa wyniki wątpliwe (rozwój socjaldemokracji), a w niektórych wypadkach nawet katastrofalne (rozwój ruchu komunistycznego). Prawdę powiedziawszy wysiłki te w ogóle kapitalizmu nie zniosły – w jednym wypadku na krótką metę i w ograniczonym terytorialnie zakresie złagodziły jego działanie, w drugim zaś zastąpiły tylko zapośredniczone metody zarządzania kapitałem metodami bezpośrednimi, zaczerpniętymi z poprzednich epok rozwoju ludzkości. W związku z tym dziedzina ducha – walka z kapitalizmem w kulturze i poprzez kulturę – okazuje się być jeszcze ważniejsza, niż można było pomyśleć w czasach Marksa: ostatecznie to tu wszystko się rozstrzyga. Musimy sobie duchowo poradzić z tym, cośmy stworzyli i co nas stworzyło takich, jakimi jesteśmy: z kapitalizmem. Nie znaczy to, że zaniedbywać można przy tym środki tylko polityczne czy tylko ekonomiczne – chodzi jednak o to, aby dostrzegać ich miejsce w walce duchowej. Nasze biologiczne życie jest areną tej walki; sensem istnienia ciała jest walka duchowa, w jaką nas ono wikła. Imię tego sensu to komunizm; jest on duchem, a nie tylko widmem czy upiorem (Gespenst) – jest życiem tchniętym w upiora przez „wyższy rodzaj” konsumpcji; duchem zmartwychwstania, ożywienia tego, co było martwe. Z tej perspektywy spożywanie duchowe to tyle, co komunia.

10. Epoka globalnej agencji reklamowej

 Ten wyższy rodzaj konsumpcji, w którym doświadczanie świata dokonuje się pod znakiem nowych, coraz subtelniejszych potrzeb produkowanych przez kapitalizm – a zatem zdolności do coraz bardziej złożonej wielostronności, operującej wieloma alternatywnymi sposobami czucia i myślenia – jest zarazem przedsięwzięciem wieloznacznym. Łatwo przekształca się bowiem w rodzaj akumulacji kapitału – a właściwie jest nim w tej formie, w jakiej na co dzień mamy z nim dzisiaj do czynienia. Żeby ten sposób konsumpcji, która jest produkcją na użytek globalnego kapitału odwrócić, trzeba dodatkowego wysiłku, pewnego rodzaju duchowego strajku. Sytuacja istotnie zmieniła się od czasów, gdy Marks pisał Grundrisse. W tamtych czasach robotnik inwestujący w „dobra wyższego rzędu” niczym w ten sposób nie poprawiał swojej sytuacji na rynku pracy – dlatego jego konsumpcja duchowa automatycznie niejako przekształcała się w narzędzie walki proletariatu; sama z siebie stawała się czynnikiem oporu przeciw spychaniu robotników do roli żywych maszyn (to znaczy maszyn, na których można oszczędzać; maszyn, które same w swoim interesie zmuszone są o siebie zadbać i zwalniają od tego obowiązku właściciela środków produkcji). Jednak przekształcenia gospodarcze w społeczeństwach postindustrialnych otwierają rynek pracy na coraz bardziej wyrafinowane, duchowo wysublimowane formy pracy. Tym, co się najlepiej sprzedaje są „nowe idee” – czyli nowe opakowania, nowe reklamy produktów, wyobrażenia stymulujące konsumpcję, „memy”. Typową scenerią takich „kreatywnych” prac nie jest już fordowska fabryka, ale agencja reklamowa. Jednak „twórczość” pracowników takiej agencji jest czymś całkowicie poddanym logice fetyszyzmu towarowego – tworzą oni zawieszając swoja subiektywność, sferę własnego wewnętrznego rozwoju dokonującego się za pośrednictwem związków z innymi ludźmi; mają na względzie wyłącznie dostosowanie się do przepływów i wahań koniunktury rynkowej, w czym inni mogą być jedynie narzędziami (a ostatecznie – konkurencją). Agencja reklamowa staje się w ten sposób wzorcem dla uniwersytetów i wszelkich instytucji produkujących naukę. „Nauka to dla burżuazji młyn, który produkuje rozwiązania wszystkich stojących przed ludźmi problemów: nauki nie postrzega się już jako udoskonalonego sposobu na osiągnięcie wiedzy, lecz wyłącznie jako przepis na zapewnienie sobie pewnych korzyści” – pisał Sorel[9]. Dawna fabryka chciała przede wszystkim pracy ciał robotników – ich umysły były zbędnym dodatkiem; jeśli je rozwijali, stawali się wręcz niebezpieczni. Teraz kreatywna fabryka kolonizuje przede wszystkim umysły pracowników, zmuszając ich do bezwzględnego konkurowania z innymi na idee. Nie mogą już być chłopami pańszczyźnianymi, robiącymi swoje i idącymi do domu. Henryka Bochniarz ma rację – korporacja zorganizowana na kształt feudalnego folwarku niedostatecznie korzysta z produktywności duchowej swoich pracowników. Produktywność tę należy intensyfikować. Edukacja – dokonująca się również przez konsumpcję „dóbr wyższego rzędu” – stanowi dominującą formę dostosowania się do tego nowego rynku pracy.

11. Nowy mit strajku generalnego

Wydaje się, że w tej sytuacji potrzebne byłoby stworzenie jakiejś nowej formuły Sorelowskiego mitu strajku generalnego. Sorelowska formuła mitu – obrazu streszczającego w sobie całość walk klasowych, przeciwstawionego utopii, czyli pseudonauce próbującej okiełznać przyszłość – odrzucała pośrednictwo intelektualistów i partii parlamentarnych, dla których rewolucja sprowadza się do wzięcia władzy politycznej, i jest w tym sensie rewolucją robioną „od góry”. Według Sorela rewolucja iść miała „od dołu” – od zakładów pracy, od najmniejszych komórek produkcji, stopniowo jednoczących się w walce ze strukturami kapitału, ale nietracących przy tym autonomii. W przypadku produkcji „dóbr wyższego rzędu”, dóbr duchowych jako dominującego sektora produkcji, najmniejszymi komórkami są oddolne wspólnoty kulturotwórcze – rodziny, narody, wspólnoty religijne: wytwórnie dóbr duchowych odpowiadających doświadczeniu czującej i myślącej jednostki, rodzące się w bezinteresownym i długotrwałym kontakcie z innymi jednostkami. Uniwersalne struktury językowe (wciąż rozwijane przez sam rynek, który opiera się „nowych ideach” i do rozwijania coraz to nowszych „idei” zmusza uczestniczące w nim podmioty) przywłaszczone zostają w tego typu „podstawowych komórkach” kultury jako narzędzia bezinteresownej i bezpośredniej komunikacji. A może raczej – komunikacji każdorazowo wytwarzającej instrumenty i instytucje swojego zapośredniczenia, na kształt jednoczącego grono swoich przyjaciół dzieła sztuki. Narzędzia te funkcjonują i utrzymują się w obrębie pewnej twórczej wspólnoty, służąc jej reprodukcji jako wartości autotelicznej i nie przekształcając się w narzędzia jednostkowego awansu w ramach wyznaczanych przez globalny kapitalizm. Idea przyszłej duchowej całości – nowy mit komunizmu duchowego – narodzić się może z partykularnych doświadczeń tych kulturowo-politycznych jednostek jako idea swobodnej federacji kulturotwórczych wspólnot. Jest to obecnie idea czy też mit najbardziej przeciwstawny wobec wizji globalnego kapitalizmu, żywiącego się akumulacją kapitału wytwarzanego przez coraz bardziej zatomizowane jednostki, które w nagrodę za swoją kreatywność przemieszczają się w górę coraz bardziej pozbawionej barier, coraz bardziej w tym sensie „uduchowionej” światowej hierarchii społecznej, opartej na coraz szybszych przepływach kapitału między coraz bardziej doraźnymi konglomeratami gospodarczymi i kulturowymi. Poszczególne jednostki, niczym łososie płynące w górę strumienia, awansują w niej po to, aby natychmiast spaść na dno hierarchii, gdy tylko osłabnie ich elastyczność i wrażliwość na wahania kulturowej koniunktury.

12. Nowe obszary walki klasowej

Gdy zatem nasza konsumpcja duchowa nie sprowadza się do korzystania z „usług edukacyjnych” – nie jest inwestycją w przyszłą karierę, treningiem dla ambitnych łososi, ale budowaniem w bezpośrednim otoczeniu więzów przyjacielskich, rodzinnych, religijnych i narodowych; środowisk wzajemnej lojalności niezależnej od wahań koniunktury – i o ile patronuje tej budowie mit zjednoczonej dobrowolnie ludzkości a nie zmienia się ona w walkę grupowych egoizmów, o tyle ma ona wymiar rewolucyjny, staje się postacią walki klasowej (w sensie Sorelowskim, tzn. jako fenomenu dochodzącego do głosu w walce, w czasie strajku, a nie tylko obiektywnego czynnika socjologicznego)[10]. Z konieczności natrafiać będzie bowiem na opór globalnego rynku, któremu nie przeszkadza żadna treść – jest przecież rynkiem „nowych idei” – ale przeszkadzać musi forma, polegająca na odmowie uczestnictwa w jego działaniu, wyłączeniu pewnego segmentu duchowego, pewnego rodzącego się „my”, ze sfery działania mechanizmów rynkowych. A jeśli walczyć będziemy o prawa tego „my” – o prawo do przetrwania pewnej przyjacielskiej, rodzinnej, narodowej, religijnej czy artystycznej „komórki podstawowej” zrodzonej z naszego czasu i wysiłku – nie zadowalając się przy tym żadnymi kompromisami (dopasowującymi nierynkową komórkę do funkcjonowania w rynkowej całości) i cierpliwie szukając porozumienia między poszczególnymi zrewoltowanymi komórkami i jednostkami, choćby opierały się one na sprzecznych, albo trudnych do pogodzenia założeniach, pewnego dnia uda się może wyprowadzić ludzkość z fazy jej prehistorii – fazy snu paradoksalnego, czyli przerwanej komunikacji między myślami a mięśniami ciała. Ludzkość, gdy się obudzi, potrzebowała będzie każdej swojej komórki, żeby powstać.


[1]    http://wyborcza.pl/duzyformat/1,143624,17430930,Henryka_Bochniarz__Etatow_nie_bedzie.html

[2]    tj. wymiany pracy na zapłatę – PG

[3]    K. Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, Warszawa 1986, s. 208-9.

[4]   Tak to właśnie wyglądało w połowie wieku XIX. W dzisiejszych czasach możemy, albo będziemy niedługo mogli wpisać sobie w to miejsce Polaków: w tym sensie Polska faktycznie staje się „Zieloną Wyspą” – PG

[5]   tj. pracy – PG.

[6]    K. Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, s. 209-210.

[7]    K. Marks, tamże, s. 210-211. W tym miejscu natykamy się na jeden z tak charakterystycznych dla Marksa momentów pochwały kapitalizmu, jako ruchu różnicowania potrzeb i tym sposobem pogłębiania człowieczeństwa. Człowiek, który potrzebuje większej ilości i bardziej subtelnych narzędzi aby żyć, jest bardziej ludzki – w ten sposób kapitalizm przyczynia się do uczłowieczenia świata i intensyfikacji kultury: stanowi „moment cywilizacyjny”. Ale w tym samym ruchu wyprodukowaną przez się kulturę czyni kapitalizm wtórną przyrodą, a uzyskane człowieczeństwo czyni nowym rodzajem zwierzęcości – bezmyślną adaptacją do warunków panujących na rynku, fetyszyzmem.

[8]    Tamże, s. 210.

[9]    G. Sorel, Rozważania o przemocy, przeł. M. J. Mosakowski, Warszawa 2014, s. 141.

[10]  Por. G. Sorel. Rozważania… , s. 132: „Społeczeństwo na polu walki zostaje wyraźnie podzielone na dwa, i tylko dwa, obozy” . Jest to zresztą moment przywodzący na myśl koncepcję polityczności C. Schmitta – podział na wrogów i przyjaciół jest aktem decyzji w ramach walki, a nie obiektywnym, neutralnym, dającym się naukowo stwierdzić faktem.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Pozdrawiam,
    przypadkowo natknąłem się na ten – właściwie esej – dość starannie przedstawiający sytuację jednostki w społeczeństwie zarządzanym przez jednostki mające możliwości wpływu na narzucenie pewnego – „jedynego” schematu – stylu życia człowieczego. To miłe, że są ludzie widzący (i piszący o tym) fundamentalny, pierwszy, wpływ ciała na ducha i jego obecne od wielu lat zakłócanie, prowadzące do uprzedmiotowienia istoty ludzkiej. Oczywiście widzę brakujące miejsca w dość sensownie przedstawionym opisie, ale nie chodzi o wytykanie braków, przynajmniej mi.
    Sam jestem w pewien sposób ofiarą nietolerancji pół-ludzi (w sensie akceptujących narzucony schemat i samo-się-ograniczających, by nie zostać wyrzuconym ze schematu a jednocześnie istot mających słuszne zresztą prawo do „mówienia sobą” tego, że nie widać nic takiego, co zagrażałoby istnieniu prawdziwie realnych kontaktów między ludźmi) i tracę na tym.
    Proszę autorowi – o ile sam nie czyta komentarzy, bo nie ma do nich niezależnego dostępu – przekazać tę moją, może dopełniającą uwagę. Otóż od czasów bolszewickich – w sumie sto lat doświadczeń – zaczęto wykorzystywać, tak widzę, tak czytam ze wspomnień, wyniki siłowego narzucenia pewnej – wygodnej dla grupy posiadającej narzędzia produkcji – jedynej z możliwych (determinacja sytuacji historycznej udanie wprowadzona przez Stalina na terenach swojego kraju) wizji życia i roli jednostki w tym życiu. Za cenę strachu przed śmiercią biologiczną, uzyskano masy jednostek – „mięsa produkcyjnego”, które nie tylko samoograniczają się, ale też w takim stylu wychowują swoje dzieci, skutecznie pozbawiane dostępu do nauki. Idea – tak ją zrozumiałem – odrodzenia się jednostki poprzez świadome korzystanie z tego, co wytwarza przemysł konsumpcyjny, jest – a piszę to z bólem doświadczenia, może „obłędnego – ale rzeczywistego” jest ideą skazaną na niepowodzenie. Ideą pisaną dla tzw. wykształconych osobników, a więc „książkową”.
    Uważam, że otwarcie Europy na wpływ taniej siły roboczej jest formą obrony kapitalistów przed zmianą korzystnego dla nich stanu. Najwyraźniej – mamy dowody w postaci tekstów kulturowych – zaniepokojenie mas robotniczych w Europie stało się na tyle niebezpieczne, by coś z tym zrobić. To mój drugi argument dotyczący utrudniania narodzenia się samoświadomości fizyczno-duchowej. Wielkim problemem jest też inercja umysłów zniewolonych niewiele wyższą niż niewolnicza zapłatą, którą na razie dostarczają państwa europejskie ( w tym Polska) – niechęć do jakichkolwiek zmian w tzw. stylu życia po 50 roku życia jest prawie normą.
    By nie kończyć rozpaczliwym, a nie przedstawionym aspektem, nie ucieknę się, choć w sumie nie bardzo mogę inaczej do nadziei – takie teksty niech docierają do umiejących i chcących i mających na to czas i niech zasieją postanowienie na najpierw wewnętrzne odrodzenie cech człowieka w jednostce, potem niech jeszcze wspomogą siłę na to, by jednostka zaczęła szukać i kontaktować się z innymi jednostkami o podobnej świadomości, by te jednostki – wbrew temu co „z góry idzie” chciały ze sobą bezinteresownie współegzystować. Dobrego – d. Sas

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *