Aleksandra Bilewicz, naszość

Pańszczyzna „przepracowana”?

AUTOR

Aleksandra Bilewicz

Socjolożka, spółdzielczyni, publicystka

„Człowiek niezwyczajny, żeby do niego tak, po dobroci”. „Bo to panowie myślą, że chłopu za dobrze się dzieje, gdy niby ma wszystko swoje, pewnie chcą jeszcze chłopu ująć, żeby innym dać”. Tak w 1946 roku chłopi ze wsi Zaborów reagowali na pytania zadawane im przez Kazimierę Zawistowicz-Adamską, etnografkę z Uniwersytetu Łódzkiego. Zaczynała się właśnie w Polsce era stalinowska, a mieszkańcy wciąż postrzegali badaczkę z miasta jako „panią”, z nieufnością reagując na dociekanie ich stanu posiadania czy składu spożywanych posiłków. W monografii „Społeczność wiejska” Zawistowicz-Adamska opisuje stopniowe przełamywanie niechęci i zdobywanie zaufania i przyjaźni mieszkańców Zaborowa. W czasach, w których pamięć, jeśli nie bezpośrednio o pańszczyźnie, to o wyzysku i podległości chłopów wobec dworów szlacheckich, była wciąż żywa i bliska.

A jednak, choć każdy z nas o pańszczyźnie uczy się w szkole, choć relacje między chłopami a panami są znanym ze szkolnych lektur tematem, pańszczyźnie jako odrębnemu zagadnieniu nie poświęcono ani jednej porządnej monografii historycznej czy pracy z historii społecznej. Temat niby znany i oczywisty, a zbywany ogólnikami. Jeśli wspominany w sposób inny niż mimochodem, to w niszowej, lewicowej publicystyce. Być może dlatego, że w PRL-u był on eksploatowany jako powierzchowny element propagandy „ludowego państwa”. Co prawda, pańszczyzna i szersze zagadnienie przemilczanych chłopskich korzeni Polaków od kilku lat coraz częściej pojawia się w wypowiedziach artystycznych (przypomnieć można chociażby płytę zespołu R.U.T.A „Pieśni chłopskiego buntu i niewoli” czy spektakl „W imię Jakuba S.” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego). Ważnym głosem w procesie przywracaniu pamięci i dowartościowywania chłopskości jest także działalność Stowarzyszenia Folkowisko. Organizowana przez nie akcja „Jestem ze wsi” oraz Dzień Wolności Chłopskiej to duży krok w przełamywaniu wstydu, czy więcej – budowania dumy z wiejskiego pochodzenia. Kolejną próbą przybliżenia tego, co wyparte i przemilczane we współczesnej Polsce, czyli chłopskiego zniewolenia, jest stworzony z inicjatywy Stowarzyszenia dokument pt. „Niepamięć”, który niedawno miał w Warszawie swoją premierę. Samo podjęcie tematu pochodzenia społecznego, o którym publiczne wspominanie jest w dzisiejszej Polsce raczej uznawane za niestosowne, zwłaszcza w odniesieniu do konkretnych osób, wymagało odwagi. Odważny jest również gest obojga bohaterów „Niepamięci”, którzy otwarcie o tych kwestiach rozmawiają. Niestety mam jednak wrażenie, iż twórcy filmu zatrzymali się wpół drogi, nie wydobywając w pełni krytycznego potencjału z tematu, który obrali.

Film przedstawia spotkanie dwojga młodych ludzi, Magdaleny – pochodzącej ze wsi, określającej się jako „wykształcona chłopka” oraz Franciszka, z pochodzenia arystokraty z tytułem hrabiowskim, z zawodu artysty malarza. Tych dwoje wyrusza w podróż na rodzinną wieś Magdy, w trakcie której rozmawiają o różnicach między sobą, a wychowany w mieście Franek próbuje trudów pracy w gospodarstwie. Odwiedzają także pałac czy dworek, w którym mieszka ojciec młodego hrabiego. Choć „Niepamięć” przedstawiana jest jako „pierwszy dokument o pańszczyźnie”, niewiele, a właściwie nic nie dowiemy się zeń o historii chłopskiego niewolnictwa. Twórcy filmu, jak sami mówili na premierze, chcieli uniknąć nudnego historycznego wykładu. Jednak w sytuacji tytułowej niepamięci i po prostu głębokiej niewiedzy na temat chłopskiej historii, zwięzłego choćby nawiązania do dziejów pańszczyzny trochę brakowało, a widzowie, którzy oczekiwali, że się na ten temat czegoś dowiedzą, mogli się nieco zawieść.

Można zrozumieć, że reżyser, Piotr Brożek, chciał uniknąć konwencji filmu historycznego – jednak nawet bez niej wciąż można by opowiadać o pańszczyźnie, a przynajmniej o jej trwałych śladach społecznych, dalekim pokłosiu podziału na „panów” i „chamów”: o wciąż trwałej pogardzie dla wsi i nierównościach szans ze względu na pochodzenie społeczne. Tymczasem narracja filmu nie wyszła poza poziom indywidualnych doświadczeń i problem konstruowania tożsamości: bardzo teoretycznej dyskusji dwojga ludzi, którzy przez dużą część filmu starają się „wymyślić samych siebie”,  wytyczyć pas graniczny. Nic dziwnego, że rozmowa ostatecznie utyka w martwym punkcie.

W kontekście osi opowieści, jaką jest spotkanie chłopki i arystokraty, zadziwiają już pierwsze sceny, w których narrator opowiada o dzieciństwie i wczesnej młodości dwojga bohaterów, sugerując, że „przebiegały one podobnie”. Niejako zaprzepaszczona została tym samym pierwsza okazja do tego, by poprzez indywidualne historie opowiedzieć o różnicach społecznych: jak wyglądało wzrastanie na wsi, w gospodarstwie rolnym, a jak w mieście, w rodzinie o arystokratycznych tradycjach? Ile czasu zajmowało pomaganie małej Magdzie przy pracy w gospodarstwie? Co skłoniło ją do decyzji o opuszczeniu rodzinnej wsi i podjęciu studiów w mieście? Jakie napotykała trudności, by swój cel zrealizować, od kogo otrzymywała wsparcie? A jak wychowywał się Franek, w jaki sposób zainteresował się malarstwem i jak wyglądała jego droga do kariery? Aby znaleźć się w dość podobnym miejscu, bohaterowie musieli pokonać bardzo różne drogi, z których jedna z pewnością była bardziej zawiła i wyboista. O czym zresztą Magda wspomina, mówiąc, że „pańszczyzna” na niej ciążyła, że musiała się zmagać z przeciwnościami. Uwagi te padają w filmie niejako mimochodem, choć mogłyby stanowić jego esencję.

„Określenie ‘ja’ jest rzeczą najważniejszą”

W definiowaniu problemu podziału na „panów” i „chamów” twórcy filmu zeszli według mnie na manowce polityki tożsamości. O podziale tym bohaterka o korzeniach chłopskich (jednocześnie działaczka stowarzyszenia „Folkowisko” i producentka filmu) opowiada jak o naturalnej, niejako odwiecznej i nieprzekraczalnej różnicy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z esencjalizmem: tożsamość chłopska i pańska jest wrodzona. Na to wskazują słowa Magdy, która wzdraga się na myśl, że mogła by mieć „panów” wśród swoich przodków. Chłopem jest się więc z urodzenia, z krwi, a nie z racji socjalizacji, wychowania w pewnym środowisku, wśród ludzi wykonujących określoną pracę. W tym kontekście najważniejsza jest różnica: która ma być – taki otrzymujemy komunikat – pielęgnowana i celebrowana. W ten sposób jednak krytyczny potencjał narracji o pańszczyźnie zostaje mocno stępiony – duma z pochodzenia, nawet wtedy, gdy bycie „wykształconym chłopem” stanie się modne, nie oznacza jeszcze emancypacji; może okazać się ślepą uliczką, prowadzącą do okopania w oblężonej twierdzy. Co więcej, sposób prowadzenia całego sporu prowadzi do tego, że łatwo zidentyfikować się ze stroną „arystokratyczną”: skoro różnice społeczne sprowadzają się do krwi, są niejako wrodzone i niezbywalne, czym „zawinił” Franek, trochę kreowany na „czarnego bohatera” filmu, że urodził się w szlacheckiej rodzinie? On zresztą broni się przed „atakami” Magdy w sposób typowy dla arystokratycznego etosu i światopoglądu: uciekając w uniwersalizm, w negację wszelkich form i partykularyzmów, w abstrakcyjne, w tym przypadku uzasadniane buddyjskim światopoglądem ich autora, twierdzenia o samodeterminacji każdego człowieka, o potrzebie dążenia do niezależności od zewnętrznych ograniczeń. Wszyscy jesteśmy równi, mówi Franek, pochodzenie jest nieważne, tworzymy się sami. I pomimo tego, że te momentami ogólnie słuszne, humanistyczne frazesy ewidentnie służą do odwrócenia uwagi czy zanegowania jego własnej, uprzywilejowanej pozycji, to młody hrabia ostatecznie wychodzi na „człowieka dialogu”, wyciągającego rękę do chłopki, która chciałaby jątrzyć i dzielić. „Nie jesteśmy równi, nie będziemy, i nawet nie chcę, żebyśmy byli” – mówi w końcu bohaterka filmu. Czy nie potwierdza w ten sposób stereotypu o chłopskim „uporze” i konserwatyzmie? Pan okazuje wspaniałomyślność (przez jeden dzień nawet popracował w gospodarstwie, pogonił krowy, wyniósł gnój), chłopka odmawia (przynajmniej do pewnego momentu) podania ręki. Protokół rozbieżności  zostaje podpisany, tradycyjne role zachowane.

Co prawda, Magda potem dodaje, że zgodzi się na równość, jeśli to zostanie „przepracowane”. Co to jednak ma oznaczać? Czy wynikiem owego procesu, którego nazwa przypomina opisywany przez socjologów „dyskurs terapeutyczny”, ma być jedynie stwierdzenie różnic, czy też wypracowanie sposobu na zniesienie, a przynajmniej złagodzenie podziałów społecznych? Może, w gruncie rzeczy, cały proces posłuży, jak w psychoanalizie, pogodzeniu się z rzeczywistością poprzez lepsze do niej dostosowanie? Taką terapię proponuje w niedawno wydanej i szeroko komentowanej „Prześnionej rewolucji” Andrzej Leder: polski mieszczaninie, uświadom sobie swoje wyparte chłopskie korzenie, które cię dręczą, a poczujesz się lepiej w swojej mieszczańskości. Jednym słowem: świat wokół się nie zmienia, zmienia się nasze podejście. Czy tego pogodzenia nie symbolizuje tego ostatnia scena, kiedy bohaterowie tańczą razem w rytm muzyki granej przez folkową kapelę?

Wydaje mi się, że w tej próbie wykreowania nowej chłopskości – raczej nie jako klasy, lecz tożsamości – identyfikacji z „chłopskimi korzeniami” i „przodkami – ofiarami pańszczyzny” tkwi zagrożenie podobne do tego, jakie stworzyła polityka ruchów społecznych po kulturowej rewolucji lat 60. na Zachodzie. W myśl procesu, który nazywano czasem „napaścią kultury na strukturę społeczną”, czy, jak to sformułował Anthony Giddens, „polityką życia”, różnice kulturowe zaczęły być ważniejsze niż klasowe i wyznaczyły nowe linie podziału, przebiegające teraz wzdłuż granic płciowych, wiekowych, etnicznych, niszcząc więzy solidarności ekonomicznej. Podziały kulturowe utrudniły wręcz solidarność w ogóle – nawołując do podążania przez jednostki za wybranym przez nie stylem życia, tworząc enklawy, łatwo wykorzystywane i podtrzymywane przez rynek. Jak pisze Małgorzata Jacyno, „roszczenia związane z prawem do tożsamości kładą kres wierze w uniwersalnego człowieka. Podmiot polityki życia domaga się uznania, że realizuje się i żyje w różnicy (rasa, płeć, wyznanie, orientacja seksualna, przynależność etniczna), dlatego przysługujące mu prawa muszą być „skonkretyzowane” ze względu na te wszystkie różnice (…). Niesprawiedliwość i represja w warunkach polityki życia ulegają subiektywizacji i indywidualizacji. Podziały, przemoc i cierpienie są kwestią subiektywnych odczuć. Nierówności społeczne przejawiają się, ale też i odtwarzają się na poziomie indywidualnego doświadczenia”[1]. To na wskroś subiektywne podejście wyraźnie widać w filmie – tak, jakby reżyser trochę się bronił przed przedstawieniem podziałów społecznych, dziedzictwa pańszczyzny, jako obiektywnego faktu, ale pozostawił sprawę do rozsądzenia przez każdego z nas. Różnice między „panem” i „chłopem” nie przejawiają się w konkretnych relacjach społecznych i wydarzeniach – są kwestią wewnętrznych odczuć – na przykład przekonania Magdy, że „pańskość” Franka widać w sposobie, w jaki trzyma on podbródek. „Pańszczyzna” jest tu jedynie symbolem, tak odległym i abstrakcyjnym, że nie mówi się o niej niemal nic konkretnego.  Każdy z przeciwstawionych sobie bohaterów, wykształconych mieszkańców miasta, przedstawia własną narrację, opowieść, światopogląd. Magda twierdzi, że pochodzenie społeczne ma znaczenie, jej rozmówca zaprzecza, na co ona odpowiada: „to jest twoje osobiste podejście, ja to bardzo szanuję”. Tymczasem przyznanie prymatu indywidualnej, osobistej tożsamości w gruncie rzeczy jest w interesie klas dominujących. To Franek mówi, że „określenie ‘ja’ jest rzeczą najważniejszą”…

Jak walczyć z niepamięcią?

Nierówności społeczne, po części dziedzictwo pańszczyzny, ale też wielu innych wydarzeń i procesów, nie są sprawą „osobistego podejścia” – są realne i mierzalne, choć nie zawsze widoczne na pierwszy rzut oka. Przejawiają się nie tylko w różnicach ekonomicznych – ale także w kapitale kulturowym, którego zasób zwiększa szansę dostania się na państwową uczelnię, a następnie – uzyskania intratnej czy prestiżowej posady. Ślady refleksji nad nim są widoczne w filmie w rozmowie o „poprawnej polszczyźnie”, która pomija naleciałości regionalne. Szkoda, że wątek ten nie został rozwinięty.

Tymczasem film, koncentrujący się na tożsamości „pana” i „chłopki”, mimo że rozgrywa się na wsi, w gruncie rzeczy trochę abstrahuje od współczesnej wiejskiej rzeczywistości. W filmie pojawiają się dziadkowie i ojciec Magdy, lecz niewiele się o nich dowiadujemy. Kiedy tata Magdy zostaje zapytany o swój stosunek do pańszczyzny, nie za bardzo wie, co ma odpowiedzieć, i trudno się dziwić. Jak zauważył jeden z widzów filmu na premierze, chłopskość to nie (tylko) tożsamość, ale codzienność życia i pracy na wsi.

Trzeba też przyznać, że ustawienie hrabiego w opozycji do osoby pochodzącej ze wsi stanowi swoisty anachronizm – arystokracja jako warstwa społeczna dawno już utraciła znaczenie. I choć jest jasne, że jej przedstawiciele posiadają zazwyczaj więcej różnego rodzaju kapitału niż mieszkańcy wsi i przez to są bardziej uprzywilejowani, czasem też ekonomicznie (np. za sprawą odzyskiwanych nieruchomości), to jednak nie oni jako grupa mają decydującą pozycję. Tracąca na znaczeniu szlachta stopniowo przekształciła się w inteligencję, której udało się, mimo materialnego niedostatku, utrzymać silną pozycję społeczną. Bardziej „życiową” konfrontacją byłoby spotkanie chłopki nie z arystokratą, ale na przykład z przedstawicielem tej właśnie grupy, który, dajmy na to, w „naturalny” sposób dostał stanowisko w agendzie rządowej albo w równie naturalny sposób, dzięki opiece zaprzyjaźnionego profesora, dostał posadę na swojej uczelni. Warto też pamiętać, że nawet historycznie podziały społeczne i wiążąca się z nimi eksploatacja nie kończyły się na „panu” i „chamie”. Chłopi nie byli monolitem, najgorzej mieli ci bezrolni, komornicy, którzy pomieszkiwali kątem u zamożniejszych, pracując na ich ziemi. Także i dzisiaj przedsiębiorca pochodzący ze wsi może wyzyskiwać swoich pracowników, łamiąc ich prawa. Nie tożsamość i krew przodków bowiem decyduje o podziałach społecznych, lecz alokacja zasobów i mechanizmy sprawowania władzy.

Gdyby jednak poważnie zastanowić się nad dalekosiężnymi skutkami pańszczyzny, która przecież skończyła się (najpóźniej w zaborze rosyjskim) w 1864 roku, można by poruszyć takie wątki, jak powszechność stereotypowego obrazu wsi, uprzedzenia wobec „słoików”, przyjeżdżających do miasta, czy, z drugiej strony, gorliwe przejmowanie przez osoby awansujące społecznie dominującego systemu wartości, a także feudalne relacje reprodukujące się w firmach, instytucjach państwowych, uniwersytetach. Można by się również zastanowić nad tym, czy piętnowana przez socjologów i media, przysłowiowa już polska „nieufność” czy „niski kapitał społeczny” (trudność w mobilizacji do wspólnego, solidarnego działania jest jednak faktem) nie sięga czasów pańszczyźnianych (choć innych czynników historycznych, jak „chociażby” zabory, wojny, wreszcie – narzucona władza ludowa i szok transformacji nie można, rzecz jasna, lekceważyć). „Na tę nieufność składały się wieki, aż stała się bezprzedmiotowa i bezosobowa” – pisała we wspomnianej monografii Zawistowicz-Adamska w kontekście relacji między chłopami a szlachtą[2].

Podsumowując: film Piotra Brożka poruszył temat niezwykle ważny i trudny, lecz wpadł w pułapkę subiektywizacji, co, jak starałam się pokazać, paradoksalnie mogło wzmocnić stereotypy i pozbawić tytułowy wątek krytycznego ostrza. Temat jest ważny, gdyż tytułowa „niepamięć” jest faktem, a ślady chłopskiej niewoli, która przekształciła się w pogardę wobec „wiochy”, wciąż mają wpływ na nasze społeczeństwo. Trudny, gdyż niełatwo jest, niewątpliwie, stworzyć dokument, który uniknąłby suchego dydaktyzmu, przekazywałby wiedzę o pańszczyźnie historycznej, a jednocześnie mówiłby o jej dzisiejszych, złożonych skutkach i przyciągał widza ciekawą, ukonkretnioną dzięki osobistej perspektywie, opowieścią. Być może skupienie się na odczuciach bohaterów wynika ze sposobu, w jaki teraz trzeba robić filmy czy w ogóle budować jakąkolwiek narrację: być autotematycznym (stąd obecność rozważań spod znaku „o czym ma być ten film”), za wszelką cenę trzymać się osobistej historii, która czasem przestaje być już pretekstem do mówienia o szerszych kwestiach społecznych („to jest film o dwojgu młodych ludzi”, mówiła na spotkaniu popremierowym montażystka „Niepamięci”). Tymczasem dałoby się, jak mi się zdaje, nie rezygnować z prywatnych opowieści Magdy i Franka, jednocześnie mówiąc coś więcej o szerszym wycinku rzeczywistości. Mimo tych wątpliwości, jestem jednak przekonana, że zarówno działalność „Folkowiska”, której kibicuję, jak i ostatni projekt stowarzyszenia, czyli niewątpliwie nowatorski, odważny dokument, przyczynią się do dalszej dyskusji, która doprowadzi do przełamania tytułowej „niepamięci”.

 


[1]                      M. Jacyno, Kultura indywidualizmu, Warszawa 2007, s. 20-21.

[2]                      K. Zawistowicz-Adamska, Społeczność wiejska. Doświadczenia i rozważania z badań terenowych w Zaborowie, Polski Instytut Służby Społecznej, Łódź 1949.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Ciekawa recenzja. Ale komentarz reżysera w scenie otwierający film („ich dzieciństwo wyglądało podobnie”) trudno jednak odczytać inaczej niż ironicznie skoro widzimy wakacje hrabiego w Egipcie a bohaterkę ze wsi na rowerach wodnych w Polsce, hrabiego w klubie jeździeckim a drugą bohaterkę w wiejskim obejściu, hrabiego w rodzinnej biblioteczce a bohaterkę w wiejskiej podstawowce, hrabiego żeglującego z przyjaciólmi a bohaterkę na wiejskim dicho itd. Wydaje się, że wystrój domu lub wygląd podwórka mówi czasem o podziałach klasowych i strukturalnych nierównościach więcej niż socjologiczny komentarz z offu czy pytania z kwestionariusza. A czy to się wpisuje w „politykę tożsamości” i co to właściwie znaczy – to temat na dłuższą dyskusję.

    1. Dziękuję za komentarz. Muszę jeszcze raz obejrzeć tę pierwszą scenę. Być może była ona ironiczna, choć jeśli tak, to wątek nie został pociągnięty. Ja to odczytałam w ten sposób, że bohaterów różni raczej tożsamość, niż historia życia – że w gruncie rzeczy sens tych poszczególnych wydarzeń na wsi i w mieście jest podobny, a trzeba zajrzeć głębiej, żeby te różnice zobaczyć. Ale to oczywiście moja interpretacja, być może błędna.
      Moim zdaniem film „uprawia” jakiś rodzaj polityki tożsamości. Co może mieć swoje złe i dobre strony – nie mogłam w pełni rozwinąć tematu. Z pewnością pozytywna tożsamość chłopska czy „postchłopska” jest potrzebna, ale widzę problem w skupieniu się tylko na niej. Chodziło mi właśnie o to, żeby na ten temat podyskutować:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *