AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Na marginesie Kongresu Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej 

Czy istnieje coś takiego jak „humanistyka polska” jako pewna całość, zdolna do wspólnotowego działania w obronie wspólnych i zbiorowo definiowanych interesów? Takie założenie zdaje się przyświecać działalności Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, który postawił sobie za cel kanalizowanie działań tego podmiotu. Działalność ta odnosi pewne sukcesy – zorganizowany niedawno w Warszawie Kongres KKHP był o tyle udany, iż udało mu się zwrócić uwagę mediów na sytuację finansową polskiej humanistyki oraz wyartykułować pewien zestaw względnie spójnych postulatów. Część z nich jest bez wątpienia godna poparcia – dotyczy to zwłaszcza postulatu zwiększenia globalnych nakładów na nauki humanistyczne oraz ogólnie na wszelkie „nauki nie-stosowane”. Obecnie jest on żenująco niski i nie ma co liczyć, że bez choćby częściowego wzrostu finansowania budżetowego możemy spodziewać się jakieś istotniej poprawy działania polskiego systemu akademickiego (trudno spodziewać się, aby w tę rolę w jakiś istotny sposób wszedł biznes, który w Polsce nie wykazał się jak dotąd przesadnie kulturotwórczymi ambicjami, za to wielokrotnie dał dowód, że sprowadzają się one do szybkiej akumulacji kapitału).

Wydaje mi się jednak, że nieuzasadniony jest ton tryumfalizmu, który można usłyszeć w głosie KKPH. Wysoce problematyczna jest również dla mnie teza, że jest on głosem całości środowiska akademickiego i że jego tezy można uznać za autentyczną reprezentację jego interesów. Owszem, istnieje pewne, stosunkowo spore aczkolwiek nie uniwersalne, zaplecze dla sprzeciwu wobec – nazwijmy to umownie – neoliberalnych przemian sektora akademickiego w Polsce. Jednak to, jakie pobudki oraz intencje za owym sprzeciwem stoją, nie jest aż tak oczywiste, jak mogłoby się to organizatorom kongresu wydawać. Głos KKPH nie jest w istocie głosem całości mitycznej humanistyki, ale pewnych określonych grup na nią się składających, które, co trzeba z przykrością stwierdzić, działają raczej w imię obrony wyobrażonego status quo ante, niż rzeczywistej przemiany systemu akademickiego. Był to zarzut który pojawiał się na Kongresie kilkakrotnie i, mimo iż organizatorzy gorąco zaprzeczali jego zasadności, to jednak ich dementi nie wybrzmiewało przekonująco.

Główny postulat KKPH sprowadza się do zapewnienia stabilności finansowania systemu akademickiego, zwłaszcza w zakresie nauk humanistycznych. Z pewnej perspektywy ten postulat należy ocenić jako słuszny. Staje on bowiem jednoznacznie w poprzek typowym dla neoliberalnej kolonizacji sfery publicznej sloganom, takim jak „elastyczność”, która ma z kolei zapewniać niejasno definiowaną „efektywność”. Hasłom tym towarzyszy wprowadzanie elementów systemu „konkurencji” i „mechanizmów rynkowych”, które dają nielicznym jednostkom możliwość autentycznego awansu, a innym – nadzieję na takiż awans. W efekcie dość skutecznie rozbija się solidarność grupową i odbiera możliwość podejmowania grupowych strategii oporu. I to właśnie mobilizacji tego oporu miał służyć Kongres.

Opór wydaje się być jednak strategią niewystarczającą. Hasłowo określany „powrót do stabilności” może być łatwo zreinterpretowany jako obrona poszczególnych uniwersyteckich grup interesu – tą wyróżniającą się grupą mogą być np. (nieco paradoksalnie, biorąc pod uwagę młody wiek organizatorów Kongresu) pracownicy naukowi „średniego garnituru” mniejszych ośrodków akademickich, których interesy są prawdopodobnie najbardziej zagrożone obecnymi „reformami”. Ich status społeczny może ulec dość drastycznej degradacji: od w miarę stabilnej i prestiżowej pozycji społecznej do znalezienia się na zupełnym aucie (osoba, której całe doświadczenie zawodowe ma charakter naukowy może mieć nielichy problem ze znalezieniem pracy poza akademią). Pewien niepokój mogą też budzić artykułowane wśród publiczności Kongresu postulaty usunięcia administracyjnych barier dla wieloetatowości, co mogłoby sugerować, że grupą korzystającą na „stabilności pracy akademickiej” są właśnie „mistrzowie czwartego etatu”.

Interesów takich grup nie można jednak uznać za interesy całej humanistyki. W ramach tej ostatniej współistnieją bowiem (co najmniej) dwie grupy, których cele – najdelikatniej rzecz ujmując – są nie do końca tożsame. Przede wszystkim istnieje cała grupa „młodych wygłodniałych”. Mam na myśli (często bezrobotnych) młodych doktorów i doktorantów, którzy czują, że ich kariery są zablokowane nie tylko przez niedofinansowanie systemu akademickiego, ale też przez feudalne i klientystyczne struktury uczelniane, które co do zasady bronią statusu obecnych pracowników (warto w tym kontekście wspomnieć, że na Kongresie można było usłyszeć głosy w obronie feudalizmu). „Trupem w szafie” inicjatyw obrony humanistyki jest fakt, że przez 25 lat „wolnej Polski” środowisko akademickie okazało się systemowo niezdolne do wewnętrznego samooczyszczenia z elementów, które, mówiąc oględnie, nie okazały się wydolne dydaktycznie ani naukowo. W ten sposób neoliberalne reformy zyskują pozory legitymizacji jako „bicz boży”, mający wymieść „złogi dawnego systemu” z akademii.

Pomijając aspekt „układowy”, sytuacja młodych pracowników naukowych i doktorantów jest dziś niewesoła z powodów strukturalnych. Obecnie mamy w systemie nadwyżkę obu tych grup, co sprawia, że wiele osób do nich należących znajduje się w trudnej sytuacji egzystencjalno-materialnej. I nie widać specjalnego związku pomiędzy postulatami KKPH a losem tej grupy. Utrzymanie istniejących etatów i instytutów daje szansę, że część obecnych doktorantów kiedyś znajdzie na nich zatrudnienie, ale w niczym nie rozwiązuje dramatycznej sytuacji ludzi, których tradycyjnie zbudowany system nie jest w stanie wchłonąć. Oczywiście poprawy tym ludziom nie przyniesie również taktyka spalonej ziemi, czyli likwidacja instytutów humanistyki w mniejszych ośrodkach. Nie jest jednak jasne, dlaczego mieliby być jakoś szczególnie zainteresowani ich obroną. Perspektywa mobilizacji na rzecz obrony starych środowisk i instytucji może nie wydawać się młodym naukowcom przesadnie pociągająca. Tym bardziej, że obecny system grantów i post-doków socjalizuje pewną niezbyt liczną, ale być może najbardziej naukowo obiecującą grupę młodych naukowców do gry na nowych zasadach.

Drugą grupą, która jest pozbawiona reprezentacji w dyskusji o kierunkach rozwoju humanistyki polskiej, są studenci (pomijam istniejące ciała studenckie, jako że mają one niestety w dużej mierze charakter fasadowy). Dyskusje prowadzone na Kongresie traktowały studentów (a w dużym stopniu również doktorantów) w wysoce „tradycyjny” sposób – to znaczy jako bierne przedmioty działań dydaktycznych. I jeśli owi studenci z jakichś powodów nie mają ochoty korzystać z istniejącej oferty, to należy się z nimi bez większego żalu rozstać, o ile można bez nich utrzymać drogocenne etaty. W ten sposób z horyzontu znika postulat autentycznego upodmiotowienia studenta (w tym doktoranta) w ramach pracy dydaktycznej. Rzecz jasna, hasła pełnej demokratyzacji procesu nauczania są utopijne i to nie na studentach powinien leżeć ciężar tworzenia oferty dydaktycznej, jednak bez większego upodmiotowienia studentów grozi nam utrzymanie panującego na polskich uczelniach od dziesięcioleci paternalizmu, który uważać można za jedną z przyczyn słabości zaangażowania obywatelskiego i politycznego w naszym kraju. Jedną z możliwych strategii upodmiotowienia byłoby – w przypadku doktorantów – przyznanie im praw pracowniczych, a przynajmniej ich części, tak aby mogli stać się stroną negocjacji stosunków pracy na uniwersytecie. Obecnie mamy bowiem do czynienia z upupianiem młodych badaczy – traktuje się ich jak uczniaków (i darmową siłę roboczą przy okazji).

Jedną z najczęściej przywoływanych wartości na kongresie była „solidarność”, którą mają się teraz wykazywać „przedstawiciele humanistyki”. Niestety apele o solidarność brzmią mało przekonująco, gdy wznosi je grupa, która do tej pory była względnie uprzywilejowana, a ich adresatami są ci, których pozycja była słabsza.

Ogólna refleksja dotycząca przebudzenia (części) środowiska humanistów polskich jest taka, że przychodzi ono późno i jest dość powierzchowne. Lata 90. i początek 2000. były czasem dramatycznej zapaści polskiej nauki i edukacji uniwersyteckiej – czasy, gdy do akademii wchodził boom demograficzny epoki stanu wojennego, były okresem, w którym studentów uczono w przepełnionych grupach i niedostosowanej infrastrukturze (czego obecni studenci, przyzwyczajeni do sponsorowanego przez UE infrastrukturalnego wypasu, mogą nie pamiętać). Wtedy żadnego buntu humanistów nie było i można mieć przypuszczenia, że nie było go dlatego, że pozycja wykładowców akademickich była podówczas o wiele lepsza – państwowe uczelnie zapewniały marne zarobki, ale za to w akompaniamencie z prestiżem i stabilnością zatrudnienia, a prywatne dawały możliwości dorobienia sobie. Obecnie, ze względu na dramatyczną sytuację demograficzną, setki utworzonych w minionym okresie szkół prywatnych przestały oznaczać dla kadry naukowej finansowe eldorado, a etaty na uczelniach państwowych są zagrożone. Mamy więc bunt humanistów, ale ów bunt nie jest w stanie – jak na razie – wykrzesać z siebie programu alternatywnego, który byłby dość porywający dla innych aktorów życia akademickiego, by poczuli, że ich on dotyczy.

Nie jest to optymistyczna konkluzja, tym bardziej, że główne postulaty KKPH są zasadniczo godne poparcia. Sprawą szczególnie istotną jest obrona mniejszych ośrodków akademickich; sytuacja, w której w Polsce przetrwałoby kilka zaledwie uniwersytetów z prawdziwego zdarzenia (to znaczy takich, w których prowadzi się badania i oferuje studia w zakresie podstawowych nauk humanistycznych i ścisłych), byłaby bardzo niekorzystna dla rozwoju naszego kraju oraz pogłębiłaby polaryzację pomiędzy centrum a peryferiami. Podobnie kluczowe znaczenie ma postulat „odśmieciowienia” stosunków pracy na uniwersytetach. Obawiam się jednak, że same tylko słuszne postulaty mogą okazać się argumentem dalece niewystarczającym w konfrontacji z władzą, która nie ma najmniejszych oporów przed bezpardonowym pacyfikowaniem wszelkich form społecznego protestu. Bez budowy szerokiej koalicji tej batalii wygrać się raczej nie da, a tej koalicji nie zbuduje się bez artykulacji postulatów, które zmobilizują szersze uniwersyteckie masy.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *