AUTOR

Krzysztof Wołodźko

publicysta i dziennikarz "Nowego Obywatela" i "Nowej Konfederacji". Mniej lub bardziej regularnie gości także na łamach m. in.: "ZNAKU", "KONTAKTU", "Gazety Polskiej Codziennie", "Rzeczpospolitej".

Krzysztof Wołodźko: Otrzymałaś drugie miejsce na małopolsko-świętokrzyskiej liście Zielonych do Europarlamentu w nadchodzących wyborach. Skąd tak wysoka pozycja, zaraz za Adamem Ostolskim?

Justyna Drath: Zieloni, co widać od jakiegoś czasu, choćby za sprawą Kongresu Europa Społeczna, stawiają na grupy związane z sektorem publicznym oraz ze środowiskami opieki. Mówię na przykład o nauczycielach czy pielęgniarkach. KES był zresztą współorganizowany przez Związek Nauczycielstwa Polskiego i Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych.

Jestem z jednej strony miejską aktywistką, działającą w lokalnej społeczności, z drugiej – nauczycielką i związkowczynią. Myślę, że w ten sposób wpisałam się w „zielone priorytety”. Moja sytuacja, o czym mówię z pewnym smutkiem, jest dość wyjątkowa. W skali kraju środowiska związkowe i nauczycielskie oraz środowiska nowej lewicy są od siebie wciąż odległe. Tu, w Krakowie, rzecz wygląda trochę lepiej. Sama pełnię rolę pośredniczki między środowiskiem związkowym, nauczycielskim a miejskimi aktywistami. Mieliśmy okazję ze sobą współpracować m. in. dwa lata i rok temu, gdy broniliśmy przed likwidacją Miejskie Domy Kultury i szkoły.

Ostatecznie nie udało Wam się zarejestrować tutejszej listy. Notabene, w większym stopniu zapełniali je lokalni aktywiści, których kompetencje z punktu widzenia europejskiej polityki mogą wydawać się niewystarczające…

Sama próba zarejestrowania list była ogromnym wysiłkiem i mobilizacją całego środowiska. Traktujemy to jako pouczające, dobre doświadczenie, które nas wzmocniło. Zdobyta wiedza pomaga nam w przygotowaniach do wyborów samorządowych, część z nas angażuje się poza tym w kwestie związane z referendum w sprawie Zimowych Igrzysk Olimpijskich Kraków 2022.

Nasza lista była oparta w zamierzeniu głównie na kandydatach, którzy swoją wiedzę na poziomie samorządowym będą mogli osadzić w bardziej ogólnym kontekście. Sama wywodzę się politycznie w dużej mierze z ruchów miejskich i nie traktuję tego jako obciążenia czy balastu, tylko jako cenny punkt odniesienia i odbicia się. Nie można „myśleć Europą” bez odniesień do własnego podwórka, skweru czy szkoły. Problemy, z którymi borykaliśmy się w Krakowie, na przykład polityka cięć, są obecne w wielu europejskich miastach, jako pokłosie wielu nawarstwiających się kryzysów.

Nasza krakowska lista składała się zresztą z ludzi, których doświadczenie w wielu dziedzinach (prawa lokatorskie i pracownicze, partycypacja czy energetyka) jest naprawdę imponująca. To aktywiści i aktywistki, którzy doskonale wiedzieliby, po co jadą do Brukseli. Na tle innych list do Europarlamentu, gdzie królują celebryci i osoby zupełnie przypadkowe, uważam, że nasza była zbudowana wyjątkowo starannie.

Dziś Zieloni wyraźnie łączą w swoim programie kwestie ekologiczne, społeczne, tematykę kulturową i emancypacyjną. Z czego to twoim zdaniem wynika?

Dla mnie poruszanie wszystkich tych kwestii równolegle jest rzeczą oczywistą. Spór między lewicą społeczną a obyczajową uważam za sztuczny. Fakt, że szczególnie mocno podkreślamy dziś akcenty społeczne wynika pewnie stąd, że powszechnie Zieloni postrzegani są jako partia, która specjalizuje się w tematyce ekologicznej i antydyskryminacyjnej. Dochodzimy ponadto do wniosku, że jeśli nie zajmiemy się tematyką elementarnej równości ekonomicznej, to walczyć o inne kwestie będzie po prostu trudniej. Uznaję taką wizję „równomiernej lewicowości” za logiczną i spójną.

Zdaję też sobie sprawę z innego zjawiska. Mam  znajomych, którzy interesowali się ofertą polityczną Zielonych właśnie w sprawach emancypacji czy ekologii, ale nie zwracali uwagi na zagadnienia społeczno-gospodarcze. Były one poza zasięgiem ich zainteresowania. I teraz, dzięki temu, że Zieloni o tym mówią, zaczynają je dostrzegać, uświadamiają sobie ich wymiar polityczny. Dociera do nich, że kwestia usług publicznych czy likwidacji szkół wymaga zaangażowania i odpowiedzialności. Sprawy społeczne stają się kolejną płaszczyzną współdziałania i dyskusji różnych środowisk, pozwalają im się lepiej zrozumieć.

I to pokrywa się z Twoim widzeniem lewicowości?

Tak. Wynika ona z odpowiedzialności za otoczenie i z poczucia wspólnoty. Pewnie wyniosłam te wartości bardziej z harcerstwa niż z lektur. Gdybym miała jednak wymienić jakąś ważną w tym względzie dla siebie książkę, byłaby to „Polityczność” Chantal Mouffe – przekonała mnie, że trzeba stanąć po którejś stronie. Inaczej się nie da.

Nie odnalazłabyś się w programie Sojuszu Lewicy Demokratycznej czy Twojego Ruchu? Czy to może bardziej kwestia środowiskowych niż ideowych „stref wpływów” na (krakowskiej) lewicy?

To sprawa absolutnie ideowa. Co prawda, w Krakowie udało nam się środowisko lewicowe zintegrować na tyle, że znam ludzi z Twojego Ruchu czy SLD i wiem, że są to osoby autentycznie zaangażowane. Ale TR nie jest dla mnie partią lewicową, choć wiem, że utożsamiają się z nią także ludzie o lewicowych przekonaniach, choćby ze środowiska pielęgniarskiego. Ideowo bliska lewicy jest także Anna Grodzka. Ale samą partię uważam za twór kompletnie niespójny. A SLD – jak pokazały choćby lata ich rządów – jest niewiarygodne. Także ze względu na to, że u jego steru znów jest Leszek Miller, który jawnie głosił i wcielał w życie najbardziej neoliberalne poglądy społeczno-gospodarcze. Mam poza tym wrażenie, nawet patrząc na młodsze pokolenia członków Sojuszu, że ich lewicowość nie jest ani spójna, ani przemyślana. Do tego dochodzi odpowiedzialność tej formacji za więzienia CIA w Polsce – to dla mnie kwestia zupełnie nie do przejścia. Wreszcie razi mnie SLD-owski cynizm w uprawianiu polityki, często nieukrywany, a dość powszechny w dużych partiach.

Zieloni postrzegani są wciąż jako partia wielkomiejskiego elektoratu, chyba jednak bardziej liberalnego, niż socjaldemokratycznego. Rafał Chwedoruk w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z nim dla „Nowego Obywatela” (jesień 2013) stwierdził: „W Polsce nie ma jeszcze tak silnej jak w Niemczech czy w Austrii wielkomiejskiej klasy średniej, która mogłaby się oddać idei ochrony przyrody. Wyrosła na globalizacji klasa średnia w Polsce myśli raczej o tym, jak spłacić kredyt i przebić się przez korek, aniżeli o parku w swoim osiedlu”.

Z jednej strony z pewnością hasła „ekologiczne” są postrzegane przez część społeczeństwa jako zbędny naddatek i wtedy problem, o którym mówisz, staje się wart rozważenia. Z drugiej zaś same hasła dotyczące ochrony przyrody stają się nośne i zrozumiałe nie tylko dla wielkomiejskiej klasy średniej w momencie, kiedy zaczynamy używać języka konkretnych i lokalnych problemów.

Słowo „ekologia” ma paradoksalną, odstraszającą, przedziwną moc, która czyni mnie od razu w oczach rozmówcy przykuwającą się do drzew wariatką. Ale kiedy tylko zadbam o nazwanie sytuacji do rozwikłania, mówiąc – zwłaszcza w kontekście Krakowa jest to istotne – o przekroczonych normach zanieczyszczonego powietrza, problemach ze śmieciami czy transportem, hasło „eko” staje się zrozumiałe. I wtedy rozmówca zaczyna przyznawać, że może nawet te drzewa też są istotne.

Ponadto, zwrot Zielonych w społecznym kierunku nie oznacza, że zaczynamy udawać, że problemy związane z ekologią nie są dla nas ważne. Istotne jest natomiast, żeby pokazać, iż te wszystkie sfery łączą się ze sobą. Bo czy zanieczyszczenie powietrza (łącznie z konsekwencjami i pokrewnymi problemami, choćby polityką profilaktyki zdrowotnej) i dostęp do publicznego transportu to w końcu kwestie ekologiczne czy społeczne?

Stąd szczególne znaczenie ma dla mnie znalezienie odpowiedniego języka nazywania tych problemów, tak aby znaleźć porozumienie nie tylko z „liberalnym elektoratem wielkomiejskim”.

Zdaniem niektórych obserwatorów sceny politycznej polscy Zieloni w znacznym stopniu opierają się na koncepcjach wypracowanych na Zachodzie. Uważasz kategorię „interesu narodowego” za potencjalnie istotną dla polskich Zielonych, czy sądzisz, że można uprawiać efektywną politykę bez takiego punktu odniesienia?

Naród definiuję jako przede wszystkim wspólnotę, przy czym jego suwerenność łączy się z prawem do decydowania o sobie. Jeśli będziemy o interesie narodowym mówić w takim sensie, to nie widzę tu  sprzeczności. To ważna kwestia także dla Zielonych chociażby w kontekście wpływu wielkich korporacji na państwową politykę, a także konieczności odbudowywania zaufania do państwowych instytucji, usług publicznych, które są przecież oparte na zasadzie wspólnoty, zbudowane wokół zaufania i solidarności.

Zdajemy sobie też sprawę, że wiele kwestii na styku chociażby tzw. interesu narodowego i polityki klimatycznej nie jest wcale przedyskutowanych i rozwikłanych rzetelnie i racjonalnie. Właśnie ze względu na interes społeczny  domagamy się rozmowy na temat energetyki węglowej, która będzie brała pod uwagę interesy lokalne, pokoleniowe, a co za tym idzie – w moim rozumieniu – także narodowe.

Należysz do Związku Nauczycielstwa Polskiego, jesteś polonistką, szkolną nauczycielką. Dlaczego wybrałaś ten właśnie związek, a nie nauczycielską „Solidarność”?

Bo bardziej utożsamiałam ZNP z lewicowością. „Solidarność” jest bardziej zagubiona we własnej tożsamości, zagarnięta przez prawicę, co powoduje, że bardziej skupiła się na walce ideologiczno-obyczajowej niż walce o prawa związkowe. To o tyle smutne, że tradycje tego ruchu są dla mnie niesamowicie ważne, a postulaty sierpniowe są nadal pasjonującym i – niestety – wciąż aktualnym dokumentem.

Gdy trzy lata temu rozważałam zapisanie się do związku zawodowego, poszliśmy do ZNP z Sebastianem Liszką z Krytyki Politycznej porozmawiać o ewentualnej współpracy i trafiliśmy na Barbarę Bohosiewicz, która stała się dla mnie bardzo ważną osobą i wzorem zaangażowanej związkowczyni. Rozmowa z nią przekonała mnie, że warto zapisać się do tego związku.

Długo pracujesz jako nauczycielka?

Od siedmiu lat. Trzy pierwsze lata pracy w zawodzie były równocześnie jedynymi, kiedy nie angażowałam się w żadną aktywność społeczną. Przede wszystkim dlatego, że początki w szkole są bardzo ciężkie – musiałam przyswoić sobie strategię uczenia, strategię bycia nauczycielką, program, itd.

Jak postrzegasz polską oświatę z perspektywy licealnej polonistki?

Uderza przerost formy nad treścią. Daje się we znaki przeciążenie biurokracją, a równocześnie niedoinwestowanie pod kątem informatyzacji. Co dnia nauczyciel ma przed sobą tabelki do wypełniania, cyfry do wpisywania w odpowiednie rubryki, dane, które trzeba zbierać i przechowywać, choć często niczemu nie służą. O wiele większa kara i restrykcje mogą spotkać nauczycieli za to, że nie dopełnili obowiązków sprawozdawczych, niż za błędy dydaktyczne czy wychowawcze. To charakterystyczna cecha obecnego systemu edukacji. Dlatego też część nauczycieli traci energię, dają o sobie znać zniechęcenie, szybkie wypalenie zawodowe, które zabierają radość uczenia i kreatywność zawodową. A przecież prasa tak bardzo krytykuje nauczycieli za brak kreatywności, za to, że szkoła jest „skostniała”. Nikt nie pyta, jak wygląda choćby baza materialna i organizacyjna w szkołach.

W polskiej szkole panuje ponadto prawdziwa testomania. Oświatę niszczy obsesja egzaminów zewnętrznych, rankingów porównawczych. Szkoły zamieniają się w instytucje prowadzące dwuletnie kursy maturalne, przestają naprawdę zajmować się uczeniem. Poza tym gminy bardzo chętnie wykorzystują rankingi jako narzędzie do prowadzenia „przemocowej” polityki wobec placówek oświaty. Dobra szkoła ma wysokie słupki, zła – niskie. I często pada argument: „jesteście szkołą na końcu rankingu, więc powinniście zostać zlikwidowani”.

To pożyteczny argument. Zawsze ktoś będzie na końcu rankingu.

Dla samorządów użyteczny. Ale nikt nie pyta, traktując parametry jak fetysz, skąd się biorą problemy słabszych szkół. Nie pojawia się pytanie o kłopoty dzielnicy, naturalnego środowiska, które szkołę otacza. Nikt nie pyta, jak pomóc szkole, parametry służą wyłącznie „cięciu kosztów”.

A jak wyglądają twoje relacje z uczniami?

Bardzo się staram, żeby były one jak najlepsze. Traktuję ich problemy serio i szalenie mnie interesuje, jacy są, co myślą, czy jestem im w stanie pomóc w czymkolwiek poza wiedzą dotyczącą literatury. Praca wychowawcza nie jest jednak łatwa. Wciąż pojawia się pytanie: czy jest w ogóle na nią miejsce w obecnych warunkach? W swojej klasie mam czterdzieści osób. I dziesięciominutową przerwę między lekcjami, na której muszę zrobić ksero materiałów, porozmawiać z zespołem przedmiotowym w sprawie organizacji matur i coś ustalić, a w porywach zaparzyć sobie herbatę.

Traktując sprawę szerzej: jako nauczyciele zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy także wychowawcami. Ale chyba nikt, ani oddolnie, ani odgórnie, nie próbuje zmierzyć się z tą kwestią na serio. Brakuje także systemu wsparcia dla nauczycieli. Gdy zaczynałam uczyć, moja dawna polonistka stwierdziła: „jedyne, co ci powiedzą, to gdzie są dzienniki”. I to właściwie jest prawda.

Z jednej strony jest ogromna odpowiedzialność merytoryczna, która wiążę się z ciągłym douczaniem samego nauczyciela. A z drugiej jest równie wielka odpowiedzialność wychowawcza, o której mało kto mówi. Widzę zresztą, że nauczyciele po Uniwersytecie Pedagogicznym mają trochę łatwiej, bo w ich przypadku kładło się większy nacisk na kwestie psychologiczno-pedagogiczne. Nauczyciele muszą sami wymyślić sobie strategię postępowania z uczniami w różnych sytuacjach. Owszem, są specjalistyczne, psychologiczne kursy nauczycielskie, ale brakuje wsparcia systemowego. A ilość pracy biurokratycznej dodatkowo odciąga nas od uczniów.

Dodajmy do tego, że nauczyciele są na medialnym celowniku. Liberalne środki przekazu bardzo liczą na to, że wy także zostaniecie solidnie urynkowieni…

Anty-nauczycielska propaganda wynika z faktu, że jesteśmy jednym z ostatnich bastionów praw pracowniczych. Ale wbrew medialnym opisom, z których wynika, że mamy jakieś ogromne prawa i przywileje, nasza sytuacja zawodowa jest coraz bardziej niepewna.

Problemem nie jest tylko znaczna liczba zwolnień. Coraz większa liczba nauczycielskich etatów jest obcinana. Gminy, szczególnie mniejsze, świetnie opanowały sposoby na omijanie Karty Nauczyciela, dzięki czemu coraz częściej zatrudniają nauczycieli na zasadach odbiegających od umowy o pracę. W dodatku, gdy wypada się z zawodu – co spotkało już sporą liczbę nauczycieli – powrót do niego jest prawie niemożliwy. Konkurencja jest ogromna.

Dodam, że środowiska nauczycielskie są często pogrążone w stagnacji, wynikającej po części z własnej niewiedzy na temat zmian zachodzących w systemie edukacji. Wiele osób po prostu nie wie, na czym ma polegać reforma Karty Nauczyciela, a jeśli wie, to nie chce się angażować w przeciwdziałanie niekorzystnym procesom. Fakt, we wrześniu 2013 r. odbył się protest nauczycieli w Warszawie, ale na ogół panuje bierność. Wynika to także z tego, że działalność publiczna czy – ściślej – nosząca cechy politycznej traktowana jest nieufnie.

A sytuacja w stolicy Małopolski? Na stronie „Zielonych Wiadomości” można znaleźć Twój artykuł z grudnia 2012 r., zatytułowany „Jak szkoły idą pod nóż. Historia z Krakowa”. Nie tylko jego tytuł nie brzmiał optymistycznie.

W tym roku panuje pozorny spokój, bo zbliżają się wybory samorządowe. Wiceprezydent Tadeusz Matusz miał uspokoić nastroje po niesławnej Annie Okońskiej-Walkowicz. Ale tak naprawdę jego światopogląd jest właściwie identyczny. Póki co nie zamyka się kolejnych szkół, ale wiceprezydent już zapowiedział, że przyjrzy się szkołom z końca rankingu i zastanowi nad sensem ich istnienia. Matusz bierze co prawda pod uwagę parametry opracowane na podstawie edukacyjnej wartości dodanej (EWD), wypracowanej przez każdego ucznia osobiście w trakcie lat nauki – to postęp. Ale także tego miernika nie powinno się traktować instrumentalnie.

Sądzę, że po wyborach problem likwidacji szkół wróci w Krakowie ze zdwojoną siłą. A to dlatego, że w centrum miasta mamy przeładowane tzw. dobre szkoły, a w dzielnicach traktowanych jako gorsze – placówki duże, ale o mniejszej liczbie uczniów. Tu pojawia się też problem, o którym mówiłam wcześniej. Bo tam też jest więcej uczniów z problemami psychologicznymi, pochodzących z trudnych środowisk.

Gdy w zeszłym roku pracowaliśmy z Tomkiem Leśniakiem (obecnie koordynatorem kampanii „Kraków Przeciw Igrzyskom” – przyp. red.) nad problemami krakowskich szkół, odwiedzaliśmy te placówki. Poznaliśmy środowiska nauczycieli, rodziców i uczniów ze szkół przeznaczonych do zamknięcia. Podziwiam nauczycieli z takich szkół. W swojej pracy mogę skupić się na kwestiach merytorycznych. W ich przypadku problemy wychowawcze skumulowane są w takim stopniu, że jest to znacznie utrudnione.

Stąd uważam za głęboką niesprawiedliwość, że zamiast pomagać tym szkołom czy doceniać wysiłek nauczycieli tam pracujących, jedyną odpowiedzią władz jest groźba likwidacji placówki. A przecież w ten sposób niszczy się lokalną tkankę społeczną, odbiera jedyne czasem ośrodki oświatowo-kulturalne w okolicy, które mogą stanowić przeciwwagę dla istniejących tam problemów. To nieodpowiedzialne. Właśnie takie postępowanie powoduje, że różnice edukacyjne i społeczne wciąż się pogłębiają.

Często, jako argument za zamknięciem szkoły, pada stwierdzenie, że w tych likwidowanych po klasach „hula wiatr”. Dziwne, że ktoś uważa relatywnie niewielkie klasy za problem. Teraz mamy niż demograficzny, ale i tak dąży się do tego, by klasy były przeludnione. Tymczasem jest to moment, żeby zacząć nową odważną dyskusję na temat jakości edukacji, a nie tylko kosztów, jakie ona generuje.

Trwa walka przeciwników i zwolenników zorganizowania w Krakowie Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Przeciwnicy przekonują, że Igrzyska będą kolejnym argumentem za cięciami prospołecznych, w tym edukacyjnych wydatków miasta.

Prezydent Krakowa Jacek Majchrowski stwierdził na niedawnym spotkaniu, że te same grupy, które przeciwstawiały się likwidacji szkół, teraz protestują przeciwko olimpiadzie. I że to podejrzane, bo widocznie idzie o to, by kontestować wszystko. To sprytna strategia, bo protest przeciw ZIO jest sprzedawany jako sprzeciw grupy malkontentów, którym nic się nie podoba w polityce obecnych władz.

A tak nie jest?

Moim zdaniem od początku do końca jest to protest wskazujący na potrzebę innej dyskusji o mieście. Nie załatwimy elementarnych problemów tego miasta, fundując sobie jakąś wielką imprezę, na której skorzystają nieliczni. A przy tym widać ogromną nonszalancję, jeśli nie arogancję władz, które uważają, że myślenie „wielkimi eventami” jest najlepszym pomysłem na długofalową strategię dotyczącą Krakowa. Chyba jest też jakiś kompleks: „nie dostaliśmy Euro 2012, jak inne polskie miasta, więc odbijmy sobie przy tej okazji”. A przecież ważniejsze jest dostrzeżenie miasta jako wspólnoty, której członkowie mają liczne niezaspokojone potrzeby, łączące bardzo różne środowiska. Przed Krakowem stoi wiele wyzwań, także infrastrukturalnych, i w tej sytuacji topienie znacznej części budżetu w igrzyskach jest nieodpowiedzialne.

Media rozumieją takie argumenty?

Media internetowe, społecznościowe – z całą pewnością. Także większe krakowskie środki przekazu są sceptyczne co do olimpiady. Jedynym lokalnym medium, które dość długo wyrażało jednoznaczne poparcie dla Igrzysk, było miejscowe wydanie „Gazety Wyborczej”.

Wyraźne wsparcie dla pomysłu igrzysk widać poza tym ze strony stacji telewizyjnych, choćby TVN. W toczonych w studiach telewizyjnych dyskusjach nikt nie udaje nawet, że miasto może zarobić na organizacji olimpiady. Mówi się głównie o prestiżu wynikającym z tak masowego, międzynarodowego spektaklu. Słyszałam nawet, właśnie w TVN, że emocje sportowe i tak są bezcenne… Do tego dochodzą argumenty z dumy narodowej, które w tym kontekście wydają mi się paskudnie cyniczne.

Wielkie media mają oczywiście swoje cele marketingowe, które idą w parze z polityką władz Krakowa, nastawioną na prestiż. Szkoda, że nikt z włodarzy nie pomyśli, że zamiast oglądania spektaklu sportowego krakowianie mogliby zyskać choćby odkryty basen. Mamy w tak dużym mieście tylko jeden taki obiekt, bo basen „Cracovii”, na który chodziłam jako dziecko, zarasta.

Jesteś miejską aktywistką. Jak to definiujesz, jak rozumiesz sens działalności w obrębie ruchów miejskich?

Ruchy miejskie stały się ostatnio modne, utożsamia się z nimi coraz więcej osób. Moim zdaniem wynika to stąd, że mieszkańcy widzą konkretne efekty działalności lokalnej, a przy okazji pomaga im to zintegrować się w zatomizowanym świecie. W dodatku, w sytuacji zniechęcenia do wszelkich przejawów polityki kojarzonej z partiami, z wyborami, ruchy miejskie próbują opierać się na innym sposobie myślenia o aktywności publicznej: „nie zmieniamy całej Polski, ale staramy się o skwer w swojej okolicy, zamiast galerii handlowej”.

Uważam, że nie tylko łatwiej jest o utożsamienie się z takimi celami. Łatwiej też budować sojusze, strategie oporu razem z ludźmi, z którymi trudniej byłoby porozumieć się na gruncie typowo politycznym. Przykładowo, gdy walczyliśmy o Miejskie Domy Kultury, współpracowaliśmy ze środowiskami bardzo prawicowymi światopoglądowo. Ale były to równocześnie osoby bardzo wrażliwe na to, aby nie rezygnować z odpowiedzialności za sferę publiczną.

Równocześnie ma to swoje pułapki. Jedna z nich polega właśnie na iluzji apolityczności. Wbrew pozorom, walka o zachowanie drzew, skweru czy przedszkola jest wciąż walką polityczną. I w rzeczywistości, walcząc o konkretną przestrzeń, jej ład i dobrostan, wciąż potrzebujemy szerszego punktu odniesienia. Stąd doceniam pracę wykonywaną w ramach Kongresu Ruchów Miejskich (byłam na jego łódzkiej edycji), która pozwala szukać szerszej strategii, tak aby dopasować istniejące, ogólnokrajowe prawo i przepisy do realnych problemów miast.

Inny problem tych lokalnych sojuszów polega na tym, że są krótkotrwałe, ale moim zdaniem i tak warto je zawierać dla osiągania konkretnych celów. Nie trzeba przy tym udawać, że np. w sprawach obyczajowych ma się inne poglądy niż w rzeczywistości. Zwłaszcza, że ta walka o konkretne cele chyba się opłaca. Nacisk na władze w kwestii szkół był ogromny i w efekcie większość ocalała, będzie referendum w sprawie Igrzysk… Krakowskie ruchy miejskie składające się z inicjatyw formalnych i nieformalnych są dziś w dużym stopniu zintegrowane i zaprzyjaźnione ze sobą, a to daje ogromną siłę.

Wspomniałaś o Kongresie Ruchów Miejskich, dla którego dużym impulsem była działalność stowarzyszenia My-Poznaniacy. Stopniowo, w ciągu ledwie kilku lat, ludzie z różnych miast i środowisk zaczęli się ze sobą intensywniej komunikować, a dziś mamy już, jak sama powiedziałaś, modę na miejski aktywizm.

Pewnie mamy już za sobą fazę entuzjazmu po odkryciu, że polityka miejska jest troską wielu różnych ludzi w całej Polsce. Widać to choćby po tym, że ostatni KRM był mniej liczny i miał bardziej ekspercki charakter. Bo najtrudniejsza praca dotyczy właśnie tego, jak te różne doświadczenia przekuć w bardziej ogólnokrajowe rozwiązania, które wymagają jeszcze innego spojrzenia i jeszcze innego zaangażowania.

Inna rzecz, że także duże media zaczęły dostrzegać, że istnieje taki byt jak ruchy miejskie. Np. w zeszłym roku odkryła je w Krakowie „Gazeta Wyborcza”. I tu pojawia się pewne niebezpieczeństwo. Otóż warto zauważyć, jak te środowiska są upupiane.

Media podzieliły ruchy miejskie na dobre i złe. Złe według niektórych środków przekazu to te roszczeniowe, którym nie podoba się likwidacja szkół, które oprotestowują igrzyska i generalnie się awanturują. A z drugiej strony pojawiło się odkrycie, że lokalni społecznicy, miejscy aktywiści, to ludzie, którzy robią pozytywne rzeczy. I zastosowano pewną strategię segregacji. Dobrzy (według mediów) dbają o zieleń i przestrzeń, ścieżki rowerowe. To atrakcyjnie wygląda. Jako anegdotę dopowiem, że gdy Piotr Marczyk z Inicjatywy „Prawo do miasta” robił sobie zdjęcie do wywiadu dla „GW” to powiedział fotografowi, że nie chce pozować zrelaksowany na trawie, bo on jest z ruchu protestu, a nie z tego fajnego…

Poza tym, dziennikarzom umyka, że aktywiści „od zieleni” i „od protestów” to często są ci sami ludzie. Niestety, przekaz płynący z mediów jest o tyle niebezpieczny, że buduje stereotypy wśród opinii publicznej. Takie kwestie trzeba zauważać i od razu pokazywać ich nierzetelność.

Mam wrażenie, że obecnie Zieloni grają na próbę konsolidacji młodych środowisk lewicy, w kwestiach światopoglądowych kształtowanego przez „Krytykę Polityczną” czy „Nowego Obywatela”, „Nowe Peryferie” czy „Praktykę Teoretyczną”. Dostrzegliście, że wyrosło pokolenie, które czeka na własną siłę polityczną?

Sądzę, że tak. Choć oczywiście mam świadomość, że ta perspektywa może być zbyt wsobna, że to ideowe zaangażowanie polityczne wciąż jest dość rzadkie. Bo z kolei gdy oglądam telewizję, widzę zupełnie inny świat, ludzi zainteresowanych tematami zupełnie innymi niż polityczne. Mam nadzieję, że obecni Zieloni będą siłą aktywizującą i upolityczniającą młodych. Choć nie wiem, czy to perspektywa na „tu i teraz” czy wciąż bardziej długoterminowa. Musimy się policzyć i także do tego mogą nam posłużyć wybory do Europarlamentu.

Kolejna trudność tkwi w tym, że pole walki jest „ustawione”, że ludzie są przekonywani, że poza sporem Platforma Obywatelska kontra Prawo i Sprawiedliwość nie da się w Polsce sensownie uprawiać polityki. Traktuję to jako fikcję. Musimy pokazać, że istnieje inna perspektywa, uważam to za najważniejsze zadanie.

Na listach Zielonych do Europarlamentu znaleźli się także ludzie z Polskiej Partii Socjalistycznej i Młodych Socjalistów. To czasowy sojusz czy świadectwo jakichś głębszych, konsolidacyjnych tendencji? To przecież środowiska budzące różne skojarzenia.

Krakowskie środowisko PPS wyrosło w dużym stopniu z miejskiego aktywizmu. Znamy się nie od dziś, w ostatnich latach robiliśmy wspólnie wiele rzeczy, nie tylko ściśle „miejskich”. W wielu sprawach nasze poglądy są identyczne, więc jest to zarówno porozumienie ideowe, jak i oparte na zaufaniu i przyjaźni. Nie są to także według mnie tak bardzo różne „marki lewicy”. PPS odwołuje się do tradycji przedwojennych i do tego rodzaju rozumienia patriotyzmu, który jest mi osobiście bardzo bliski. Nie widzę tu sprzeczności.

Dziękuję za rozmowę.

Kraków, 29 IV 2014 r.

Justyna Drath (ur. 1981) – nauczycielka, członkini Związku Nauczycielstwa Polskiego. Z wykształcenia polonistka i filmoznawczyni. Związana z ruchami miejskimi – zaangażowana m.in w tworzenie Forum Mieszkanek i Mieszkańców Krakowa oraz ruch na rzecz obrony publicznej edukacji. Od października 2013 współprzewodnicząca krakowskiego koła Partii Zieloni.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *