Strajk doktorantów

Na początku kwietnia grupa doktorantów urządziła na kalifornijskim uniwersytecie Santa Cruz (i innych oddziałach uniwersytetu Kalifornijskiego) strajk. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać mało istotnym faktem, jednak oświadczenie, które wydał związek zawodowy doktorantów jest świadectwem sejsmicznego wstrząsu w myśleniu o uniwersytecie i roli społecznej (aspirujących) akademików.
W oświadczeniu najbardziej uderza przyjęcie typowo związkowo-klasowej retoryki i sposobu artykulacji postulatów. Strajkujący doktoranci uważają się za pracowników i żądają poprawy swoich warunków zatrudnienia jako pracownicy.
Taki sposób postawienia sprawy pozwala im odrzucić pewne mity, które od dawna wiążą się z pozycją doktoranta i które sprawiały, że formułowanie postulatów w ten sposób wydawało się niemożliwe.
Jeden z tych mitów, który można by nazwać „mitem merytokratycznego awansu” głosi, że jakkolwiek aktualna sytuacja doktorantów jest ciężka, to przecież status doktoranta jest tylko wstępem do kariery akademickiej, gwarantującej przyzwoite uposażenia oraz bardzo wysoki prestiż społeczny. Strajkujący doktoranci podważają ten mit, wskazując, że aktualnie na amerykańskich uniwersytetach przeważa źle opłacana i zatrudniona na „śmieciowych kontraktach” kadra „adjuncts”, zaś stabilne etaty profesorskie są w coraz większym stopniu rzadkością.
Na gruncie polskim z kolei problemem jest to, że coraz trudniej jest ukończyć studia doktoranckie – jak wskazuje bardzo cenne opracowanie na blogu „nowe otwarcie”, w Polsce mamy aktualnie około 40 tysięcy doktorantów, jednak stopień doktora uzyskuje nie wiele więcej niż połowa rozpoczynających studia III stopnia, przy czym jedną z najistotniejszych przyczyn „odpadania” ze studiów doktoranckich wydaje się trudna sytuacja materialna młodych naukowców.
Jednak nawet jeśli uda się doktorat obronić, szanse na ową mityczną karierę akademicką nie powalają. Na uczelniach publicznych w Polsce pracuje obecnie, wg danych ministerstwa, około 90 tysięcy osób, z czego tylko 20 tysięcy zajmuje stanowiska od adiunkta habilitowanego wzwyż. Jest zatem statystyczną niemożliwością, aby każdy z około 4 tysięcy osób, które co roku otrzymują tytuł doktora, „dochrapał się” prestiżowego stanowiska na akademii – aby było to możliwe, to całkowita wymiana wyższych kadr akademickich musiałaby się dokonywać co około 5 lat, a przecież zawodowy cykl życia naukowca wynosi około 40 lat. Z drugiej strony, nie ma żadnych dowodów na to, że doktorat w jakiś istotny sposób polepsza sytuacje na pozaakademickim rynku pracy.
Można oczywiście te statystyki skwitować stwierdzeniem, że środowisko akademickie to taki obszar, w którym musi panować konkurencja, w której „przetrwają najzdolniejsi”. Oczywiście, pewna selekcja na „rynku akademickim” jest niezbędna by utrzymać jako taki poziom badań i dydaktyki, jednakże sytuacja, w której tworzy się olbrzymi „nawis” kandydatów do posad akademickich, o których z góry wiadomo, że owych posad nie zdobędą jest patologią. Mówienie w takim kontekście o „zdolnościach” to typowy wybieg zwolenników wolnego rynku, który stosuje się zawsze i wszędzie (tak samo zwalniani hutnicy mogą sobie przecież założyć hurtownie), a która bez odpowiedzi pozostawia pytanie: co mają ze sobą zrobić ci mniej zdolni? Po co mnoży się doktorantów, skoro nie ma dla nich pracy? Czy nie chodzi tu, po pierwsze, o ukrywanie bezrobocia wśród absolwentów, a po drugie, o tworzenie pół-darmowej siły roboczej w sytuacji chronicznego niedofinansowania systemu edukacji wyższej?
Zwłaszcza ta druga odpowiedź jest dziś politycznie niepoprawna, bowiem wprowadza (podobnie jak oświadczenie strajkujących kalifornijskich doktorantów) do debaty o szkolnictwie wyższym brutalnie ekonomizujący język pracy, płacy i wyzysku. Tymczasem opisany powyżej mit merytokratycznego awansu jest jednym z elementów mitologii akademickiej, która skutecznie blokuje wprowadzanie takiego języka.
Mitologia ta głosi, że działalność akademicka, podobnie jak zresztą działalność w sferze szeroko rozumianej kultury, jest działalnością w pewnym sensie wzniosłą i szlachetną, której nie można porównywać ze zwyczajną pracą zarobkową. Z jednej strony mitologia ta służy poprawieniu samopoczucia uczestników pola akademickiego i kulturalnego, pomagając im w utrzymaniu wysokiego prestiżu, z drugiej strony zaś skutecznie blokuje próby buntu upośledzonych uczestników tych pól – przedstawicielom elity nie wypada się przecież buntować przeciwko istniejącemu porządkowi, bo w ten sposób podkopaliby własny elitarny status.
Co ciekawe na mit szlachetnej akademii łapią się często nawet wnikliwie lewicowi obserwatorzy naszego życia społecznego, którzy przeczą jakoby doktorantów czy pracowników instytucji kulturalnych można było sensownie kwalifikować jako proletariat. W odczuciu wielu proletariusz musi być pracownikiem fizycznym, najlepiej zatrudnionym w przemyśle. Zaś młoda hipsterka, doktorantka bądź stażystka w instytucji kultury bynajmniej proletariuszką być nie może.
Sęk w tym, że takie myślenie jest sprzeczne z duchem rzetelnej krytyki klasowej. O miejscu w strukturze klasowej nie decyduje bowiem ani rodzaj wykonywanej pracy, ani styl konsumpcji, tylko stosunek do własności środków produkcji. Najbardziej zwięzła definicja proletariatu to ta, która mówi, że proletariusze nie mają do stracenia nic oprócz kajdan – proletariusz to ten, kto musi sprzedawać swoją siłę roboczą pod groźbą braku środków na zapewnienie biologicznego przetrwania. I nie ma tu znaczenia, czy te środki sprzedaje przy suwnicy czy przy „organizacji iwentów”. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że obecnie bardzo często praca tego drugiego typu wiąże się ze znacznym stopniem deprywacji materialnej – nikogo już w zasadzie nie dziwi, że duże instytucje kultury zatrudniają na umowy śmieciowe za pensję minimalną brutto, żądając w zamian pracy de facto 7 dni w tygodniu.
Zawężanie proletariatu do robotników fabrycznych ma niewielki sens zwłaszcza w epoce, gdy w krajach wysoko rozwiniętych (jak również w Polsce) praktycznie dokonała się już  deindustrializacja, zaś przemysł został prawie całkowicie wyoutsource’owany do krajów rozwijających się. Dość powiedzieć, że w  Pittsburghu (tak jak w Krakowie) więcej osób pracuje dziś na uniwersytecie niż w przemyśle stalowym. Co prawda mówi się ostatnio sporo o reindustrializacji, ale w dużej mierze jest to nadal pieśń przyszłości.
Tymczasem w Polsce ciągle pokutuje mitologizacja sektorów nauki i kultury – czego dowodem była „debata” o niskich zarobkach Kai Malanowskiej, która została skutecznie (nie bez winy ze strony samej inicjatorki) ściągnięta do poziomu piaskownicy. Warto jednak pamiętać, że produkcja książek to przemysł jak każdy inny i jak w każdym przemyśle jest tak, że na słabości pracowników ktoś może zarobić. Podobnie dyskusja o niekorzystnych skutkach neoliberalnych reform w sektorze szkolnictwa wyższego (a zwłaszcza humanistyki) jest w dużej mierze prowadzona na wysokim C – wiele się mówi o „dziedzictwie”, kulturotwórczej roli etc., a za mało o tym, że w gruncie rzeczy chodzi o kolejną grupę pracowników, którzy poddawani są rosnącemu wyzyskowi.
W Polsce takiemu ustawieniu dyskursu sprzyja żywe wciąż przekonanie o istnieniu specjalnej klasy społecznej zwanej inteligencją (będącej zresztą typowo wschodnioeuropejskim wynalazkiem). Inteligent ma być rzekomo, przez sam fakt posiadania wyższego wykształcenia i wykonywania „niefizycznej” pracy przedstawicielem zupełnie odmiennej klasy społecznej niż „robotnik”.  Być może w pewnych okresach historii (np. w późno-dziewiętnastowiecznej Polsce) mówienie o takiej grupie jak „inteligencja” miało pewne uzasadnienie – ludzi określanych tym mianem łączyła wówczas pewna wspólnota pochodzenia i losów. Jednak w dzisiejszych realiach sam fakt posiadania formalnego wykształcenia – jeśli abstrahujemy od majątku, pochodzenia, kapitału społecznego etc. – nie stanowi żadnego istotnego wyróżnika, poza tym, że nieco zmniejsza zagrożenie bezrobociem.
Zatem aktualnie inteligencja nie jest żadną klasą społeczną, ale typowym ideologicznym konstruktem. Efektem popularności tego konstruktu w czasach transformacji ustrojowej w Polsce było wzbudzenie poczucia fałszywej solidarności między tymi, którzy praktycznie rzecz biorąc byli ofiarami transformacji a wąską grupą tych, którzy w sprytny sposób zamienili formalne kwalifikacje i kapitał społeczny na dostanie życie. W ten sposób prowincjonalne bibliotekarki miały czuć się solidarne z notariuszami i doktorem Kulczykiem oraz głosować na partie elegancko się wysławiających panów profesorów, reprezentujących interesy wielkiego kapitału. Bez trudu można jednak zauważyć, że sytuacja, w której dochodzi do radykalnej inflacji kwalifikacji akademickich (pod koniec lat 80. w Polsce wyższe wykształcenie miało niecałe 7% osób, obecnie – prawie 20% w całej populacji, zaś odsetek młodzieży studiującej dobija do 40%) sprawia, że mówienie o „wykształciuchach” jako o uprzywilejowanej grupie społecznej straciło sens. Oczywiście prawdą jest, że wśród elit zdecydowanie dominują osoby z wyższym wykształceniem, ale większość osób kończących studia czy nawet mających doktorat do żadnej elity zaliczać się nie będzie.
Jest to zresztą odprysk procesów na skalę globalną. W czasach „powojennego konsensusu” w krajach tzw. Zachodu posiadanie formalnych kwalifikacji uniwersyteckich było niemal gwarancją załapania się do klasy średniej i osiągania przyzwoitych, stabilnych dochodów. Jednak te czasy odchodzą w przeszłość – obecnie mamy do czynienia z upadkiem klasy średniej. Rosnąca przepaść pomiędzy elitami a 99% populacji skutkuje nie tylko pogorszeniem się warunków życia tradycyjnej klasy robotniczej ale też pauperyzacją i proletaryzacją zawodów wcześniej będących domeną tej klasy, tak jak omawiane tu zawody akademickie.
W tej sytuacji musimy patrzeć na pracę akademicką i na pracę w sektorze „kultury i sztuki” jak na pracę właśnie. Zwłaszcza, że zaangażowana w produkcję naukową i kulturalną jest całkiem spora grupa osób, które pozbawione są reprezentacji politycznej czy związkowej. Rozbijmy mitologię „wzniosłości” i awansu i popatrzmy na siebie nie jako na chwilowo cierpiących niedostatek przyszłych mieszkańców naukowego i kulturalnego parnasu, ale jako na pracowników, którzy muszą starać się wspólnie poprawić swoją sytuację i którzy są w nieco tylko lepszym położeniu niż pracownicy fizyczni czy pielęgniarki. Takie postulaty stawiały już na polskim gruncie teksty z cyklu edu-factory prezentowane na stronach korporacji ha-art, raziły one jednak naiwnym radykalizmem. Do zbudowania świadomości klasowej polskiej bieda-inteligencji jeszcze długa droga i chyba nie czas jeszcze na wznoszenie rewolucyjnych haseł. Mimo to, warto już dziś zawołać wraz ze strajkującymi doktorantami z Kalifornii „we are workers”.

Krzysiek Posłajko
urodzony 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa “socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.