poslajko330

AUTOR

Krzysiek Posłajko

urodzony 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa “socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Na początku kwietnia grupa doktorantów urządziła na kalifornijskim uniwersytecie Santa Cruz (i innych oddziałach uniwersytetu Kalifornijskiego) strajk. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać mało istotnym faktem, jednak oświadczenie, które wydał związek zawodowy doktorantów jest świadectwem sejsmicznego wstrząsu w myśleniu o uniwersytecie i roli społecznej (aspirujących) akademików.
W oświadczeniu najbardziej uderza przyjęcie typowo związkowo-klasowej retoryki i sposobu artykulacji postulatów. Strajkujący doktoranci uważają się za pracowników i żądają poprawy swoich warunków zatrudnienia jako pracownicy.
Taki sposób postawienia sprawy pozwala im odrzucić pewne mity, które od dawna wiążą się z pozycją doktoranta i które sprawiały, że formułowanie postulatów w ten sposób wydawało się niemożliwe.
Jeden z tych mitów, który można by nazwać „mitem merytokratycznego awansu” głosi, że jakkolwiek aktualna sytuacja doktorantów jest ciężka, to przecież status doktoranta jest tylko wstępem do kariery akademickiej, gwarantującej przyzwoite uposażenia oraz bardzo wysoki prestiż społeczny. Strajkujący doktoranci podważają ten mit, wskazując, że aktualnie na amerykańskich uniwersytetach przeważa źle opłacana i zatrudniona na „śmieciowych kontraktach” kadra „adjuncts”, zaś stabilne etaty profesorskie są w coraz większym stopniu rzadkością.
Na gruncie polskim z kolei problemem jest to, że coraz trudniej jest ukończyć studia doktoranckie – jak wskazuje bardzo cenne opracowanie na blogu „nowe otwarcie”, w Polsce mamy aktualnie około 40 tysięcy doktorantów, jednak stopień doktora uzyskuje nie wiele więcej niż połowa rozpoczynających studia III stopnia, przy czym jedną z najistotniejszych przyczyn „odpadania” ze studiów doktoranckich wydaje się trudna sytuacja materialna młodych naukowców.
Jednak nawet jeśli uda się doktorat obronić, szanse na ową mityczną karierę akademicką nie powalają. Na uczelniach publicznych w Polsce pracuje obecnie, wg danych ministerstwa, około 90 tysięcy osób, z czego tylko 20 tysięcy zajmuje stanowiska od adiunkta habilitowanego wzwyż. Jest zatem statystyczną niemożliwością, aby każdy z około 4 tysięcy osób, które co roku otrzymują tytuł doktora, „dochrapał się” prestiżowego stanowiska na akademii – aby było to możliwe, to całkowita wymiana wyższych kadr akademickich musiałaby się dokonywać co około 5 lat, a przecież zawodowy cykl życia naukowca wynosi około 40 lat. Z drugiej strony, nie ma żadnych dowodów na to, że doktorat w jakiś istotny sposób polepsza sytuacje na pozaakademickim rynku pracy.
Można oczywiście te statystyki skwitować stwierdzeniem, że środowisko akademickie to taki obszar, w którym musi panować konkurencja, w której „przetrwają najzdolniejsi”. Oczywiście, pewna selekcja na „rynku akademickim” jest niezbędna by utrzymać jako taki poziom badań i dydaktyki, jednakże sytuacja, w której tworzy się olbrzymi „nawis” kandydatów do posad akademickich, o których z góry wiadomo, że owych posad nie zdobędą jest patologią. Mówienie w takim kontekście o „zdolnościach” to typowy wybieg zwolenników wolnego rynku, który stosuje się zawsze i wszędzie (tak samo zwalniani hutnicy mogą sobie przecież założyć hurtownie), a która bez odpowiedzi pozostawia pytanie: co mają ze sobą zrobić ci mniej zdolni? Po co mnoży się doktorantów, skoro nie ma dla nich pracy? Czy nie chodzi tu, po pierwsze, o ukrywanie bezrobocia wśród absolwentów, a po drugie, o tworzenie pół-darmowej siły roboczej w sytuacji chronicznego niedofinansowania systemu edukacji wyższej?
Zwłaszcza ta druga odpowiedź jest dziś politycznie niepoprawna, bowiem wprowadza (podobnie jak oświadczenie strajkujących kalifornijskich doktorantów) do debaty o szkolnictwie wyższym brutalnie ekonomizujący język pracy, płacy i wyzysku. Tymczasem opisany powyżej mit merytokratycznego awansu jest jednym z elementów mitologii akademickiej, która skutecznie blokuje wprowadzanie takiego języka.
Mitologia ta głosi, że działalność akademicka, podobnie jak zresztą działalność w sferze szeroko rozumianej kultury, jest działalnością w pewnym sensie wzniosłą i szlachetną, której nie można porównywać ze zwyczajną pracą zarobkową. Z jednej strony mitologia ta służy poprawieniu samopoczucia uczestników pola akademickiego i kulturalnego, pomagając im w utrzymaniu wysokiego prestiżu, z drugiej strony zaś skutecznie blokuje próby buntu upośledzonych uczestników tych pól – przedstawicielom elity nie wypada się przecież buntować przeciwko istniejącemu porządkowi, bo w ten sposób podkopaliby własny elitarny status.
Co ciekawe na mit szlachetnej akademii łapią się często nawet wnikliwie lewicowi obserwatorzy naszego życia społecznego, którzy przeczą jakoby doktorantów czy pracowników instytucji kulturalnych można było sensownie kwalifikować jako proletariat. W odczuciu wielu proletariusz musi być pracownikiem fizycznym, najlepiej zatrudnionym w przemyśle. Zaś młoda hipsterka, doktorantka bądź stażystka w instytucji kultury bynajmniej proletariuszką być nie może.
Sęk w tym, że takie myślenie jest sprzeczne z duchem rzetelnej krytyki klasowej. O miejscu w strukturze klasowej nie decyduje bowiem ani rodzaj wykonywanej pracy, ani styl konsumpcji, tylko stosunek do własności środków produkcji. Najbardziej zwięzła definicja proletariatu to ta, która mówi, że proletariusze nie mają do stracenia nic oprócz kajdan – proletariusz to ten, kto musi sprzedawać swoją siłę roboczą pod groźbą braku środków na zapewnienie biologicznego przetrwania. I nie ma tu znaczenia, czy te środki sprzedaje przy suwnicy czy przy „organizacji iwentów”. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że obecnie bardzo często praca tego drugiego typu wiąże się ze znacznym stopniem deprywacji materialnej – nikogo już w zasadzie nie dziwi, że duże instytucje kultury zatrudniają na umowy śmieciowe za pensję minimalną brutto, żądając w zamian pracy de facto 7 dni w tygodniu.
Zawężanie proletariatu do robotników fabrycznych ma niewielki sens zwłaszcza w epoce, gdy w krajach wysoko rozwiniętych (jak również w Polsce) praktycznie dokonała się już  deindustrializacja, zaś przemysł został prawie całkowicie wyoutsource’owany do krajów rozwijających się. Dość powiedzieć, że w  Pittsburghu (tak jak w Krakowie) więcej osób pracuje dziś na uniwersytecie niż w przemyśle stalowym. Co prawda mówi się ostatnio sporo o reindustrializacji, ale w dużej mierze jest to nadal pieśń przyszłości.
Tymczasem w Polsce ciągle pokutuje mitologizacja sektorów nauki i kultury – czego dowodem była „debata” o niskich zarobkach Kai Malanowskiej, która została skutecznie (nie bez winy ze strony samej inicjatorki) ściągnięta do poziomu piaskownicy. Warto jednak pamiętać, że produkcja książek to przemysł jak każdy inny i jak w każdym przemyśle jest tak, że na słabości pracowników ktoś może zarobić. Podobnie dyskusja o niekorzystnych skutkach neoliberalnych reform w sektorze szkolnictwa wyższego (a zwłaszcza humanistyki) jest w dużej mierze prowadzona na wysokim C – wiele się mówi o „dziedzictwie”, kulturotwórczej roli etc., a za mało o tym, że w gruncie rzeczy chodzi o kolejną grupę pracowników, którzy poddawani są rosnącemu wyzyskowi.
W Polsce takiemu ustawieniu dyskursu sprzyja żywe wciąż przekonanie o istnieniu specjalnej klasy społecznej zwanej inteligencją (będącej zresztą typowo wschodnioeuropejskim wynalazkiem). Inteligent ma być rzekomo, przez sam fakt posiadania wyższego wykształcenia i wykonywania „niefizycznej” pracy przedstawicielem zupełnie odmiennej klasy społecznej niż „robotnik”.  Być może w pewnych okresach historii (np. w późno-dziewiętnastowiecznej Polsce) mówienie o takiej grupie jak „inteligencja” miało pewne uzasadnienie – ludzi określanych tym mianem łączyła wówczas pewna wspólnota pochodzenia i losów. Jednak w dzisiejszych realiach sam fakt posiadania formalnego wykształcenia – jeśli abstrahujemy od majątku, pochodzenia, kapitału społecznego etc. – nie stanowi żadnego istotnego wyróżnika, poza tym, że nieco zmniejsza zagrożenie bezrobociem.
Zatem aktualnie inteligencja nie jest żadną klasą społeczną, ale typowym ideologicznym konstruktem. Efektem popularności tego konstruktu w czasach transformacji ustrojowej w Polsce było wzbudzenie poczucia fałszywej solidarności między tymi, którzy praktycznie rzecz biorąc byli ofiarami transformacji a wąską grupą tych, którzy w sprytny sposób zamienili formalne kwalifikacje i kapitał społeczny na dostanie życie. W ten sposób prowincjonalne bibliotekarki miały czuć się solidarne z notariuszami i doktorem Kulczykiem oraz głosować na partie elegancko się wysławiających panów profesorów, reprezentujących interesy wielkiego kapitału. Bez trudu można jednak zauważyć, że sytuacja, w której dochodzi do radykalnej inflacji kwalifikacji akademickich (pod koniec lat 80. w Polsce wyższe wykształcenie miało niecałe 7% osób, obecnie – prawie 20% w całej populacji, zaś odsetek młodzieży studiującej dobija do 40%) sprawia, że mówienie o „wykształciuchach” jako o uprzywilejowanej grupie społecznej straciło sens. Oczywiście prawdą jest, że wśród elit zdecydowanie dominują osoby z wyższym wykształceniem, ale większość osób kończących studia czy nawet mających doktorat do żadnej elity zaliczać się nie będzie.
Jest to zresztą odprysk procesów na skalę globalną. W czasach „powojennego konsensusu” w krajach tzw. Zachodu posiadanie formalnych kwalifikacji uniwersyteckich było niemal gwarancją załapania się do klasy średniej i osiągania przyzwoitych, stabilnych dochodów. Jednak te czasy odchodzą w przeszłość – obecnie mamy do czynienia z upadkiem klasy średniej. Rosnąca przepaść pomiędzy elitami a 99% populacji skutkuje nie tylko pogorszeniem się warunków życia tradycyjnej klasy robotniczej ale też pauperyzacją i proletaryzacją zawodów wcześniej będących domeną tej klasy, tak jak omawiane tu zawody akademickie.
W tej sytuacji musimy patrzeć na pracę akademicką i na pracę w sektorze „kultury i sztuki” jak na pracę właśnie. Zwłaszcza, że zaangażowana w produkcję naukową i kulturalną jest całkiem spora grupa osób, które pozbawione są reprezentacji politycznej czy związkowej. Rozbijmy mitologię „wzniosłości” i awansu i popatrzmy na siebie nie jako na chwilowo cierpiących niedostatek przyszłych mieszkańców naukowego i kulturalnego parnasu, ale jako na pracowników, którzy muszą starać się wspólnie poprawić swoją sytuację i którzy są w nieco tylko lepszym położeniu niż pracownicy fizyczni czy pielęgniarki. Takie postulaty stawiały już na polskim gruncie teksty z cyklu edu-factory prezentowane na stronach korporacji ha-art, raziły one jednak naiwnym radykalizmem. Do zbudowania świadomości klasowej polskiej bieda-inteligencji jeszcze długa droga i chyba nie czas jeszcze na wznoszenie rewolucyjnych haseł. Mimo to, warto już dziś zawołać wraz ze strajkującymi doktorantami z Kalifornii „we are workers”.

KOMENTARZE

  1. Powinniśmy zacząć od współpracy doktorantów obecnych i przyszłych (studentów); to oni są najbardziej wykluczeni z debaty o szkolnictwie wyższym, w którym jedyną alternatywą dla bolączek obecnej akademii jest powrót do myślenia o elitarności szkolnictwa wyższego. Wystarczy przypomnieć żałosny projekt Sztompki – kongres kultury akademickiej.

  2. W tekście „Peryferyjna humanistyka – dobić czy leczyć?” napisaliśmy z Mateuszem Piotrowskim: „Przesunięcie akcentu z finansowania strukturalnego (badań statutowych) na poszukiwanie źródeł zewnętrznych w systemie grantowym przy utrzymaniu niskich pensji, to nic innego niż prekaryzacja. Ta sama prekaryzacja, która uderza w rzesze pracowników usług i przemysłu. Zamiast odwoływać się do społecznej dystynkcji pracownicy akademii muszą w końcu uświadomić sobie, że są ofiarami tych samych procesów co inni pracownicy. Dlatego nie wystarczy apelowanie do >etosu<, który zbyt wiele razy służył polskim elitom do zaznaczania swojej wyższości wobec tzw. ludu." Tymczasem Krzysztof Posłajko w taki sposób odniósł się do naszego stanowiska: "dyskusja o niekorzystnych skutkach neoliberalnych reform w sektorze szkolnictwa wyższego (a zwłaszcza humanistyki) jest w dużej mierze prowadzona na wysokim C – wiele się mówi o „dziedzictwie”, kulturotwórczej roli etc., a za mało o tym, że w gruncie rzeczy chodzi o kolejną grupę pracowników, którzy poddawani są rosnącemu wyzyskowi". Jakby to skomentować? Roboczo nazwałbym to złą wolą. Skąd się ona bierze? Roboczo nazwałbym to – potrzebą usprawiedliwienia się z bierności, gdy inni próbują coś zrobić. Jak widać łatwo chwalić strajk doktorantów za oceanem, trudniej przyłożyć rękę do analogicznego protestu w kraju.

  3. @Piotr Graczyk: cóż zazwyczaj nie lubię zapasów w piaskownicy, ale skoro już weszliśmy na ten poziom, to proszę bardzo. Myślę, że bardzo łatwo złą wolą innych tłumaczyć sobie fakt niezbyt ochoczego popierania przez środowisko własnej inicjatywy. Na pewno łatwiej niż elitarystycznym charakterem tejże inicjatywy. Ale to raczej rozmowa na priv.

  4. Przepraszam nie przeczytałem do końca – nie mogłem.
    Samo podejście mnie zeźliło – nijako istniała by możność rozstrzygania sprawiedliwości społecznej. Nie umiem zrozumieć celu artykułu – jego forma to taki trochę smaczek na inżynierię społeczną. Może by tak tym zabrać a Tym dać…. a może by dać komu? doktorantom?
    Moja odpowiedź: jak Ci się nie podoba to nie rób.
    Jak doktorat nie daje Ci nic – albo bardzo mało – to stój na poczcie w kolejce, posuniesz się do przodu ;D.

    Pozdrawiam Autora – i z poczuciem sympatii dziękuję za próbę podjęcia tej kontrowersyjnej tematyki.

  5. Hm, ale dlaczego elitarystyczna. Naprawdę nie rozumiem. Czy nasze postulaty są elitarystyczne? Czy elitarystyczna jest walka przeciw intelektualnej centralizacji Polski?
    Czy elitarystyczny jest może styl naszego działania? Elitarystyczne jest to, z kim się zadajemy? Staramy się zadawać ze wszystkimi. Czyli że co? Że zapraszamy dużo profesorów na debaty. a nie doktorantów? No tak, tak się zdarzało, ale na debaty doktorantów nie przyszliby doktoranci. A chodzi o to, żeby profesorów przepchnąć na właściwą stronę.
    Jeżeli uważacie, że tematy socjalne są jednak zbyt słabo obecne u nas, to pouczcie nas, nauczcie nas czegoś. Jesteśmy chętni i pojętni. Serio. Natomiast powiedzcie nam prywatnie, co i jak, a nie nawalajcie publicznie, bo szkoda. Wróg jest wspólny chyba – ?

  6. Pomysły KKHP są elitarne, bo występują wyłącznie w imieniu humanistów. Krzysztof Posłajko pisze o szerszym problemie, który w jeszcze większym stopniu dotyczy tych, którzy za 1500/miesiąc muszą siedzieć cały dzień w labie bez większych szans na uzyskanie po doktoracie jakiejkolwiek stałej pracy. Sytuacja doktorantów humanistyki jest o tyle lepsza, że praktycznie wszyscy równolegle pracują zarobkowo – a ich dydaktyczna pańszczyzna to zwykle 30 godzin rocznie, czyli w sumie nie tak wiele. Przyrodnicy nie są w stanie łączyć doktoratu z pracą zarobkową. Problem niepewnych etatów tworzonych z grantów też dotyczy głównie sytuacji w naukach ścisłych i przyrodniczych (profesorowie-humaniści bardzo rzadko w ogóle przeznaczają swoje granty na zatrudnianie kogokolwiek).

    Zamiast więc łączyć interesy doktoranckiego prekariatu (co starają się robić ludzie z Nowego Otwarcia czy Obywateli Nauki), KKHP wyróżnia jedną grupę, której sytuacja wcale nie wydaje się bardziej dramatyczna niż innych. Przyrodników zaś rozśmieszają receptami typu „publikujcie po polsku a nie po angielsku”. Socjologowie czy kulturoznawcy wychodzący na Telegraph Avenue nie występują wyłącznie we własnym humanistycznym imieniu – dlatego świetnie, że Krzysztof o nich napisał.

    1. Michale, to słabe zarzuty, wybacz.

      1. Jesteśmy elitarni, bo wyznaczamy interesujący nasz obszar działań? Hm. Samoograniczenie to nie elitaryzm. Czy Ruchy miejskie są elitarne dlatego, że definiują się jako miejskie (może z innych powodów tak)? Czy ZNP jest elitarny, bo nie jest Związkiem Przemysłowców Polskich? No nie.
      A jednocześnie przecież pierwszy z naszych postulatów, być może najważniejszy, dotyczący sposobu finansowania jednostek naukowych, dotyczy całego Uniwersytetu.
      2. Zarzucasz nam jednocześnie coś z tym sprzecznego – że chcemy narzucić naukom ścisłym rozwiązania dobre tylko dla humanistyki. Ale jest wręcz odwrotnie! Chcemy właśnie, by Ministerstwo uznało, że istnieją różne modele nauk, a zatem również konieczność odmiennego sposobu oceniania i finansowania.
      Pojawia się tu znowu problem umiędzynarodowienia nauki. Jest jasne, że element językowy odgrywa zupełnie inną rolę w humanistyce i w naukach ścisłych. Nie zarzucaj nam, że chcemy, żeby wszyscy fizycy pisali tylko po polsku w sytuacji w której monografie w języku polskim, kluczowe dla rozwoju nauk humanistycznych są dyskryminowane na rzecz artykulików po angielsku! Znowu: w związku z rolą elementu językowego, nie wolno narzucać jednego modelu umiędzynarodowienia.

      Ale Ty to wszystko wiesz przecież. Więc nie o to chodzi.

  7. Te wściekłe artykuły, które się tutaj ukazują odnośnie kariery na uniwersytetach, pokazują tylko i wyłącznie to, że przemawia przez was zwykła ludzka zazdrość. Te podniosłe mowy o konieczności zmiany systemu to nic innego jak wołanie: „Teraz my! Teraz my chcemy do koryta!”. Nic więcej. Jaką mamy pewność, że sytuacja się poprawi, gdy obecni doktoranci wskoczą na miejsce wielu obecnych wykładowców? Chyba nie wierzycie w to, że tortu jest tak wiele, że starczy dla wszystkich? Poza tym – co, gdy to wy zablokujecie dostęp kolejnym doktorantom? Kolejny protest, tak?
    Podstawowym problemem jest brak dyskusji na tematy fundamentalne. Choćby pytanie: co to uniwersytet? Jaki jest i czy powinienen się zmieniać? Jeśli powinien się zmieniać, to jak? Te pytania się ciągle mnożą, ale ubywa tych, którzy chcą na nie odpowiadać. Nie liczy się dłuższa perspektywa, ale „tu i teraz”. Z tego właśnie wynika ten „szklany sufit” dla młodych naukowców, ale po tym, jak protestują widać, że jedyne czego chcą to przejść za niego i zablokować kolejnych.

    1. No ale z piszących tu, to ani ja ani Piotr ani Michał nie jesteśmy w tej sytuacji – nie mamy potrzeby „przebijania” sufitu. Widzimy po prostu systemowy problem – choć różnimy się co do metod jego rozwiązania. Ale sprowadzanie tego do personalnych frustracji jest po prostu nieuczciwe.

  8. Przepraszam wszystkich debatujących za nie odpowiadanie na czas.

    @Alek i Michał: nie zgodziłbym się, że samo ustawienie się w roli „obrońców humanistyki” jest problemem, bo związki branżowe funkcjonują na całym świecie. Nie wiem też, czy to jest tak łatwo stwierdzić, że doktoranci „ściśli” mają lepiej od „humanistycznych” lub vice versa. Myślę że to zależy od konkretnej dziedziny – zarówno w humanistyce i w naukach ścisłych są dziedziny które łatwiej się dają spieniężyć lub gorzej. Władze też dość arbitralnie jednym dają innym nie.

    Natomiast widzę pewien problem z „branżową” organizacją ruchu – otóż w ten sposób poniekąd zapoznaje się podziały występujące w środowisku naukowym i że inne problemy/interesy mają doktoranci a inne profesorzy, jeszcze inne tzw. młoda kadra. Nie chodzi o to, że te podziały koniecznie muszą być nieprzezwyciężalne i że nie da się wspólnie działać, ale takie postawienie sprawy utrudnia rzetelne wyartykułowanie tych różnic.

    @Alek: „Czy elitarystyczny jest może styl naszego działania? ” no po trosze niestety tak. Bo to jest tak, że najpierw pojawiły się postulaty a potem nadaje się temu strukturę. Co jest ogólnie w porządku (my, jako NP też tak robimy), problemem jest natomiast to, jeśli przedstawia się to jako głos nieokreślonego „środowiska”.

    1. Nie do końca rozumiem to z tą strukturą. Że jak? Nie wiem o co chodzi.

      Co do branżowej organizacji ruchu – pff. niektóre z naszych postulatów dotyczą humanistyki, niektóre całego Uniwersytetu. Chodzi o pewne nakierowanie działań, jak również kalkulację sił – koncepcyjnych, organizacyjnych, itd.

      Na spotkaniu w Fundacji Batorego byliśmy już atakowani jako hunwejbini z powodu podnoszenia problemu demokratyzacji uczelni.

      Ale najważniejsze jest co innego. Wnet i tak skończymy w zupie.

      1. To chyba pytanie raczej o to, jak do zupy nie trafić, Alku. A pisząc pogardliwie o „artykulikach” dyskredytujesz sposób uprawiania nauk społecznych, humanistycznych czy przyrodniczych przez Twoich potencjalnych sojuszników, którzy często latami przygotowują ten jeden ważny artykuł, który potem przez kolejne lata jest poprawiany w odpowiedziach na recenzje. Czy na prawdę wierzysz, że to liczba stron stanowi o doniosłości dzieła?

        Kiedy sugerujesz, że obrona przez humanistów nauk przyrodniczych, to tak jakby związek bronił przemysłowców – to też jednak pokazujesz swój stosunek do ścisłowców. Warto byście zrozumieli, że prekaryzacja dotyczy wszystkich doktorantów (a coraz częściej też pracowników nauki) – a nie tylko humanistów. Jednak gdy wyjąć z Waszego programu humanistyczny partykularyzm – to nie zostanie nic nowego w stosunku do tego, co ON czy NOU głoszą od dawna.

        Najbardziej zaskakuje jednak, że główna profesorska twarz Komitetu, reprezentująca Was zarówno w Batorym jak i przy Okrągłym Stole Humanistyki, jest kandydatką do europarlamentu z pierwszego miejsca na podlaskiej liście Twojego Ruchu. To doprawdy osobliwe, że mając usta pełne frazesów o „walce z neoliberalizmem” torujecie drogę partii walczącej o podatek liniowy i podwyższenie wieku emerytalnego…

        1. Michale, wdajesz się aż w politykę partyjną? Kurcze, to niskie. Naprawdę musisz użyć wszystkich argumentów, również aż takich? Małgorzata Kowalska nas nie reprezentowała. Jeżeli przegra wybory, sytuacja pewnie się zmieni. Na razie nie ma jej ani w Komitecie, ani w radzie honorowej. Słabo, Michale.
          W ogóle zaczyna to być przykre. Myślę, że publicznie to zakończmy na tym rozmowę. Prywatnie, możemy porozmawiać o Twoich branżowych interesach, które rozgrywasz od jakiegoś czasu. Parę osób już wyrażało głębokie rozczarowanie.
          Wesołego Alleluja.

        2. Jeszcze w dodatku mi wkładasz w usta rzeczy których nie napisałem. Gratuluję dezinterpretacji!

          Trochę ostatnio politykuję, ale nie nauczyłem się jeszcze takich chwytów. Wszystko przede mną. Dzięki, postudiuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *