gościnnie, Piotr Graczyk

Peryferyjna humanistyka: dobić czy leczyć?

AUTOR

Graczyk, Piotrowski

Piotr Graczyk i Mateusz Piotrowski to członkowie Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej. Piotr Graczyk jest pracownikiem Instytutu Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego, a Mateusz Piotrowski doktorantem Wydziału Teologii i Religioznawstwa na Uniwersytecie w Nottingham.

Tekst Aleksandry Bilewicz pt. Humanistyko nie umieraj godny jest odpowiedzi. Po pierwsze,  stanowi dobrą okazję, aby uściślić stanowisko Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej i sprostować kilka nieporozumień. Po drugie, jest to tekst istotny dla nas ze względu na miejsce publikacji. Środowisko Nowych Peryferii wydaje się naturalnym sojusznikiem naszej akcji mającej przecież na celu skłonienie państwa do większej aktywności w sferze społecznej; akcji skierowanej przeciwko zagarnianiu kolejnych sfer życia przez zasadę zysku i przeciwko niszczącej zarodki oddolnej aktywności, fałszywie pojętej modernizacji. Wydaje nam się, że w sprawach dotyczących całokształtu polskich „reform” Nowe Peryferie myślą podobnie do nas. Tym bardziej należy przyjrzeć się  zarzutom sformułowanym przez przedstawicielkę tego środowiska.

Kto dziś broni status quo?

Redaktorka NP pisze, że wiele głosów krytycznych wobec tzw. reformy Kudryckiej sprowadza się do obrony status quo. Trudno jednak powiedzieć na jakiej podstawie można do tego grona zaliczyć KKHP. Nie chodzi tu tylko o przytaczane przez samą Bilewicz, deklaracje Komitetu piętnujące para-feudalne relacje na polskich uczelniach, ale przede wszystkim o konkretne postulaty zmian obecnego systemu. Program pozytywny Komitetu – ogłoszony publicznie i przedstawiony podczas tzw. okrągłego stołu humanistyki – kładzie nacisk na te właśnie elementy, które mają naruszyć zmurszałą strukturę polskiej akademii. Dlatego domagamy się otwarcia ścieżek kariery akademickiej dla zdolnych absolwentów poprzez walkę z „ustawianiem” konkursów i zwiększenie transparentności podejmowanych decyzji. Dlatego chcemy demokratyzacji uniwersytetu, m.in. poprzez zwiększenie siły głosu grupy najbardziej „sprekaryzowanych” i wyzyskiwanych, czyli doktorantów i tzw. niesamodzielnych pracowników naukowych. Radykalnej i strukturalnej zmianie obecnej sytuacji ma służyć również pierwszy spośród naszych postulatów, czyli odejście od dominacji „pogłównego”, tak by algorytm dotacji uwzględniał nie tylko ilość studentów, ale również jakość dorobku naukowego placówki, jej rolę kulturotwórczą dla kraju i regionu. Bez spełnienia tego postulatu trudno sobie wyobrazić prawdziwą przebudowę uniwersytetu.
Trzeba jeszcze raz głośno i wyraźnie powtórzyć to, o czym mówi coraz więcej studentów i pracowników zasypanych rosnącą stertą biurokratycznych procedur i sfrustrowanych mechanicznym ciułaniem punktów, zastępującym doskonalenie warsztatu i poszerzanie wiedzy: tzw. reforma Kudryckiej zamiast osłabić hierarchiczne relacje panujące na polskim uniwersytecie tylko je zakonserwowała. Profesorowie i dyrektorzy znajdą sposób na to, żeby biurokratyczne ciężary zrzucić na barki pracowników. Dlatego dziś obrońcami i beneficjentami status quo są właśnie chwalcy i obrońcy dokonań ministry.

Upolitycznienie ekumeniczne

Kolejnym zarzutem wysuniętym przez redaktorkę Nowych Peryferii pod adresem KKHP jest nasz rzekomy „postmodernizm” połączony jednocześnie z „prymitywnym upolitycznieniem”. Bilewicz chwali wprawdzie Komitet za otwarcie szerokiej dyskusji nad stanem humanistyki ale zarzuca mu, że „zaprasza do niej nie po prostu profesorów, adiunktów, doktorantów i studentów, ale konkretne «środowiska» określane jako «lewicowe» i «prawicowe»”.
Sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Pierwszą ankietę, która pomogła nam w wypracowaniu postulatów rozesłaliśmy do wszystkich sygnatariuszy listu otwartego w obronie filozofii, bez względu na ich afiliację polityczną. Głos zabierali oni we własnym imieniu, a nie w imieniu partii czy środowisk. Podobnie przedstawia się sprawa z Ankietą Generalną, której wyniki staną się podstawą obywatelskiego projektu ustawy o szkolnictwie wyższym. Jak pisaliśmy w cytowanym przez Aleksandrę Bilewicz tekście, z Ankietą będziemy chcieli „dotrzeć do każdego polskiego naukowca, do każdego polskiego instytutu naukowego”. W jej przygotowaniu współpracować będą również osoby zrzeszone w organizacjach czy redakcjach. Nie wydaje się to jednak szczególnie dziwne, jeśli uznamy, że tego typu społeczne instytucje stanowią naturalne zapośredniczenie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania demokracji.
To prawda, że KKHP to inicjatywa idąca w poprzek zastanych podziałów. Wspólnie działają w niej katoliczki i antyklerykałki, lewicowcy i prawicowcy. Nie dlatego jednak, że „przyjęli postmodernistyczną perspektywę poznawczą”, ale dlatego, że uznali te podziały za drugorzędne w obliczu bezprecedensowego kryzysu uniwersytetu, niszczonego zarówno przez pseudoreformatorskie działania rządu jak i przez wewnętrzny marazm, konformizm i atomizację środowiska akademickiego. Jeśli komuś zależy na rozgrywaniu pracowników nauki przeciwko sobie, na zapędzeniu ich do starych ideologicznych okopów (np. poprzez uzależnianie wprowadzenia filozofii do szkół od wyprowadzenia stamtąd religii) – to przede wszystkim władzy. Czy oznacza to, że KKHP chce roztopić wszystkie konflikty w „postmodernistycznej” magmie?  Wręcz przeciwnie. Linia podziału istnieje, ale nie dzieli ona np. akademików wierzących od akademików niewierzących, ale obrońców obecnego układu neoliberalno-biurokratycznego (tak, tak to wcale nie oksymoron!) od tych, którzy chcą leczyć polski uniwersytet. Podobna postawa, łącząca radykalny „ekumenizm” z odwagą definiowania nowych podziałów, była zawsze mocną stroną środowiska NP – liczymy, że tak pozostanie.

Myśleć po anglosasku?

Dużą część swojego tekstu poświęca A. Bilewicz krytyce „uogólnionego sprzeciwu wobec publikacji w czasopismach międzynarodowych i w ogóle w językach obcych”, który ma rzekomo charakteryzować stanowisko KKHP. Takie postawienie sprawy dziwi, ponieważ o „kwestii językowej” w cytowanym przez nią wystąpieniu Komitetu nie ma ani słowa. Próżno również szukać o tym choćby wzmianki w przedstawionych przez Komitet postulatach. Pisaliśmy wprawdzie o konieczności odrębnej jakościowej oceny dorobku humanistów; jednak problemy występujące na tym polu wiązaliśmy z mechanicznym przenoszeniem na grunt humanistyki kryteriów oceny charakterystycznych dla nauk ścisłych (lub wręcz dla przedsięwzięć biznesowych). Trudno więc uznać, że Komitet sprzeciwia się z zasady pisaniu i publikowaniu w językach obcych i że stanowi to rdzeń jego programu.
Warto jednak odpowiedzieć na tezy Bilewicz dotyczące roli języka. Problem języka to bowiem problem na wskroś polityczny, zaś to, co nazywamy teoriami humanistycznymi, zawsze taki polityczno-językowy moment w sobie zawiera. Praca w języku jest zarazem głosem w sprawie prawdy i głosem w sprawie urządzenia społeczeństwa. Taki głos rozlec się musi w języku, którym mówi to społeczeństwo. Spośród wszystkich instytucji społecznych język – konkretny język, współokreślany przez wszystkich członków danej wspólnoty – jest bowiem instytucją najważniejszą, ogarniającą całość stosunków społecznych. Społeczeństwo polskie powinno być najważniejszym recenzentem książek i teorii powstających na polskiej akademii. Jeśli chcemy pisać również po polsku to nie dlatego, że nie chciało nam się uczyć innych języków, ale dlatego, że coś chcemy w Polsce zmienić.
To ci, którzy znajdują się dziś na szczycie akademickiej hierarchii postulują, by polscy naukowcy zaczęli nie tylko pisać lecz również „myśleć po anglosasku” (jak powiedział ostatnio H. Domański). Czy rzeczywiście powinniśmy formatować nasze myśli zgodnie z tym czego chce Centrum (lub raczej: zgodnie z tym jak wyobrażają sobie to Centrum nasze lokalne, imitacyjne elity)? Jak możliwie będzie społeczne zaangażowanie polskiej nauki, jeśli przestaniemy tworzyć w języku zrozumiałym dla większości naszych współobywateli? Bez żywego związku z żywym językiem polska nauka pogrąży się jeszcze mocniej w elitaryzmie. Odpowiedzią na kryzys nie może być zatem umysłowa ucieczka zagranicę. Nauka ma obowiązek pracować w języku i dla języka poszerzając, jak mówił Brzozowski, granice tego, co da się pomyśleć po polsku.
Czy oznacza to, że odrzucamy „umiędzynarodowienie”? Nie. Po prostu nie chcemy definiować go tylko jako uczestnictwa w globalnym wyścigu po granty. Nie tak myśleli o międzynarodowości (czy też internacjonalizmie) wybitni polscy myśliciele przywoływani przez Bilewicz. Umiędzynarodowienie powinno oznaczać przede wszystkim umiędzynarodowienie walki przeciw biurokratycznej komercjalizacji nauki. Dlatego właśnie zabiegamy o kontakt ze środowiskami, które, w Europie i poza nią, w taką walkę się angażują.

Prekariusze wszystkich czasów i zawodów – łączmy się

Polska nauka – powiedzmy to otwarcie – w ostatnich latach grzeszyła ciężko przeciw swym społecznym obowiązkom. Niewielu naukowców stanęło w obronie polskiego przemysłu czy rolnictwa (choć, rzecz jasna, były chwalebne wyjątki). A przecież logika stojąca za niszczeniem polskiej gospodarki i niszczeniem polskiej nauki i kultury jest podobna. Tę analogię dostrzega zresztą sama ministra Kudrycka. Swój ostatni tekst w „Rzeczpospolitej”, wzywający polskich naukowców do wyzbycia się kompleksów i śmiałego wypłynięcia na szerokie, międzynarodowe wody, rozpoczyna od przywołania „koniecznych acz bolesnych” reform przemysłu, górnictwa i usług, które ostatecznie doprowadziły jakoby do stworzenia konkurencyjnej gospodarki.
Weźmy te słowa poważnie. Kto dziś chce mówić o „niskiej konkurencyjności” polskiej nauki na rynku międzynarodowym przywołując ogólnoeuropejskie rankingi skuteczności naukowców w zdobywaniu unijnych grantów, a nie chce mówić o tym, że kraje, które odnoszą w tej dziedzinie sukcesy, to państwa, gdzie na naukę przeznacza się ok. 2-3% PKB, a nie 0,44% jak w Polsce – zachowuje się jak architekci polskiej transformacji. Oni również wzywali do wyzbycia się strachu i kompleksów i otwarcia polskiego rolnictwa na świat, pozbawiając je jednocześnie wszelkich instytucjonalnych osłon, z których wcale nie rezygnowały wówczas państwa zachodnie. W rezultacie dochody netto z rolnictwa na jednego pracującego spadły o 63 proc w ciągu roku, a polska wieś na wiele lat pogrążyła się w cywilizacyjnej zapaści. Jeśli środowisko naukowe nie otrząśnie się z marazmu, jeśli zamiast walczyć o strukturalne zmiany ograniczy się do indywidualnych strategii przetrwania i pogoni za polskimi lub europejskimi grantami, to naszą naukę czeka porównywalna katastrofa. Zresztą pisanie tego zdania w czasie przyszłym już jest przesadnym optymizmem: ten proces dokonuje się właśnie na naszych oczach. Jeśli nie będziemy działać dzisiaj – jutro nie będzie już czego ratować.
Przesunięcie akcentu z finansowania strukturalnego (badań statutowych) na poszukiwanie źródeł zewnętrznych w systemie grantowym przy utrzymaniu niskich pensji, to nic innego niż prekaryzacja. Ta sama prekaryzacja, która uderza w rzesze pracowników usług i przemysłu. Zamiast odwoływać się do społecznej dystynkcji pracownicy akademii muszą w końcu uświadomić sobie, że są ofiarami tych samych procesów co inni pracownicy. Dlatego nie wystarczy apelowanie do „etosu”, który zbyt wiele razy służył polskim elitom do zaznaczania swojej wyższości wobec tzw. ludu.
Nie pomoże nam również przywoływanie legendarnych, romantycznych czasów, gdy badacze tworzyli wielkie dzieła w carskich kazamatach. Rzekomy złoty wiek polskiej nauki, przywoływany przez Bilewicz to ta sama piękna epoka, w której Stanisław Brzozowski umierał w niepoetycznej nędzy, zagłodzony nie przez carat, lecz przez polskie „warstwy kulturalne”, nie mogąc się doczekać kolejnej transzy stypendium z Kasy im. Mianowskiego. Ten sam Brzozowski ostrzegał miłośników Norwida, by nie zachwycali się tym, że autor „Białych kwiatów” potrafił tworzyć wielką poezję żyjąc w nędzy, lecz by wcielając w życie jego myśl budowali taki instytucjonalny stan rzeczy, w którym tego rodzaju męczeństwo nie będzie już konieczne.
„Jeśli polska humanistyka ma prezentować się taką, jaka wyłania się z wypowiedzi jej obecnych obrońców, to niech i jutro zapada się pod ziemię” – pisze Bilewicz. Jeśli chcemy być wierni myśli Krzywickiego, Kelles-Krauza czy Brzozowskiego nie możemy lekkomyślnie wypowiadać takich życzeń. Publiczną infrastrukturę instytucjonalną niszczy się niesłychanie łatwo. Dużo trudniej ją później odbudować (na co wskazuje chociażby przykład likwidacji szkół i przedszkoli). Dlatego nie stać nas dziś na zawieszone w próżni, bezinstytucjonalne myślenie. Redaktorzy NP, w tym również Aleksandra Bilewicz wiele razy pisali o tym przekonująco w odniesieniu do innych obszarów życia społecznego. Mamy nadzieję, że zrozumieją KKHP, który wychodząc z takich założeń postanowił walczyć o inny uniwersytet.

Majdan i kampus

Kilka tygodni temu redakcja NP wraz z redakcją Nowego Obywatela opublikowała niezwykle ciekawy tekst pt. „Solidarni z Ukrainą”. NP piszą w nim: „miejsce Polaków, a w szczególności polskich środowisk prospołecznych, jest dziś przy boku mieszkańców Ukrainy – bez «ale» czy stawiania warunków”. Redaktorzy i redaktorki NP zajęli takie stanowisko nie dlatego, że nie widzieli ciemnych stron Majdanu, związanych chociażby z działalnością Prawego Sektora. Po prostu uznali, że w sytuacji realnego zagrożenia rosyjskim imperializmem nie mogą sobie pozwolić na kręcenie nosem. Zachowując wszelkie proporcje – z podobna sytuacją mamy do czynienia dziś na polskim uniwersytecie zagrożonym nieodwracalną dewastacją. Nie możemy go idealizować, ale musimy o niego walczyć.

drukuj

KOMENTARZE

  1. 1. W dyskusji o języku nie chodzi tak bardzo o to w jakim języku piszemy a bardziej w jakim czytamy, bo polska humanistyka jest niewiarygodnie zacofana w stosunku do Zachodu i w najlepszym razie odgrzewa teorie z lat 90tych (znam uczelnie, gdzie JOhn Rawls to nowina)
    2. trzeba także zreformować sposob kształcenia doktorantów, bo zajęcia są fikcją najczęściej do niczego nie potrzebną. dalej sposób współpracy między doktorantem a promotorem (często promotor nawet nie czyta pracy w czasie jej powstawania) oraz sposób pisania pracy, dlaczego tak jest, że przez 4 lata nikogo nie obchodzi, co student robi a potem nagle ma pokazać pracę. Gdzie są seminaria, na której doktorant pokazuje swoje postępy i zbiera konstruktywną krytykę.
    3. Dlaczego nikt nie napisze, że to profesorom jest na rękę, żeby nic nie zmieniać? dlaczego też nikt nie pisze, że humaniści sami przyczyniają się do spadającego poziomu humanistyki także przez to, że praca w podrzędnych ośrodkach, które sprzedają dyplomy to dla nich racja bytu i finansowania się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *