gościnnie, polityka

Zbawienna hipokryzja władzy

AUTOR

Michał Bilewicz

ur. w 1980 roku. Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zajmuje się eksperymentalną psychologią społeczną, polityczną, a ostatnio również neurofizjologią żywienia i psychotraumatologią. Obecnie jest wizytującym profesorem na Uniwersytecie w Lipsku. Od czasu do czasu pisze na temat polityki naukowej.

Kilka tygodni temu przypadkiem otrzymałem zaproszenie, które Centrum Myśli Jana Pawła II rozsyła do studentów i doktorantów polskich uczelni. Instytucja ta zaprasza do udziału w projekcie „Skarb Solidarności”, którego celem jest opisanie „duchowych korzeni Solidarności i jej nieprzemijającego znaczenia dla świata”. Ma z tego powstać podręcznik, scenariusze lekcji, film dokumentalny i seria debat.

Zapewne każdy czytelnik „Nowych Peryferii” z łatwością odkoduje, o jakie to „duchowe korzenie” chodzić może autorom projektu. Jednak gdy się poważniej nad tym zastanowić, sprawa wcale taka oczywista nie jest. Otóż wszystko wskazuje na to, że gdyby poszukać najważniejszych duchowych korzeni wielkiego ruchu społecznego, jakim była Solidarność roku 1980 (bo nie jej cień z lat stanu wojennego, czy tym bardziej atrapa z czasów reform Balcerowicza) to okaże się, że były nimi… fundamentalne wartości systemu komunistycznego. Tak – komunizm nie był wrogiem ówczesnej Solidarności, a nawet jeśli był nim po części – to jednocześnie osadzony był na wartościach, do których niezależny ruch samoorganizujących się związków zawodowych mógł się w tamtym czasie odwoływać. Nie przypadkiem jeden z czołowych działaczy tego ruchu, Karol Modzelewski, w wydanych niedawno wspomnieniach rozdział o Solidarności zatytułował „Związek nasz bratni”.

Otóż masowy ruch niezależnych samorządnych związków zawodowych odwoływał się do centralnej obietnicy realnego socjalizmu – władzy robotników nad środkami produkcji. Powstanie masowych związków zawodowych było odpowiedzią na hipokryzję państwa robotniczego, które robotnicze okazało się tylko z nazwy. Przetrwały zresztą bardzo dokładne świadectwa tych właśnie duchowych źródeł Solidarności. Są nimi zarówno doświadczenia osób zaangażowanych w obronę robotników w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, jak i utrwalone w filmach dokumentalnych historie demokratyzujących się zakładów pracy (choćby wybitna „Próba Mikrofonu” Marcela Łozińskiego). Pod koniec lat siedemdziesiątych pojawił się szeroki ruch wzywający państwo robotnicze do tego, by było w rzeczywistości robotnicze. Cytowane przez Karola Modzelewskiego tygodniki związkowe z 1981 roku ogłaszały: „To nie my, tylko wy jesteście siłą antysocjalistyczną, bo zwracacie się przeciwko klasie robotniczej”, a w tym samym czasie partyjni członkowie Solidarności aktywnie uczestniczący w strajkach czuli, że realizują prawdziwe ideały swojej własnej partii.

W tym aspekcie „ducha Solidarności” można się też doszukiwać przyczyn skuteczności tego ruchu. Posługując się socjalistycznym językiem i wysuwając postulaty będące emanacją ducha socjalizmu, Solidarność mogła skłaniać komunistyczne władze do coraz dalszych kompromisów. Było to szczególnie widoczne w czasie strajków na wybrzeżu. Uwieczniony w dokumencie „Robotnicy ‘80” Mieczysław Jagielski zdaje się być uwiedziony siedzącymi naprzeciw samoświadomymi proletariuszami. Bądź co bądź – czuł on się przecież reprezentantem ruchu robotniczego. Dla autentycznego komunisty konfrontacja taka musiała być uświadomieniem swojej własnej hipokryzji, a świadomość ta to pierwszy krok do ustępstw i trwałej zmiany postawy.

Hipokryzja władzy jest potężnym narzędziem w rękach wszelkich ruchów protestu. Zapisane w konstytucyjnych zasadach ideały demokracji, samorządności i suwerenności ludu na co dzień mogą nam się wydawać wyświechtanymi formułkami. Jednak w czasie protestów, to do nich właśnie możemy się odwoływać, próbując wymusić zmianę polityczną. Wzbudzenie poczucia hipokryzji u rządzących wywołuje w nich dysonans pomiędzy działaniami (zwykle podporządkowanymi realnej polityce ustępstw wobec świata biznesu) a wartościami, które wyniosły ich do władzy. Jak pokazują liczne badania Jeffa Stone’a czy Eliotta Aronsona mało jest równie dyskomfortowych sytuacji, jak publicznie uwidoczniona hipokryzja – gdy świat wokół wytyka nam niespójność naszych działań i publicznie głoszonych poglądów. To właśnie ten mechanizm daje jakiekolwiek nadzieje na zmianę decyzji rządzących – to dzięki niemu walczący z gazem łupkowym mieszkańcy Żurawlowa mieli szanse w starciu z potężnym koncernem energetycznym, a pół wieku wcześniej Rosa Parks siadając na „białym” miejscu w autobusie mogła doprowadzić do zmiany dyskryminującego czarnych prawa. Uświadomienie rządzącym ich hipokryzji jest jednym z najistotniejszych mechanizmów, które pozwalają od czasu do czasu realizować hasła społecznego postępu.

O tej złotej zasadzie hipokryzji przypomniałem sobie kilka dni temu, patrząc na ukraińskich demonstrantów skupionych na Majdanie. Ich walka może się powieść tylko tak długo, jak funkcjonują oni w ramach systemów opartych na hipokryzji – a takimi są dzisiejsze liberalne demokracje; takimi były też zdegenerowane państwa robotnicze przez 1989 rokiem. Takimi systemami nie są jednak despotie, których prawomocność nie pochodzi od ludu (obywateli, pracowników). Despotiom nie da się więc wytknąć rozbieżności pomiędzy postulatami a działaniami. W państwach takich władza może realizować interesy kapitału bądź też interesy własne, nie zważając na opinie bądź wolę ludu.

Tym bardziej zastanawia mnie odruchowa sympatia części polskiej i światowej lewicy do rosyjskiej narracji na temat konfliktu na Ukrainie. Zupełnie niedawno znajomy hinduski fizyk, pracujący na jednym z amerykańskich uniwersytetów, oświadczył, że rozumie działania Putina w ostatnich dniach – i że są one zakwestionowaniem hegemonii amerykańskiej, która tak wiele zła uczyniła na świecie. W tej prostej opozycji kryją się: amerykańska hegemonia, Międzynarodowy Fundusz Walutowy zmuszający Ukrainę do cięć budżetowych czy Unia Europejska transferująca zasoby i miejsca pracy z basenu Morza Śródziemnego do Niemiec i bogatych państw północy. Z drugiej zaś strony mamy Rosję, czyli bliżej nieokreśloną „alternatywę”. Otóż wiele osób na zachodniej lewicy nie zdaje sobie chyba sprawy z faktu, że po drugiej stronie mamy jeszcze bardziej grabieżczy turbokapitalizm, nieokiełznany indywidualizm, brak jakichkolwiek osłon socjalnych, ekstremalnie oligarchiczny podział zasobów, przy którym nawet amerykańskie 1%-99% wydaje się egalitarnym rozwiązaniem. To nie jest zdegenerowane państwo robotnicze, w którym można apelować do hipokryzji władców. To państwo, w którym władza polityczna legitymizuje się tylko konszachtami z biznesem, a władza pieniądza chroniona jest przez represje FSB, OMON-u i milicji. O ile u nas prorosyjskie wypowiedzi ukazują się na lewicowych portalach i stanowią część normalnego dyskursu publicznego, o tyle w Moskwie za udział w antywojennej demonstracji ląduje się z automatu w areszcie, a za obrazę państwa trafić można do łagru. Poszukiwanie jakiejkolwiek symetrii między stronami konfliktu jest więc łapaniem się na ekwilibrystykę rosyjskiej propagandy.

Dlatego dziś, nawet jeśli na Majdanie słyszymy hasła bardziej narodowe niż socjalistyczne, stańmy po stronie zrewoltowanego Kijowa. Cyniczny despotyzm Putina to powrót do carskiego samodzierżawia, a w oporze przed nim lewica powinna stanąć ramię w ramię z Adamem Michnikiem, Jarosławem Kaczyńskim, a nawet miłośnikami Stepana Bandery. Bowiem w systemie despotycznym – który na wschodzie Ukrainy zapanować może po jej włączeniu w orbitę wpływów Federacji Rosyjskiej – jakiekolwiek apelowanie do władz, drogą czy to strajków czy demonstracji, nie będzie już możliwe.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Cóż, widzę, że mój komentarz mocno spóźniony, bo minęły już 2 lata. Nie zmienia to jednak faktu, że tekst Pana Bilewicza bardzo wkurzający. Ale też przyczyną mojego wkurzenia nie jest doraźna tematyka artykułu, lecz jego bardziej ponadczasowe odniesienia do „Solidarności”, PRL i lewicy. Więc o tych odniesieniach słów parę.
    Nie będę wnikał, co sobie autor „odkodował” na temat lektury dziedzictwa „Solidarności” w Centrum Myśli Jana Pawła II, natomiast z pewnością trafił kulą w płot. Tak się składa, że patronujący „Skarbowi Solidarności” szef Centrum Myśli J-P II, Michał Łuczewski znacznie lepiej zna się na temacie aniżeli Pan Bilewicz. Co więcej, należy on do autorów bardzo silnie akcentujących socjalistyczne aspekty tego ruchu, aczkolwiek, w odróżnieniu od autora, zdaje sobie sprawę, iż był to socjalizm bardzo mocno osadzony w nauczaniu społecznym Kościoła. Badacze „Solidarności” są bowiem dość zgodni, że to właśnie przesłanie o godności pracy, z jakim przyjechał do Polski J-P II w roku 1979, stało się przełomowe dla ukształtowania się języka ruchu. Z tej też przyczyny za niekwestionowane duchowe przesłanie „Solidarności” uznaje się „Etykę Solidarności” ks. Tischnera, który oczywiście był wówczas innym ks. Tischnerem, niż ten który po 1989 roku napisał „Homo sovieticusa”.
    Przesłania „Solidarności” natomiast z pewnością nie stanowiły „wartości systemu komunistycznego”. Pan Bilewicz wpisuje się swym tekstem w dość obrzydliwą tendencję do prezentowania komunizmu, czy raczej realnego socjalizmu, jako „systemu jak inne”. W tym przypadku jest to, znów mocno chybiona, teza o hipokryzji. Hipokrytami nie byli ani stalinowscy rzeźnicy, ani gierkowscy skorumpowani baronowie, ani, w szczególności wypowiadający „Solidarności” otwartą wojnę generałowie, z cynicznym do bólu Jerzym Urbanem jako naczelnym propagandystą. Nie sądzę też, by autor trafnie „odkodowywał” myśli towarzysza Jagielskiego – nie był on raczej aż takim idiotą, by uważać siebie za przedstawiciela ruchu robotniczego (nawet jeśli przyznamy, że on akurat generalnie zachowywał się wtedy względnie przyzwoicie). System komunistyczny opierał się bowiem nie na hipokryzji, lecz na kłamstwie, a to dość zasadnicza różnica. Polecam lekturę Havla „Siły bezsilnych”.
    Nie ulega wątpliwości, że dziedzictwo „Solidarności” – w jej wymiarze ruchu związkowego i socjalnego (ale też patriotycznego) – powinno stanowić kluczowy punkt odniesienia dla odbudowy polskiej lewicy. Był to bowiem ruch, w którym udało się wspaniale – i to nie tylko w teorii, ale również w praktyce działania ruchu społecznego – połączyć idee socjalne z tradycyjną spuścizną polskiej kultury. Solidarność międzyludzka, godność jednostki, jej podmiotowość, to były hasła, które w sposób zrozumiały dla każdego członka „Solidarności” wynikały z jego historycznego dziedzictwa, jego wiary i patriotyzmu.
    Ale w sposób oczywisty były one zaprzeczeniem „systemu komunistycznego”, który przywoził do Polski lewicowość nie tylko cynicznie zakłamaną i wprowadzaną przez bandytów, ale przede wszystkim taką, która miała postać całkowicie obcą naszej kulturze i obyczajowości. Jeśli sowiecki już komunizm chcemy określać mianem lewicy, to była lewica, której intencją nie było uczynienie ludzkiego życia lepszym, lecz taka, która zamierzała zmienić ludzi, nie oglądając się na to, co oni na ten temat sądzą. W przypadku kraju nad Wisłą, realizacja ideału przebiegać miała przez zniszczenie wszystkiego, co mieszkańcy tego kraju uważali za ważne, godne i wartościowe.
    Skłaniające się ku lewicowości środowiska w Polsce często nie rozumieją tego rozróżnienia, a niektóre celowo je zaciemniają. Pytanie, czy szukamy lewicy, która chce ludziom pomagać, czy takiej, która chce ich poniżać i reedukować. „Solidarność” była przykładem tego pierwszego rodzaju. Odbudowa polskiej lewicy na pewno powinna przebiegać przez odnowienie jej tradycji. Droga ta natomiast z całą pewnością nie przebiega przez rehabilitowanie PRL-u.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *