Marceli Sommer

AUTOR

Marceli Sommer

ur. 1988. Członek-założyciel “Nowych Peryferii”. Zwolennik światopoglądowej niekonsekwencji oraz spiskowej teorii dziejów.

Spore zainteresowanie wzbudził w ostatnich dniach wywiad z Marcinem Królem, zatytułowany „Byliśmy głupi”, który ukazał się w związku z rocznicą rozpoczęcia obrad okrągłego stołu na łamach „Gazety Wyborczej”. Historyk idei, publicysta i wieloletni redaktor „Res Publiki” (później „Res Publiki Nowej”) opowiada w nim o swojej nowej książce i przy okazji zwierza się prowadzącemu rozmowę Grzegorzowi Sroczyńskiemu z krytycznych refleksji, które po latach naszły go na temat (neo)liberalnej ścieżki polskiej transformacji oraz roli, jaką odegrało jego środowisko i on sam w jej wyborze. Co zrozumiałe, samokrytyka Króla zyskała szczególny oddźwięk w środowiskach sceptycznych na co dzień wobec gospodarczego liberalizmu. Pojawiły się naturalne skojarzenia z wcześniejszymi „nawróceniami” budowniczych III RP, z których bodaj najsłynniejszy stanowi wywiad-rzeka Jacka Żakowskiego z Jackiem Kuroniem „Siedmiolatka, czyli kto ukradł Polskę”. Muszę w tym miejscu przyznać, że mam niejaką słabość do pogmatwanych biografii intelektualno-politycznych i jestem z zasady skłonny doceniać uczciwe konfrontacje z własnymi życiorysami – nawet gdy nie są one w stanie podważyć odpowiedzialności za wcześniej dokonywane wybory i nawet jeśli niekoniecznie wiążą się z konsekwentną zmianą frontu. Jednak choć wywiad z Królem przeczytałem z zaciekawieniem, dostrzegam tym razem poważne przesłanki, żeby potraktować opisaną w nim przemianę sceptycznie.

 

Zacznijmy od porównania z wspomnianą wcześniej „spowiedzią” Kuronia. Niewątpliwie Kuroń, jako minister pracy w rządzie Tadeusza Mazowieckiego (i główny „legitymizator” planu Balcerowicza), wpływowy działacz „Solidarności”, OKP i Unii Demokratycznej miał znacznie większy niż Król udział w decyzjach, które nadały kształt polskiej transformacji, co wiąże się także z poważniejszą polityczną i moralną odpowiedzialnością za patologie „terapii szokowej”. Złośliwi mogliby dodać, że jako autor autobiograficznej „Wiary i winy” (dotyczącej jego zaangażowania w stalinizm) miał także większą wprawę w literaturze rozliczeniowej. Trudno zanegować jednak fakt, że samokrytyka, jaką nakreślił w „Siedmiolatce” miała głęboki i całościowy charakter. Książka pełna jest zaskakujących i wyrazistych wolt, i odnosi się zarówno do podkreślanych przez lewicowych krytyków społeczno-gospodarczych aspektów transformacji, jak i do wymiaru polityczno-rozliczeniowego (uwłaszczenia nomenklatury czy idei lustracji). Można zasadnie stwierdzić, że trudno stawiać wywiadowi prasowemu te same wymogi, co książce i być może zapowiadana przez Króla publikacja zweryfikuje negatywnie część moich wątpliwości. Jest jednak jeszcze jedna zasadnicza różnica między enuncjacjami Króla a przypadkiem autora „Siedmiolatki”. Kuroń przypłacił swoją książkę ostracyzmem swojego dawnego środowiska. Świadomie skazał się na polityczny margines, a obrońcy III RP, dawni przyjaciele i pośmiertni apologeci posuwali się wręcz do powątpiewania w pełnię jego sił umysłowych. Król swój manifest wygłasza w rocznicowym numerze „Gazety Wyborczej”, z pełnym błogosławieństwem redakcji tego zasłużonego dla „młodej polskiej demokracji” medium. Oczywiście nie jest winą Króla, że do swoich refleksji doszedł w nieco odmienionym kontekście, w innym klimacie intelektualnym. Choć trudno nie zauważyć, że po 25 latach i w sprzyjającym klimacie intelektualnym sformułowana przez niego krytyka transformacji nie stanowi aktu wielkiej cywilnej odwagi.

 

Odłóżmy jednak Kuronia, odstawmy na bok ogólniki i kontekst wywiadu udzielonego przez Króla i zajmijmy się tym, co mówi. Pomińmy nawet– trafnie zresztą punktowane przez umiejętnie wchodzącego po raz kolejny w rolę „młodego niepokornego” redaktora Sroczyńskiego – świadectwa tego, że głównym motorem przemiany, jaka zaszła w Królu, jest partykularny interes środowiskowo-klasowy i strach przed możliwymi, a niekorzystnymi dla liberalnych intelektualistów przetasowaniami politycznymi (tajemnicze „coś”, co może zaprowadzić „nas” na szubienice, komercjalizacja uniwersytetu). Wbrew paru wyrazistym, choć nieco pustym sformułowaniom, okazuje się, że przemiana ta ma bardzo ograniczony charakter, a znaczna część jego tez służy mniej lub bardziej świadomemu rozwadnianiu odpowiedzialności. Podstawowym zabiegiem jest tu ucieczka od refleksji nad specyfiką polskiej sytuacji ku stwierdzeniu, że problemy z polską demokracją to te same, które gnębią całą Europę. Na poziomie ogólnikowo-publicystycznym łatwo się z taką tezą przemknąć – zwłaszcza wobec publiczności przyzwyczajonej do szafowania słowem-kluczem „neoliberalizm”, podsumowującym ogół zjawisk związanych z deregulacją handlu, globalizacją, „zwijaniem” państwa dobrobytu, dominacją ideowo-polityczną liberalizmu i monetaryzmu, etc. O ile jednak termin ten może być użyteczny do opisu pewnego wspólnego mianownika zjawisk globalnych, o tyle wysuwanie wobec pytania o lokalną odpowiedzialność polityczną uniwersalnych wyjaśnień i usprawiedliwień (w przypadku Króla odnoszących się zresztą raczej do kondycji europejskich elit, niż do globalnego porządku ekonomicznego) jest nieporozumieniem – zwłaszcza w kontekście apeli o „odnowę demokracji” na tymże lokalnym poziomie.

 

Kolejną stosowaną przez Króla strategią rozmywania odpowiedzialności liberalnych intelektualistów za transformację jest kwestionowanie ich wpływu na wydarzenia. Tłumaczy: „Nas dość szybko przestano słuchać, przecież myśmy nie rządzili. (…) Pan myśli, że z nami się ktoś liczył? Nikt.”. Czy rzeczywiście rolę żyrujących reformy rynkowe intelektualistów tak łatwo da się zakwestionować? Kluczowa dla polskich przemian formacja polityczna, jaką była Unia Demokratyczna (później Unia Wolności) miała stricte inteligencki charakter. Do tego należałoby dodać rolę „Gazety Wyborczej” (z którą „jednolity front” na rzecz reform współtworzył „Tygodnik Powszechny” Turowicza), jako medialnego hegemona lat 90. W zasadzie trudno zaplecze polityczne trzech pierwszych rządów III RP traktować oddzielnie od środowiska Króla (który w tym samym wywiadzie napomyka, jako o rzeczy naturalnej, o otrzymanej propozycji teki ministra kultury w rządzie Mazowieckiego). Niewątpliwie bardzo wygodnie spekulować o ewentualnym braku konsekwencji działań czy choćby gestów, na które niewielu się zdobyło (a ci nieliczni, których było na nie stać, przypłacili to marginalizacją; nie wydaje się, nawiasem mówiąc, żeby rewizja ocen związanych z liberalną doktryną transformacji miała się dla Króla czy „Wyborczej” wiązać z „rehabilitacją” zwalczanych lub lekceważonych przez lata „oszołomów”: Joanny i Andrzeja Gwiazdów, Anny Walentynowicz, Mariana Zagórnego czy choćby Tadeusza Kowalika). I chociaż wypada się zgodzić z tezą o technokratycznym (w kontraście do demokratycznego) charakterze polityki po 1989 roku, to trzeba stwierdzić, że ta technokracja była budowana i osłaniana w zasadniczej mierze przez polską liberalną inteligencję. Dopiero upadek Unii Wolności pod koniec lat 90. i powstanie Platformy Obywatelskiej spowodował artykulację pewnych subtelnych różnic politycznych – a może tylko konfliktu interesów? – między „inteligentami” a „technokratami” i rozpoczął okres względnej redukcji wpływów formacji Króla i Michnika (choć zmiany te nie przyczyniły się przecież do całkowitego rozbicia dawnego sojuszu, nie powstrzymały kolejnych „wyborów mniejszego zła”, hołdów i aktów strzelistych liberalnych inteligentów do Tuska). Zresztą nawet wprost wyrażana przez Króla krytyka liberalnego technokratyzmu nie wiąże się z wyciągnięciem jakichkolwiek wniosków w sferze realnych politycznych wyborów tu i teraz. Jego horyzont nadal determinuje „zagrożenie kaczyzmem” z jednej strony i bezalternatywność „sympatycznego Tuska” z drugiej.

 

I ten brak konsekwencji nie jest przypadkowy. Nawet jeśli przyjąć bowiem bardziej przychylną lekturę wypowiedzi Marcina Króla i bronić tezy, że dominuje w nim krytyka wobec własnej formacji, to aksjomatem dla tej krytyki pozostaje „przewodnia rola inteligencji” (bez wypaczeń). Dla rządów szeroko pojętej liberalnej elity nie ma u Króla alternatywy (chyba że pałeczkę przekazałaby swoim dzieciom), a „demokracja deliberatywna” to „modny idiotyzm”. Choć wspomina, że „zagubiliśmy ideę równości”, to trzon jego diagnozy stanowi ubolewanie, że w polityce nie ma „wybitnych osobowości”, że przywódcy zajmują się „gmeraniem”, nie są „wizjonerami”, nie czytają książek itp. Za pozornie krytycznymi uwagami stoi w istocie niewypowiedziane wprost założenie, że tylko oni – obdarzeni wysoką kulturą i głębokim namysłem, wyrobieni kulturalnie mandaryni mogą Polakom idee równości i braterstwa „przywrócić”. Podstawowym zagrożeniem pozostaje „populizm”, który może doprowadzić do „wieszania na latarniach” (intensywność i obrazowość, z jaką Król opowiada o tym „czymś”, do którego doprowadzić mogą nierozważnie rozbudzone, niezaspokojone nadzieje i aspiracje mas, skłaniają zresztą do podejrzenia, że główną, jeśli nie jedyną funkcją frazesów o równości i braterstwie jest rozpaczliwa obrona swojego statusu przed nadciągającym żywiołem). Z perspektywy radykalnej demokracji i konsekwentnego egalitaryzmu tak zarysowana propozycja może i powinna sprawiać wrażenie zaledwie zmiany dekoracji w ramach niepodważalnego status quo.

 

Czy to znaczy, że bezpodstawna jest wszelka satysfakcja z publikacji „Gazety Wyborczej”? Niekoniecznie. Mogłoby się zdawać, że co jak co, ale artykuł na tych łamach jest niemal pewnym sygnałem, że prezentowane w nim poglądy są dla współtworzonego przez redaktorów „Wyborczej” porządku niegroźne, a krytyka bezzębna. Pamiętajmy jednak, jak istotnym przyczółkiem był dla tej formacji jeszcze do niedawna niepodważalny mit założycielski sukcesu transformacji. Jeśli tego rodzaju samokrytyki dokonuje na tych łamach istotna postać liberalnego panteonu i w dodatku robi to w „świętym” okresie rocznicowym, to wiedz, że coś się dzieje. Naturalnie każdy, kto oczekuje, że Marcin Król, Grzegorz Sroczyński albo redaktor rocznicowego wydania gazety staną do walki o sprawiedliwość społeczną, srogo się zawiedzie. Jednak zmiana frontu, nawet kiedy odnosi się do spraw dawno minionych i nawet (a może i zwłaszcza) kiedy jest blefem, może świadczyć o tym, że obawy o trwałość istniejącego porządku są autentyczne.

drukuj

KOMENTARZE

  1. ja należę do „pokolenia okresu przejściowego” pamiętam jak na przedmiocie wiedza o społeczeństwie nauczyciel w 89 roku uświadamiał jaka to będzie kraina miodem i mlekiem płynąca, kiedy zostanie zrealizowany plan Balcerowicza, a przed tym rokiem ten sam nauczyciel opowiadał, że socjalizm w teorii miał być dobry, ale się teoria w praktyce nie sprawdziła bo rewolucja wybuchła nie w kraju z rozwiniętym kapitalizmem tylko w feudalnej strapii, którą była Rosja. Okres rządów junty Jaruzelskiego to była siermięga, a równocześnie telewizja pokazywała wtedy różne filmy i seriale, których bohaterami były rekiny wielkiego byznesu vide Blake Carrington fecet żyjący jak kokainowy baron w Ameryce Południowej. W tamtych czasach wielu prostych ludzi sobie wyobrażało, że w kapitalizmie większość tak żyje i nikt im nie potrafił tego przetłumaczyć, że ludzi tak żyjących można na palcach policzyć.

  2. Cieszy to że autor z wrodzoną sobie przenikliwoscią odkrywa przed nami prawdziwe intencje sytego ” establiszmentu” i nie pozwala się nimi mamić. Jaka szkoda że rzekome nawrócenie Marcina Króla nie zaowocowało jwgo aliansem z prof. Glińskim, państwem Gwiazdami i innymi wielkimi postaciami z frontu walki o „sprawiedliwość społeczną”. Mógł przecież razem np z Ikonowiczem włączyć się do ruchu obrońców czynszówek i mieszkań komunalnych…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *