AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

tak wysłuchiwać ryku głodnych ludów
a to jest inny głos niż ludzi głodnych płacz

Jan Sowa w szeroko komentowanym wywiadzie dla Gazety Wyborczej stwierdził, że rozbiory „Pod wieloma względami oznaczały postęp i modernizację”. Pierwszą rzeczą, która zaskakuje w tym stwierdzeniu jest to, że w ustach lewicowego myśliciela pojęcia postępu i modernizacji pojawiają się w sposób świadczący o ich jednoznacznie pozytywnym waloryzowaniu, choć przecież minęło już sporo czasu od wydania „Dialektyki oświecenia” czy „Historii szaleństwa w dobie klasycyzmu”.

Kolejną rzeczą, jaką można poddać w wątpliwość w tym stwierdzeniu, jest utożsamienie związku czasowego z związkiem przyczynowym. To prawda, że Polska stała się krajem nowoczesnym w okresie zaborów. Gdy wybucha konfederacja barska, będąca preludium do pierwszego rozbioru, Rzeczpospolita jest krajem – ze społeczno-gospodarczego punktu widzenia – całkowicie pre-nowoczesnym. W 1918 roku pojawia się natomiast jako mniej lub bardziej zmodernizowany podmiot. Nie oznacza to jednak, że to rozbiory były przyczyną modernizacji. Aby uznać rozbiory za przyczynę „postępu”, należałoby uzasadnić tezę, że gdyby nie one, to modernizacja by się nie dokonała. Owszem, Sowa dokonuje próby uzasadnienia tej tezy w Fantomowym ciele króla, ale jego rozważania są obciążone błędem esencjalizmu – zbyt łatwo przyjmuje on, że kultura polski szlacheckiej była z istotnych powodów niezdolna do przyjęcia innych rozwiązań niż te, które dominowały w XVII/XVIII wieku. Tymczasem np. naród amerykański, ufundowany w dużej mierze jako naród plantarów-właścicieli niewolników, był zdolny do wydania z siebie skutecznego ruchu abolicjonistycznego.

Nie miejsce tu na przeprowadzanie szczegółowej polemiki z Sową (uczynił to choćby Filip Białek). Ważne jest, by przyjąć jego konstatację – że modernizacja pojawia się w Polsce w okresie zaborów – i próbować wyprowadzić z niej pewne konsekwencje. „Skutkiem” zaborowej modernizacji było to, że gdy w 1918 Polska pojawia się jako nowoczesne państwo, to wspólnym mianownikiem dla niemal całego społeczeństwa zamieszkującego to państwo jest nacjonalizm, rozumiany jako prymat interesu wspólnoty narodowej w polityce. Ta dominacja myślenia narodowego przejawia się najsilniej w momencie wojny polsko-bolszewickiej, gdy internacjonalistyczna propaganda bolszewików zostaje niemal totalnie zignorowana przez masy chłopskie i robotnicze, które kierowane motywami „patriotycznymi” ruszyły do walki z Armią Czerwoną.

Społecznym efektem rozbiorowej modernizacji było zatem powstanie nowoczesnego polskiego narodu (być może ów naród powstałby w sytuacji nieprzerwanego istnienia państwa polskiego, jednak historycy często zauważają, że w przypadku narodów pozbawionych państwowości – jak polski, czeski czy żydowski właśnie, proces „tworzenia narodu” był bardziej gwałtowny niż krajach takich jak Francja). Wcześniej (powiedzmy, do czasu powstania styczniowego) – jak słusznie zauważa Sowa – naród Polski istniał tylko jako pre-nowoczesny „naród szlachecki”. Po rozbiorach objawia natomiast on już swoje nowoczesne oblicze: ta nowoczesność przejawia się przede wszystkim w masowym charakterze świadomości narodowej oraz w tym, że za granice wspólnoty narodowej uznaje się przede wszystkim granice językowe, a nie – jak było wcześniej – klasowe czy statusowe.

Nacjonalizm jest bowiem dzieckiem modernizacji. Teza ta jest dziś banałem z zakresu nauk społecznych, lecz czasem warto sobie te banały odświeżyć. Warto też przypomnieć, że pierwszym, który sformułował tezę o związku między nacjonalizmem a modernizacją był polski marksista – Kazimierz Kelles-Krauz 1. I nie jest to tylko ciekawostka historyczna z gatunku „bo myśmy pierwsi” – lecz wskazanie na fakt, że proces formowania się nowoczesnego nacjonalizmu polskiego (ale też i żydowskiego, bo także o nim szeroko pisał Kelles-Krauz), był w warunkach późno-rozbiorowych ziem polskich widoczny. Jak pisał Kelles-Krauz: „Wytrącenie jednostek z dawnych tradycyjnych położeń, pomieszanie ich ze sobą w nowym, ciągle zmiennym życiu, wielka obfitość i złożoność nowych stosunków społecznych nadały właśnie mowie narodowej, jako łącznikowi społecznemu, to niesłychane znaczenie, jakie dziś posiada w świadomości narodów”. Innymi słowy – naród i solidarność narodowa pojawiają się w momencie, gdy modernizacja rozbija tradycyjne formy solidarności społecznej i powstaje potrzeba wytworzenia „wspólnoty zastępczej”, której granice wyznacza wspólny język. Za tym idzie nacjonalizm – jako postulat polityczny oparcia polityki na „narodzie”.

Idee narodowe w naszym kraju nie były głoszone jedynie przez formacje stricte nacjonalistyczne, bo przecież w polskich (i nie tylko) warunkach zarówno ruch ludowy jak i socjalizm miały charakter narodowy. Nacjonalizm stanowił zwieńczenie modernizacji w tym sensie, że dokonał upolitycznienia mas – w warunkach zaborów ludność ziem polskich była niemalże całkowicie pozbawiona możliwości uczestniczenia w procesie politycznym. To upolitycznienie dokonało się dzięki sztafażowi narodowemu – i niezbyt istotne tu było, że potomkowie chłopów pańszczyźnianych zyskiwali podmiotowość polityczną kłaniając się w pas pomnikom królów-ciemiężycieli. Narodowość – i tu kolejny socjologiczny banał – jest bowiem wspólnotą wyobrażoną i jej realna historia jest dla celów politycznej mobilizacji zasadniczo nieistotna. Jak stwierdził Renan: „Zapomnienie, i powiedziałbym także błąd historyczny, są istotnym czynnikiem tworzenia narodu”.

Fakt, że upolitycznienie Polaków dokonało się w ramach dyskursu narodowego miało ten skutek, że faktycznie cała polityka, jaka od 1918 roku rozgrywała się na ziemiach polskich miała charakter narodowy. Narodowa była sanacja i endecja, narodowy był powojenny PSL. Także komuniści, ilekroć chcieli uzyskać jakąś legitymizację dla swojej władzy, odwoływali się do dyskursu narodowego – czego nieśmiertelnymi pomnikami są Krzyżacy oraz Czterej pancerni.

Przypominam o tym wszystkim dlatego, że polskie środowiska lewicowe i liberalne okazują się zaskakująco niezdolne do zrozumienia fenomenu „odrodzenia narodowego”, z jakim mamy do czynienia w Polsce w ostatnich latach, a którego najbardziej spektakularnym przejawem są Marsze Niepodległości. W zasadzie nie pojawiają się żadne próby zrozumienia tego fenomenu, oprócz rytualnych i całkowicie bezpłodnych prób egzorcyzmowania „faszyzmu”.

Tymczasem jest to zjawisko frapujące. Jeszcze kilkanaście lat temu neo-endencja była intelektualno-politycznym folklorem, porównywalnym chociażby z trockizmem, oficjalny patriotyzm był przedmiotem kpin młodzieży szkolnej, a subkultura skinheadzka, jakkolwiek zdolna do siania postrachu na ulicach, była całkowicie wyalienowana ze społeczeństwa, co wynikało z jej ideowych fascynacji, obejmujących Rudolfa Hessa i neopoganizm.

Jak to się zatem stało, że nastolatkowie, będący w dużej mierze potomkami Birkutów i Karwowskich nagle za swoich idoli uznają „żołnierzy wyklętych”, zaś dyskurs narodowy staje się nie tyle formalną pozą, co żarliwie przeżywaną treścią?

Nie da się – moim zdaniem – zrozumieć tego, bez odwołania się do tezy, że nacjonalizm jest wytworem modernizacji. Polska transformacja po 1989 roku była swoistą – aczkolwiek niezwykle brutalną – modernizacją. Było to całkowite przeobrażenie stosunków społecznych i wprowadzenie Polaków w świat „turobokapitalizmu”, co wiązało się zarówno z masową konsumpcją jak i masowym bezrobociem i prekaryzacją. Byłoby jednak błędem utożsamiać wybuch sentymentów narodowych po prostu ze źle zlokalizowanym buntem jednostek wykluczonych ekonomicznie (jak usiłuje to czynić choćby Bartłomiej Kozek). Ruch narodowy ma bowiem niejednorodną strukturę klasową – znajdziemy tam zarówno podklasę jak i drobnomieszczaństwo (Maciej Gdula posunął się nawet do tego, by stwierdzić że kibole to klasa średnia, ale tym razem chyba przeszarżował).

Z tego względu warto przyjąć, że nacjonalizm jest buntem, ale nie stricte ekonomicznym, tylko politycznym. Jakkolwiek nie można zaprzeczyć, że przynajmniej w części przypadków motywacją (mniej lub bardziej świadomą) akcesu do „ruchów narodowych” jest ekonomiczna deprywacja, to ten pierwotny impuls bardzo szybko zostaje skanalizowany do działań na płaszczyźnie politycznej.

Jest bowiem ponurym paradoksem, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat w Polsce zbudowano system polityczny, który z jednej strony opiera się na hasłach demokracji, tolerancji, społeczeństwa obywatelskiego i otwartości, a z drugiej, na poziomie realnym wyklucza szerokie masy społeczne z realnej partycypacji w procesie politycznym. Inicjatywy referendalne są nagminnie ignorowane, konsultacje społeczne to irytująca fikcja etc. Uparcie odnosi się wrażenie, że system polityczny w naszym kraju zaprojektowano tak, aby przeciętny obywatel mógł jedynie biernie odbierać płynący z mediów przekaz ekspertów i co kilka lat przespacerować się do urny wyborczej, by oddać głos na jedną z partii należących do niemal całkowicie zabetonowanej sceny politycznej (przez ostatnie 20 lat niemal wszyscy czynni politycy wywodzili się ze środowisk biorących udział w „Okrągłym Stole”).

W tej sytuacji nacjonalizm (w różnych, niekoniecznie kibolsko-oenerowskich formach – inną postacią może być tu „lud smoleński” czy patriotyzm „radiomaryjny”) staje się dogodnym instrumentarium symbolicznym do wykorzystania przez szerokie masy w walce o wejście do procesu politycznego. Z lewicowego punktu widzenia jest to sytuacja paradoksalna i tragiczna – wykluczające hasła stają się bronią politycznej mobilizacji mas.

Ten fenomen „odrodzenia narodowego” pokazuje dobitnie, że projekt „anty-faszystowski” (przynajmniej w wersji mainstreamowej, o wersji „bojówkowej” wiem niewiele, więc nie będę się wypowiadał) poniósł całkowitą klęskę. Po 20 latach tropienia prawdziwych i wyimaginowanych faszystów, pisania listów do gazet i donosów do prokuratury, idee narodowe są w pełnym rozkwicie. Zaś dyskurs anty-faszystowski uległ całkowitej kompromitacji – rzucanie epitetem „faszysty” czy też „antysemity” w każdego kto miał jakkolwiek prawicowe poglądy (jeśli wierzyć Cezaremu Michalskiemu, mianem antysemity określono kiedyś konserwatywnego liberała Legutkę) sprawiło, że to określenie całkowicie się zbanalizowało, straciło treść. Po drugie, „walka z faszyzmem” w wydaniu osób i organizacji ją uprawiających miała charakter całkowicie naskórkowy, ignorowała przyczyny istnienia taki postaw, a dodatkowo cechowała się (i nadal cechuje) myśleniem życzeniowym – na zasadzie: „jeśli powiemy głośno że faszyzm jest zły i nie pozwolimy się złym ludziom pokazywać w mediach, to problem zniknie”.

Nie oznacza to jednak, że powinniśmy popadać w nastrój defetystyczny. Z jednej strony, nie należy się oszukiwać, że istnieje jakaś magiczna metoda pozwalająca na zahamowanie wzrostu nastrojów narodowych. Z drugiej strony – nie jest tak, że dyskurs narodowy jest jedyną możliwą drogą upolitycznienia mas (i, co więcej, nie jest powiedziane, że partie nacjonalistyczne zawłaszczą te sentymenty). Jedną z alternatyw jest ruch związkowy – przypomnijmy, że we wrześniu związkom zawodowym udało się wyprowadzić na ulice o więcej ludzi niż organizatorom „Marszu niepodległości”. Istnieją ruchy miejskie – co prawda wciąż niezbyt masowe, ale nabierające rozpędu. W każdym razie – jedyną skuteczna formą lewicowej „walki” (choć to niezbyt dobre słowo w tym kontekście) z wzrostem nastrojów nacjonalistycznych jest tworzenie alternatywnych form masowego upolitycznienia. Te formy mogą – choć nie muszą – przyjmować sztafaż patriotyczny. Najgorszą rzeczą, jaką lewica mogłaby w tej sytuacji zrobić, to przyłączyć się do chóru „liberalnych” głosów żądających większej represyjności systemu.

1 Można o tym przeczytać w znakomitym artykule T. Snydera (Timothy Snyder „Kazimierz Kelles-Krauz (1872-1905). Pionier badań nad nowoczesnym nacjonalizmem” Przegląd Filozoficzno-Literacki 4(35) 2012), który miałem przyjemność tłumaczyć.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Dobra końcówka. Każdy kto był na wrześniowych manifestacjach w Warszawie i widział ostatnio nędzę manifestacji „Niepodległa i socjalna” powinien zgodzić się z tym że poważnych ruch lewicowy w Polsce musi organizować się wokół antagonizmu klasowego a nie narodowego (czy jakiejś dziwnej syntezy obydwu). Projekt socjal-patriotyczny często przeciwstawiany tradycji zaangażowanej inteligencji korowskiej realizuje ten sam program co lewica etosowa tylko w żałosny i mikroskopijny sposób. Zsuwa się moim zdaniem z rzekomo egalitarnych pozycji na stare etosowe pozycję tak zwanej inteligencji zaangażowanej, próbując tak samo jak nieniegdysiejsi korowyc a dzisiejsi dziennikarze GW wpychać ludziom do głów rozmaite treści, operując przecież tym samym mechanizmem: oświeconych socjal-patriotycznych i znających historię PPS-u elit oraz ciemnej masy której klasowo gorące głowy wydają się niektórym z jakiś powodów niewystarczające.

    Zresztą historycznie kluczowym momentem wydaje się nie tyle odzyskanie niepodległości, ale rewolucja 1905 roku to wówczas dyskurs czysto klasowy (mobilizujący masy na początku rewolucji) zostaje częściowo zwalczany (przez endecje) częściowo syntetyzowany (przez PPS) z dyskursem narodowym. Dobrze jest pamiętać, że jedną z przyczyn porażki 1905 roku jest właśnie rozbicie jedności klasowej przez jej etniczne i światopoglądowe różnicowanie (dokonywane bezpośrednio przez carat i endecje a pośrednio przez środowiska PPS-u).

  2. Wrześniowe protesty organizowały 3 centrale związkowe liczące łącznie kilka milionów oskładkowanych członków, mające etaty, biura i autokary (aby nie było wątpliwości uważam te atrybuty umiarkowanych związków za coś pozytywnego). Lewica alternatywna na bloku antykapitalistycznym liczyła niewiele ponad 100 osób, co biorąc pod uwagę kontekst (Warszawa, początek weekendu, możliwość wykorzystania związkowych środków transportu przez ludzi spoza „S”) nie jest jakimś rewelacyjnym wynikiem (aby nie było wątpliwości to dobrze, że ów blok był, sam w nim szedłem). „Niepodległą i Socjalną” organizowała kilkuosobowa grupa pasjonatów syntezy patriotyzmu i lewicy (część organizatorów w międzyczasie musiała ogarniać problemy sądowo-policyjne związane np. z działalnością lokatorską).

    Jeszcze jedno: każda demonstracja (czy działanie w ogóle) jest „wpychaniem do głów” jakichś poglądów czy koncepcji, czyli np. walki klasowej zamiast solidaryzmu, lub solidaryzmu zamiast, bo ja wiem, „każdy sobie niech żyje jak chce – najważniejsze jakim jesteś człowiekiem i czy czujesz się wewnętrznie wolny”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *