gościnnie, infrastruktura

Metropolia Ducha, Metropolia Ciała:
Przyszłość Śląska a Ekonomia Mocy

AUTOR

Dr Krzysztof Nawratek

Teoretyk miasta, architekt i urbanista, Starszy Wykładowca Nauk Humanistycznych i Projektowania Architektury na Uniwersytecie w Sheffield, autor książek: Ideologie w przestrzeni. Próby demistyfikacji (Universitas 2005), Miasto jako idea polityczna (Ha Art 2008), wydanie angielskie University of Plymouth Press 2011), Dziury w całym. Wstęp do miejskich rewolucji (Krytyka Polityczna 2011, wydanie angielskie Zero Books 2011), redaktor tomu Radical Inclusivity. Architecture and Urbanism (DPR-Barcelona 2015), Re-Industrialisation and Progressive Urbanism (w przygotowaniu – Punctum Books 2017) i wielu tekstów publicystycznych i naukowych. Strona autorska: www.plugincitizen.com

W wywiadzie dla Nowej Gazety Śląskiej, po raz kolejny pytany o Śląsk i śląskość, Szczepan Twardoch – chyba najciekawszy współczesny pisarz, który się do owej śląskości przyznaje – powiedział: „Nie jestem pewien czy budzi się na powrót taka śląskość jaką przeżywali dawniej moi dziadkowie. To znaczy nawet jestem pewien, że właśnie na pewno nie taka. Nie wiem czy jest w ogóle jakaś ciągłość pomiędzy tym, czym śląskość była sto lat temu, a między tym, co się teraz budzi. Czasem mam wrażenie, że ta śląskość, która się teraz budzi jest pewnym konstruktem, czymś nowym.[1]

To, że narodowość jest konstruktem, że nie jest w żaden sposób ‘odwieczna’ czy ‘naturalna’ jest czymś oczywistym. Nie trzeba mieć akademickiego wykształcenia (i znać książki Imagined Communities[2]), by rozumieć, że nie może być inaczej. Nawet w życiu jednostek ciągłość jest czymś wątpliwym (‘ja’ w wieku lat czterdziestu jest przecież kimś zupełnie innym, niż ‘ja’ w wieku lat dwudziestu; co najwyżej owo ‘starsze ja’ projektuje swoje wyobrażenie siebie w przeszłość), a co dopiero w życiu zbiorowości. Współczesny wybuch lokalnych czy regionalnych tożsamości, podobnie jak pojawienie się religijnych fundamentalizmów (chrześcijańskich, islamskich czy hinduskich), nie jest jakimś ‘powrotem do przeszłości’, lecz zupełnie nowym, postmodernistycznym fenomenem – zbierania i lepienia różnych fragmentów w jedną,  zdecydowanie (post)nowoczesną (choć w miarę spójną) narrację. To ‘lepienie’ to właśnie element tworzenia ‘konstruktu’, o którym mówi Twardoch. Jest to świadomy proces wybierania elementów z wielkiego zbioru ‘różnych przeszłości’. Problem z fundamentalizmami oraz ‘nowymi nacjonalizmami’ polega na tym, że najczęściej – by stać się wyraziste i spójne (i ta tabloidalna wyrazistość jest ich cechą rozpoznawczą) – przyjmują one charakter barbarzyńskiej redukcji bogatej i różnorodnej przeszłości.

Jeśli więc każda – również śląska – tożsamość nie jest nam dana, lecz sami możemy ją sobie zbudować, czy znaczy to, że przyszłość Śląska zależy tylko i wyłącznie od jego mieszkańców? Czy można ją ukształtować dowolnie, jak tylko Ślązacy będą mieli ochotę? Odpowiedź musi być dialektyczna – i tak, i nie.

Przede wszystkim, budowanie tożsamości polega na dobieraniu istniejących elementów w określony sposób. Tożsamość ma więc pewną inercję – dobrze jest przyjąć, że buduje się ją w pokoleniowym rytmie. To jaki będzie Śląsk zależy więc przede wszystkim od tego, kim są i chcą być dzisiejsze śląskie dzieci. Jeśli obraz Śląska z filmu Jeszcze będziemy szczęśliwi[3] przynajmniej w jakiejś części jest prawdziwy, a ambicje i marzenia dzieci rzeczywiście ograniczają się przede wszystkim do zostania piłkarzami i złodziejami (zasmucający kontrast z ambicjami starszego pokolenia; wyraźnie widać, że powojenny PRL był na tym tle światem nadziei i marzeń o pięknej przyszłości), przyszłość rysuje się raczej w czarnych barwach. I tu chciałbym się na chwilę zatrzymać, bo Jeszcze będziemy szczęśliwi pokazuje (jeśli oczywiście potrafi się i chce się to zobaczyć), że polityka oparta jedynie na tożsamości prowadzi donikąd (no może jedynie do agresywnego nacjonalizmu i przemocy). Tożsamość budowana jest bowiem i z lokalnej tradycji, i pamięci, ale też z reklam, szkoły (we wspomnianym powyżej wywiadzie Szczepan Twardoch mówi dalej: „…świadomość historyczna ludzi nie jest związana z tym, jakie było przeżycie ich przodków, tylko z tym, czego ich uczono w szkole. A w szkole uczyliśmy się wszyscy Słowackiego i Mickiewicza. Więc doświadczenie historyczne obecnie wszyscy mamy takie samo…”), bezrobocia, brudu i nieremontowanych budynków. Tu warto sięgnąć – nawet upraszczając do granic wytrzymałości – do myśli Bruno Latoura[4], w której brak jest podziału na to co społeczne i na to co materialne. Wbrew klasycznej, marksistowskiej wyobraźni, w której istnieje wyraźny podział na bazę i nadbudowę, Latour myśli splotem i relacją pomiędzy różnymi aktorami. Podobnie, jak w przypadku koncepcji narodu jako konstruktu, myśl Latoura porusza się równolegle do naturalnych intuicji – to, czy naukowiec będzie miał szansę na Nobla zależy zarówno od tego, jak będzie wykształcony, jak i od wyposażenia jego laboratorium oraz od warunków, w jakich będzie pracował (i od wielu jeszcze innych czynników).

No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego z Metropolią Śląską (lub Katowicką)? To pytanie – jak myślę – retoryczne, ponieważ uważny czytelnik zapewne już się domyśla dokąd zmierzam.

Zwolennicy śląskiej autonomii lub też wyznawcy wiary w ‘cudowną metropolię’ zdają się uważać, że zmiana społeczna, kulturalna i ekonomiczna odbywa się przede wszystkim poprzez jej zadekretowanie. Jeśli więc będziemy mieli naród śląski, to śląskość zostanie nie tylko ocalona, ale wręcz rozkwitnie. Jeśli będziemy mieli metropolię, to przyszłość Śląska się odmieni. Jako patologiczną wersję takiego pop-idealizmu można by wskazać na pomysł postawienia w centrum Katowic… stalowej Iglicy[5]. Ta wiara w pojedyncze symbole, które zmieniają świat (częściowo będąca niezrozumieniem tak zwanego ‘efektu Bilbao’), jest podzielana przez architektów, media i często (choć, dzięki Bogini, nie w tym przypadku) polityków. Nie jestem konserwatywnym marksistą by odrzucać znaczenie kultury, symboli i struktur politycznych. Zwracam jedynie uwagę, że bez splotu różnych – materialnych i nie – czynników, Śląsk będzie dryfował tak jak dzieje się to już od (co najmniej) dwudziestu lat. Pojedyncze, symboliczne gesty niczego oczywiście nie zmienią. Czy kolejne dwadzieścia może odnieść inny skutek? Obawiam się, że nie.

Jakie czynniki powodują ten dryf? Nie można tu zignorować braku politycznej woli i administracyjnej spójności. Wydaje się absurdem, że tak zintegrowany przestrzennie i funkcjonalnie obszar, jakim jest aglomeracja górnośląska, ma polityczną strukturę, która owej społeczno-funkcjonalnej ‘prawdzie’ zaprzecza. Z tego powodu, idea metropolii, jako struktury nadrzędnej wobec miast, struktury, która przezwycięża lokalne administracje, która jest w stanie myśleć i działać w logice całości, a nie fragmentu, jest czymś oczywistym i fakt, że taka struktura jeszcze nie powstała, wydaje się niedorzecznością. Metropolia przywróciłaby jedność pomiędzy materialną rzeczywistością, a polityczną ramą, która ową rzeczywistość stara się kształtować.

Pytanie jednak – jaka metropolia? I dlaczego metropolia, a nie regionalna autonomia? Tu musimy wrócić do rozważań dotyczących tożsamości. Moja niechęć (umiarkowana i warunkowa) do idei autonomii jest w istocie niechęcią wobec tego, w jaki sposób konstruowana jest (współczesna, polityczna) tożsamość śląska. Jest to tożsamość oparta o ‘krew i ziemię’ oraz o język. Mamy więc do czynienia z wykluczającymi, wprost odwołującymi się do dziewiętnastowiecznych wzorów, metodami budowania tożsamości narodowej. Szczególnie ciekawa jest w tej perspektywie próba skodyfikowania języka śląskiego. Pozwolę sobie przywołać przykład języka łotewskiego, który został skodyfikowany dopiero na początku XX wieku (choć jest to język bardzo stary, o wciąż widocznych śladach języka proto-indoeuropejskiego), a dziś jest jedynym oficjalnym językiem na Łotwie, mimo olbrzymiej mniejszości rosyjskojęzycznej. Co jednak ciekawsze, język ten, którym posługuje się niecałe półtora miliona ludzi, ma swoje dialekty, wyraźnie różniące się od języka oficjalnego. Walka o czystość języka przybiera formy śmieszno-straszne, gdy powracający po pięćdziesięciu latach poeci – emigranci z USA czy Kanady – są strofowani za posługiwanie się niewystarczająco (a może raczej ‘za bardzo’) literackim językiem, a działacz społeczny i akademik Andrejs Berdnikovs[6] jest poddawany politycznym naciskom z powodu zainteresowań odrębnością kulturową regionu Latgale (Łatgalia). Jest to oczywista konsekwencja tożsamości budowanej na wykluczeniu – poszukiwanie ‘czystości’ nigdy się nie kończy i łatwo wyobrazić sobie jak o swoją autonomię zaczyna walczyć jakiś fragment autonomicznego Śląska.

Można by jednak wyobrazić sobie tożsamość budowaną inaczej, inkluzywnie, w oparciu o wspólne życie, tożsamość polifoniczną, nawiązującą do idei wielogłosowości Michaiła Bachtina[7], w której losy poszczególnych postaci, choć oczywiście budują całościową narrację, to równocześnie mają własne ‘życia’, mogące służyć za osobne, autonomiczne opowieści. Tak budowana tożsamość wymaga pewnych ram (tak jak ramę dla losów poszczególnych postaci stanowi książka), lecz są one zewnętrzne[8] wobec losów i wyborów poszczególnych ludzi i tych ludzi jako takich.

Nie ma więc potrzeby (a wręcz – powinniśmy unikać) konstruowania jakiejś ‘śląskiej jedności’, wymagającej mocnych tożsamościowych deklaracji („tak, jestem Ślązakiem”; „nie – nie jestem Ślązakiem”), wystarczy proste stwierdzenie pewnej materialnej rzeczywistości – „tak, mieszkam/pracuję na Śląsku”. Można więc powiedzieć, że pierwszym warunkiem powstania ponad-miejskiej struktury jest swego rodzaju ‘mord założycielski’, rewolucyjne zniesienie krępujących mieszkańców Śląska tożsamościowych wymagań. Byłby to gest odwołujący się do idei miasta jako  miejsca wyzwolenia (Stadtluft macht frei!) z klanowych, rodzinnych, narodowych i wszelkich innych więzów. Jeśli tożsamość (a więc i pamięć) jest konstruktem, to czyż nie lepiej skupić się na konstruowaniu teraźniejszości, zamiast nakładać na ludzi ciężary przeszłości (nie odrzucając prawa jednostek do konstruowania swoich własnych, ‘prywatnych’ historycznych opowieści)?

Ale, ale… jak pisałem wcześniej – istnieje określona inercja materii i inercja kultury (bardzo szeroko rozumianej), która niezwykle mocno kształtuje to, co tu i teraz. Wyzwolenie nigdy więc nie jest kompletne, mesjańskie (rewolucyjne) wyjście z natury (‘z tego, co jest’) nie jest absolutne na tym świecie. Walka o wyzwolenie nie odbywa się więc jedynie w warstwie głównego wątku opowieści – w którym możemy stosunkowo łatwo zadekretować zmianę – lecz w drobiazgach, w szczegółach, w zwyczajnym życiu i uczynkach mieszkańców. Trzeba więc zanurzyć się w szczegół, w drobiazg, w mikro-narrację, by o prawdziwej zmianie móc mówić poważnie. Ale zanim to zrobimy, dopowiedzmy do końca ową idee polifonicznej jedności, tego ‘pluralistycznego autorytaryzmu’.

Obecnie istniejąca struktura Śląska jest z jednej strony (w określonej skali i perspektywie) pewną homogeniczną całością. Ale gdy zmienimy skalę, dostrzeżemy jak bardzo Śląsk jest różnorodny. I obie te opowieści są równie prawdziwe – to właśnie powinno nas skłaniać do myślenia polifonicznego. Mieszkańcy Śląska żyją w określonej przestrzeni i dzielenie tej przestrzeni nie wydaje się sensowne. Takie dzielenie jest związane z dziewiętnastowieczną ideą państwa narodowego (uzasadnianej teoretycznie w oparciu o grecką koncepcję nomos, jak czynił to na przykład Carl Schmitt[9]), według której poszczególne narody / grupy etniczne są od siebie nieodwracalnie różne, a jedyny sposób interakcji pomiędzy nimi to wojna, w której to, co odmienne zostaje albo zniszczone, albo wydzielone na określonym terytorium. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że różnorodność jest wpisana w istotę współczesnych obszarów miejskich (a Śląsk jest takim obszarem, mimo swojej peryferyjności). Próba wydzielania specjalnych obszarów miasta prowadzi zaś do powstawania gett lub grodzonych osiedli (ich popularność w Polsce jest symptomem nie tylko indywidualizmu, ale i pewnej ‘plemienności’, niechęci do życia w logice miasta). Mimo tego, że w Polsce (i na Śląsku) nie mamy do czynienia z licznymi mniejszościami narodowymi czy religijnymi, myślenie w kategorii wydzielonych terytoriów zasiedlanych przez określone grupy ludzi jest błędem, ponieważ ignoruje materialną (ale również ekologiczną) infrastrukturę. Drogi, kolej, sieci przesyłu energii i mnóstwo innych elementów infrastruktury tworzą jedność Śląska ponad podziałem na miejskie sub-terytoria. Przygody jednolitego biletu na komunikację publiczną na Śląsku są najlepszym dowodem jak bardzo forma polityczno-administracyjna nie odpowiada tej przestrzenno-materialnej rzeczywistości.

Jak staram się pokazać, dyskusja na temat Metropolii powinna dotyczyć pytania – jaka struktura ponad-miejska, a nie tego, czy taka struktura powinna istnieć. Jej nieistnienie jest skandalem.

Struktura ponad-miejska (Metropolia) nie powinna być tworzona w oparciu o jakąś ‘śląską tożsamość’ – jeśli Sosnowiec i Katowice łączy linia tramwajowa, to dyskusję o tym gdzie kończy się Śląsk, a zaczyna Zagłębie należy zostawić historykom. Wydaje się, że dwa najważniejsze czynniki blokujące powstanie Metropolii to ambicje i interesy lokalnych administracji miejskich oraz niechęć (brak zainteresowania?) polityków na szczeblu krajowym, by taką metropolię stworzyć. Podejmowane dotychczas próby tworzenia metropolii zarówno ‘od dołu’ jak i ‘z góry’ nie przyniosły żadnych efektów. W tym sensie niezbędny wydaje się ‘autorytarny impuls’ – decyzja idąca z góry (z rządu i parlamentu), tworząca ramy prawne dla Metropolii. Oczywiście można takiej decyzji pomóc i pewnie milionowa manifestacja na ulicach śląskich miast domagająca się Metropolii by pomogła – ciekawym jest pytanie, dlaczego takiej manifestacji nie było? Najwyraźniej mieszkańcy nie uważają tej sprawy za ważną. Pozostaje więc albo dryf, albo autorytarna decyzja na szczeblu państwowym.

Jak jednak już pisałem, sama idea istnienia Metropolii jest punktem wyjścia, a nie celem samym w sobie. Podstawowym pytaniem jest zatem – jak miałaby ona zostać zbudowana?

Istniejące struktury, powiązania i relacje powinny stać się punktem wyjścia do refleksji nad niezbędnymi formami politycznymi i administracyjnymi przyszłej Metropolii. Zrozumienie układu dróg, relacji poszczególnych sieci transportu publicznego, sieci wodno-kanalizacyjnych i zasilania energetycznego, systemy przyrodnicze i migracje mieszkańców pomiędzy pracą, domem, a przestrzenią rozrywki (w tym zakupów) powinno stać się podstawą dla budowy ponad-miejskiej struktury.

Pozostaje zadać pytanie, bez którego wszystkie powyższe rozważania nie mają najmniejszego sensu: po co Metropolia? Problem wobec jakiego od dawna stoimy (my Ślązacy, my Polacy, my ludzie) to zafiksowanie się na technologii wytwarzania bogactwa (które, jak pokazał finansowy kryzys 2008 roku jest w dużym stopniu złudzeniem), bez zastanowienia się, czemu to bogactwo ma służyć? Od pewnego czasu głoszę tezę, że kapitalizm się skończył i dziś zamiast akumulować kapitał, system światowej gospodarki opiera się na jego przepływie. Zupełnie niepostrzeżenie, weszliśmy więc w system post-kapitalistyczny.

Do kapitalizmu można mieć różny stosunek (ja mam generalnie krytyczny), jednak nie można zaprzeczyć, że dziewiętnasto i dwudziestowieczny (do lat 70.) kapitalizm był (opartym oczywiście na wyzysku) systemem twórczego przekształcania świata. Kapitalizm (w formie państwa dobrobytu) tworzył nowy świat, podnosząc jakość życia wielkich grup społecznych.

Dziś to się skończyło – akumulacja kapitału następuje punktowo (wielkie korporacje i indywidualni miliarderzy się bogacą, reszta, owo metaforyczne 99% biednieje), nikt w istocie nie jest zainteresowany tworzeniem świata, lecz jedynie pustą władzą i konsumpcją lub po prostu przetrwaniem. Rozwój miast oparty jest (a właściwie był) na spekulacji gruntem i nieruchomościami, zaś przytłaczająca większość obrotu gospodarczego odbywa się na rynkach finansowych. Produktów i tak jest za dużo. Wszystkiego jest za dużo (dyskutując o wciąż trwającym kryzysie warto pamiętać, że jest to kryzys nadmiaru, a nie niedoboru!). Wydaje się więc, że ów post-kapitalistyczny marazm musi się przekształcić, musi doprowadzić do nowego otwarcia.

Być może czeka nas (zapewne nie w Polsce) jakiś nowy neokomunistyczny eksperyment, choć znacznie bardziej prawdopodobna wydaje się próba powrotu do ‘klasycznego kapitalizmu’.

Wizją, która wydaje mi się ciekawa i atrakcyjna byłaby korekta systemu opartego na akumulacji kapitału, w system oparty na ‘akumulacji mocy’. Kapitał jest tylko narzędziem, podobnie jak ‘moc’ (czyli możliwość czynu), jednak ta ostatnia ma znaczenie o wiele szersze niż pieniądz. ‘Ekonomia Mocy’ sugeruje też pewną celowość – zbieramy siły, by czegoś dokonać, a nie żeby leżeć na plaży opijając się drogimi drinkami.

Ekonomia Mocy czerpie swą inspirację z idei Ernsta Jüngera, wyłożonych w eseju Totalna Mobilizacja oraz książce Robotnik. Panowanie i Forma Bytu[10]. Jednym z najważniejszych aspektów tego sposobu myślenia (przynajmniej w moim jego odczytaniu) jest inkluzywizm – być może nie jest to wizja idealnie horyzontalnej równości, jest to jednak myśl uniwersalistyczna, w której nie ma miejsca na wykluczonych. Nikt nie jest zbędny, wszyscy stają się niezbędnymi fragmentami systemu.

Co przeważy? Inercja systemu, politycznych interesów lokalnych administracji, układów interesów i zwykłego przyzwyczajenia do tego, co jest? Czy też logika materii, logika sieci kanalizacji i dróg, logika ekosystemów? Czy ważniejsza jest ‘rewolucja w duchu’, w której wola społeczna odkształci system polityczny, czy też ‘rewolucja w ciele’, w której poszczególne fragmenty śląskiej układanki zaczną się ze sobą zrastać w jeden organizm? Jak starałem się pokazać w powyższym tekście – jest to błędna alternatywa. Prawdziwa rewolucja (lub ‘zmiana’ lub ‘rozwój’) dotyka i ducha i ciała, tworzy się poprzez dobrze odżywione dzieci, uczące się w nowoczesnych szkołach, korzystające z najnowszych technologii (i nie chodzi tu tylko o komputery, ale o dobrze wyposażone laboratoria chemiczne czy fizyczne) i poddane nowoczesnej, otwartej, pomagającej krytycznie analizować rzeczywistość edukacji. Prawdziwa zmiana to, z jednej strony, synchronizacja materialnej prawdy z polityczno-administracyjnymi strukturami, ale z drugiej, to przekraczanie tych struktur i rozwój tego co materialne i ‘duchowe’. Prawdziwa zmiana rodzi się z wizji, która przekracza tu i teraz. Wizji, która nie tyle odrzuca to, co jest, lecz poprawnie odczytuje to, co może być. Zmiana jest eksperymentem, wymaga odwagi i elastyczności, wymaga delikatności i czujności w reagowaniu na niepowodzenia. Prawdziwa zmiana rodzi się z powszechnej woli zmiany (lub przynajmniej z uznania jej nieuchronności). Zaprezentowana tu wizja totalnej mobilizacji nie jest totalitarna. Nie niszczy różnorodności, lecz splata ją w większą opowieść, nie odrzuca, lecz dodaje, nie poniża, lecz przekracza.

Czy Metropolia Śląska ma szansę powstać? Jako zadekretowany twór – być może. Jako rzeczywistość społeczno-przestrzenna? Cień Metropolii już istnieje, jej duch już od dawna jest z nami. Niestety, prawdopodobnie nigdy nie oblecze się w ciało, które będziemy mogli podziwiać i kochać.

A może się mylę?

Krzysztof Nawratek

 


[1]    http://www.nowagazetaslaska.eu/rozmowa/1220-szczepan-z-pilchowic.html

[2]    https://www.uio.no/english/research/interfaculty-research-areas/culcom/news/2005/anderson.html

[3]    http://www.filmweb.pl/film/Kiedy%C5%9B+b%C4%99dziemy+szcz%C4%99%C5%9Bliwi-2011-621929

[4]    Latour, Bruno. Nigdy nie byliśmy nowocześni, przeł. Maciej Gdula. Warszawa: Oficyna Naukowa, 2011

[5]    http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,73757,13623446,Urzednikom_zabraklo_wyobrazni_i_odwagi__Iglica_nie.html

[6]    https://www.change.org/en-GB/petitions/latvian-higher-education-institutions-respect-intellectual-freedom-and-the-right-to-political-engagement-2

[7]    Bachtin, Michał. Problemy poetyki Dostojewskiego, przeł. Natalia Modzelewska. Warszawa : PIW, 1970

[8]    O tym jak ważne jest zewnętrze i jak niebezpieczne jest zbytnie zajmowaniem się wnętrzem człowieka (i struktury), pisałem w mojej ostatniej książce „Dziury w Całym. Wstęp do Miejskich Rewolucji”. Warszawa: Krytyka Polityczna, 2012

[9]    Schmitt, Carl. The Nomos of the Earth in the International Law of the Jus Publicum Europaeum. New York: Tellos Publishing, 2006

[10]  Junger, Ernst. Robotnik. Panowanie i Forma Bytu. Warszawa: PWN, 2010

 

Tekst ukaże się również w trzecim numerze Śląskich Studiów Polonistycznych.

drukuj

KOMENTARZE

  1. „jeśli Sosnowiec i Katowice łączy linia tramwajowa, to dyskusję o tym gdzie kończy się Śląsk, a zaczyna Zagłębie należy zostawić historykom”

    Historycy nad tym nie dyskutują, bo dla nich są to sprawy oczywiste (wynikające z historii). A komunikacja miejska wszędzie łączy sąsiednie miejscowości, Katowice i Sosnowiec nic tu specjalnego nie wnoszą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *