314133_433188226730162_822720971_n

Obowiązek nakazuje wyżej cenić prawdę aniżeli przyjaciół.

Arystoteles

Hipoteza zamachu urasta dziś do rangi najbardziej prawdopodobnego wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. W tym momencie można spodziewać się krępującej ciszy, którą przerwie pewnie wybuch śmiechu i wezwanie do opamiętania. Jesteśmy w końcu ludźmi rozsądnymi i odpowiedzialnymi, a „Smoleńsk” nie jest przecież trendy, nie dodaje towarzyskiego blichtru. Piszemy te słowa z bolesną świadomością, że pozostajemy w sferze tego, co Platon nazywał doxa – czyli mniemań, niezasługujących na miano prawdziwej wiedzy. Nie jesteśmy ekspertami od lotnictwa, nie mamy dostępu do istotnych danych, nie jesteśmy w stanie weryfikować skomplikowanych parametrów dotyczących lotu. Faktem jest jednak, że alternatywne narracje (raporty MAK i Komisji Millera) rozpadają się niczym domki z kart, a teoria zamachu uzyskuje nowe poszlaki na swoją rzecz (co, rzecz jasna, nie znaczy jeszcze, że jest prawdziwa). Znamienne są także zmiany obserwowalne w zachowaniu komentatorów głównonurtowych mediów elektronicznych. Maski intelektualistów, klerków, którzy dotychczas z dystansem mieli patrzeć na gwar życia politycznego, autorytetów apelujących o pokój społeczny – opadają, ukazując przerażone gęby, wykrzywione w zoologicznym strachu przed tym, co może kryć się w aktach śledztwa smoleńskiego. A z ich ust słychać już tylko mechanicznie powtarzane słowa o sekcie smoleńskiej i ludziach szalonych podpalających Polskę.

W ciągu dwóch i pół roku, jakie minęły od katastrofy można było mieć narastającą pewność co do nieudolności rządu polskiego i innych organów państwa w działaniach na rzecz wyjaśnienia (?) wydarzeń 10 kwietnia 2010. Przyjęcie Konwencji Chicagowskiej (odnoszącej się do lotnictwa cywilnego) jako podstawy prawnej postępowania i przyznanie tym samym kontroli nad śledztwem (mającym, przypomnijmy, wyjaśnić śmierć m. in. Prezydenta RP, dowódców armii, najwyższej rangi urzędników i parlamentarzystów różnych politycznych opcji) stronie rosyjskiej, wydawało się najbardziej dobitnym podsumowaniem stanu państwa, które tragicznie zmarli mieli reprezentować, oraz moralnych kwalifikacji ekipy rządowej, która ponosiła za organizację lotu do Smoleńska bezpośrednią odpowiedzialność. Pojawiać mogły się coraz to nowe wątpliwości, co do wersji zdarzeń lansowanych przez czynniki oficjalne. Znaczna część teorii głoszonych w przestrzeni publicznej – od przekonania, że zawiniła „brawura” pilotów i naciski nielubianego prezydenta, po rozmaite warianty zamachu – powstawała przecież bez dostępu do podstawowych materiałów dowodowych. Niepokoić mogło to, że aprioryczne założenia dotyczące przebiegu wydarzeń 10 kwietnia 2010 przyjmowały media, politycy, urzędnicy państwowi najwyższego szczebla, a co najgorsze – organy śledcze. Poruszenie wzbudzić mogła także fala zgonów, która w prawicowych mediach zaczęła się cieszyć mianem aktywności „seryjnego samobójcy”. Niezależnie od naszej odporności na teorie spiskowe i skali nagromadzenia tego rodzaju wydarzeń niespotykanej w Polsce bodaj od afery FOZZ, sytuacja, w której organy ścigania ogłaszają po paru godzinach „brak udziału osób trzecich” nie może nie uruchamiać sygnału alarmowego – zwłaszcza, jeśli będziemy mieli na uwadze podobne działania śledczych w sprawach znajdujących się w bezpośrednim zainteresowaniu lewicy, jak śmierć Jolanty Brzeskiej. Mimo wszystkich tych niepokojących poszlak, w odniesieniu do bezpośrednich przyczyn katastrofy skazani byliśmy na arbitralność, bądź na domysły.

Fakty, o których dowiedzieliśmy się za sprawą „Rzeczpospolitej” stanowić mogą pod tym względem przełom. Aczkolwiek materiał dowodowy, do którego mamy dostęp – czy to bezpośredni, czy poprzez instytucje polskiego państwa – pozostaje niepełny, odkrycie śladów materiałów wybuchowych na wraku czyniłoby z hipotezy zamachu wyjaśnienie, mówiąc oględnie,  najbardziej prawdopodobne. Warto dodać, że tezy słynnego już artykułu „Rzeczpospolitej” – niezależnie od doraźnych konsekwencji ich opublikowania w takim a nie innym momencie, w takiej a nie innej formie – w zasadzie zostały potwierdzone przez prokuraturę. Rzekome dementi opierało się na możliwym błędzie pomiaru aparatury badawczej. O ile więc stanowisko zaprezentowane przez pułkownika Szeląga realnie godziło w te sformułowania Cezarego Gmyza, które sugerowały pełną jasność, co do charakteru znaleziska, o tyle nie zmienia ono faktu, że prawdopodobieństwo potwierdzenia jego tez pozostaje spore.

Ktoś mógłby zapytać, po co katastrofie smoleńskiej w ogóle poświęcać uwagę, szczególnie z perspektywy lewicowej. Śmierć polskiej delegacji, choć niewątpliwie tragiczna, i jej wyjaśnienie, są wszak sprawami elit, które kontestujemy. Można wręcz powiedzieć, że zajmowanie się katastrofą jest zajęciem wybitnie nielewicowym, przyczynianiem się do odwracania uwagi opinii publicznej od problemów zwykłych ludzi, od niemedialnych tragedii i od pogarszającej się sytuacji bytowej społeczeństwa. Od spraw materialnych, nie symbolicznych i od spraw, w których, w przeciwieństwie do Smoleńska, możemy coś naprawdę zmienić na lepsze. Czy lewica ma zatem wspierać populistyczne manipulacje konserwatywnej prawicy? „Smoleńsk” – obok aborcji czy walki o krzyż w miejscach publicznych – staje się w takim ujęciu jednym z frontów wojny kulturowej, która rozpala od dwudziestu lat serca i umysły Polaków. Stanowi jedynie socjotechniczny instruktaż, dzięki któremu prawicowi politycy uwodzą lud (przedpolityczne „bagno” bez idei i przekonań), z pełnym wyrachowaniem mobilizując biedniejszych, gorzej wykształconych przeciwko tak zwanym elitom i klasom wyższym. Krótko mówiąc, powracanie do katastrofy sprzed dwóch i pół roku jest klasycznym „problemem zastępczym”, napędzanie jest zajęciem niegodnym uświadomionego lewicowca, który nie powinien przecież wzmacniać swoich wrogów po prawej stronie sceny politycznej.

Nie będziemy się w tym tekście wdawać w szczegółową krytykę samego pojęcia „problemu zastępczego”, które rozmaitym reprezentantom awangardy proletariatu (i innych grup społecznych) służyło już jako argument przeciwko zajmowaniu się wieloma, także bardzo istotnymi zagadnieniami. Odpowiedź na pytanie, dlaczego warto zajmować się tym konkretnym i popierać działania na rzecz rzetelnego wyjaśnienia katastrofy – abstrahując od intuicyjnie żywionego przez nas przekonania, że jest to po prostu postawa etycznie słuszna – ma dwa główne wymiary. Po pierwsze, wynika to z postulowanej przez nas odbudowy demokratycznego państwa socjalnego, jako instrumentu realizowania idei sprawiedliwości społecznej, rozwoju względnie autonomicznego wobec globalnego i lokalnego kapitału i zabezpieczenia politycznych interesów Polaków wobec innych państw i organizacji ponadnarodowych. Jedną z głównych barier dla osiągnięcia tego celu – w warunkach III Rzeczpospolitej – jest zaś w naszym przekonaniu kondycja istniejącego państwa: słabość, niesterowność, oraz podatność na ingerencje oligarchów i grup wpływu. W tym też kontekście wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej i jej następstw, skupiających jak w soczewce patologie polskiego państwa, oraz wyciągnięcie z nich wniosków i konsekwencji, jest dla nas sprawą, której nie należy odpuścić.

Drugim naszym motywem jest pewność, że Smoleńsk odegra w polskiej polityce najbliższych tygodni, miesięcy i lat ważną rolę, niezależnie od tego, czy się nam to podoba czy nie. Odmowa udziału w sprawie, którą żyją miliony Polaków, nie sprawi, że przestanie ona istnieć, ani że jej polityczne konsekwencje będą mniejsze. Dystans do obu stron konfliktu o Smoleńsk nie tylko nie zwalnia nas z zajęcia stanowiska, ale wręcz nas do tego zobowiązuje. Analogicznie, jeśli dochodzimy do wniosku, że zamach jest bardzo prawdopodobną przyczyną katastrofy, a nie popieramy politycznie głoszącego to stanowisko „obozu patriotycznego”, nie wolno nam pozwolić, by uzyskał on „monopol na prawdę o Smoleńsku”.

Smoleński coming out stawia człowieka w kłopotliwym położeniu. I nie chodzi tu o lęk przed mniej lub bardziej wydumanymi szykanami ze strony demonizowanego mainstreamu, lecz o to, że głoszący takie przekonania, niejako automatycznie zostaje zakwalifikowany w poczet „Wolnych Polaków” /  „obrońców Krzyża” / „oszołomów od Macierewicza” (niepotrzebne skreślić). Nie ukrywamy tymczasem, że nie wiążemy z tymi środowiskami swojej politycznej przyszłości – między innymi ze względu na fundamentalne różnice aksjologiczne, ale też niektóre kwestie programowe, o których zaraz. Przystąpienie do „obozu smoleńskiego” jest dla nas kłopotliwe, ponieważ nie mamy z jego członkami wspólnego pomysłu na to, co miałoby nastąpić po mitycznym „ujawnieniu prawdy o Smoleńsku”. Wyobraźmy sobie bowiem, że na scenie pojawiają się Antoni Macierewicz z Jarosławem Kaczyńskim i prezentują ów wyśniony, Niepodważalny Dowód na Zamach. Co dalej?

Jeśli „Prawda o Zamachu” miałaby, a tak się najczęściej zakłada, coś wspólnego z obecnymi władzami Federacji Rosyjskiej, to pociągnięcie ich do odpowiedzialności pozostaje w sferze political fiction. Polska jest i długo jeszcze będzie krajem zbyt słabym, aby mogła czymkolwiek Rosji samodzielnie zagrozić, zaś szanse na to, aby nasi zachodni lub wschodnio-europejscy „alianci” mieli ochotę, mówiąc brutalnie, umierać za Kaczora, są zerowe. Jedyne na co możemy liczyć, to ochłodzenie relacji między Polska a Rosją do temperatury syberyjskiej. Co, nawiasem mówiąc, nie będzie de facto zbytnim ich pogorszeniem. Tym, na co „obóz smoleński” zdaje się liczyć najbardziej, jest to, że prawda o Smoleńsku doprowadzi do całkowitego przemeblowania istniejącej sceny politycznej i medialnej w naszym kraju – do ostatecznego upadku i kompromitacji łże-elit. Jakkolwiek obecne władze i establishment medialny nie są nam w żadnym stopniu bliskie, i jakkolwiek sami nie możemy się doczekać ich upadku (powody można by mnożyć), to nie jesteśmy przekonani, że wymiana starych elit na nowe przyniesie jakąś radykalną poprawę. PiS-owska opozycja z wielu względów budzi w nas co prawda większą sympatię niż obecne, nominalnie liberalne władze – wybór mniejszego zła pomiędzy tymi, którzy chociaż część patologii nazywają po imieniu, a tymi, którzy, uporczywie i wbrew wszystkiemu robią dobre miny do złej gry, powinien być oczywisty dla każdego szczerego krytyka III RP. Pozytywny program opozycji PiSowskiej i postPiSowskiej pozostaje dla nas jednak w znacznej mierze nieprzekonujący.

Wizja walki z patologiami niszczącymi nasze życie społeczne i polityczne, w tej wersji, sprowadza się w zbyt wielkim stopniu do prostej, mechanicznej wymiany elit. Wielu ludzi opozycji to ludzie, których personalne kwalifikacje etyczne są jednoznacznie pozytywne. Nie da się jednak ukryć, że za ich plecami czają się cienie zwykłych karierowiczów i oportunistów, którzy przy najbliższej okazji zbudują własne „spółdzielnie” oraz dorobią się własnych afer. Po drugie, ustrój społeczno-gospodarczy, jaki proponuje główny nurt PiS-owskiej prawicy to marzenie o „liberalizmie bez wypaczeń”, przepełnionym tradycyjnymi wartościami i chrześcijańską łagodnością, o wolnym rynku, który, po eliminacji postkomunistycznych układów i biurokratycznych barier, zwiększy dobrobyt wszystkich, a nie tylko nielicznych. Z podobnymi utopiami zwykle jest tak, że z czasem dryfują w stronę tych samych lub nowych nieprawości. Po trzecie, za metodę walki z patologiami społecznymi wydaje się kręgach opozycji uchodzić droga moralnego wzmożenia; wierzy się tu, że przesycenie sfery publicznej dyskursem o wartościach może w jakiś magiczny sposób sprawić, że patologie III RP znikną. Już na pierwszy rzut oka jest to perspektywa niewiarygodna. Państwo polskie wymaga głębokich reform na wielu poziomach – organizacji życia politycznego, gospodarki, etc. Samo rozwiązanie kwestii smoleńskiej tych reform nie zastąpi. Nie zastąpią ich także wzniosłe przemowy o patriotyzmie i wartościach.

Liczne wady „obozu patriotycznego” nie zmieniają jednak podstawowego faktu: biorąc pod uwagę znane nam okoliczności, to oni najprawdopodobniej mają rację w sprawie Smoleńska. I w obliczu rozpętanej przeciwko nim kampanii manipulacji i nienawiści należy powiedzieć to głośno, nawet jeśli nie chcemy być z nimi w jednym szeregu.

Łukasz Bińkowski, Krzysztof Posłajko, Marceli Sommer

KOMENTARZE

  1. Politycznie tekst ok. Poznawczo to niestety hucpa.

    Do momentu publikacji w Rzepie należałem do cichych zwolenników hipotezy o zamachu. Wszystkie małe narracje kwestionujące dogmatyzm teorii głównonurtowych dawały powiew świeżego krytycznego powietrza. Dziś po tej nieszczęsnej publikacji (obojętne czy będącej wynikiem prowokacji czy głupoty) tak twarde obstawanie przy hipotezie o zamachu – jeszcze wśród ludzi którzy opierają całą swoją wiedzę na ten temat na teoriach co najmniej równie kruchych co te przygotowywane przez polską czy rosyjską prokuraturę – jest wyrazem w moim przekonaniu daleko posuniętego oszustwa intelektualnego.

    Elementarna uczciwości intelektualna wymaga krytycznego spojrzenia tak na domysły liberałów jak i konserwatystów, i lewica, szczególnie taka jak Nowe Peryferie powinna była stać na straży tak rozumianej – w pewnym sensie heroicznej, bo wymagającej poświęcenia swojskiego poczucia pewności towarzyszącego naszym oponentom – krytycznej postawy.

    Pozdrawiam!

  2. „Rzekome dementi dotyczyło kwestii kilkuprocentowego marginesu błędu pomiaru aparatury badawczej. O ile więc stanowisko zaprezentowane przez pułkownika Szeląga realnie godziło w te sformułowania Cezarego Gmyza, które sugerowały pełną jasność, co do charakteru znaleziska, o tyle nie zmienia ono faktu, że prawdopodobieństwo potwierdzenia jego tez pozostaje bardzo duże.”

    No kaman, kto taka wiedze posiada? Wyborcze, Polityki i TOK FMy podaly, ze Szelag zdementowal trotyl, to chyba zdementowal? A przynajmniej tak mysli zdecydowana wiekszosc tzw. opinii publicznej.

  3. Tekst świadczy o sporej niezależności wobec dogmatów grupy, w której powstał i do której jest adresowany. Spuszczam w tym momencie zasłonę milczenia na ostatnie akapity o Wielkim Szatanie zła kapitalizmu, ktory jednak uwił sobie gniazdko w opozycji, tym bardziej że – teoretycznie rzecz biorąc – ta inkantacja rytualna moglaby ułatwić nawiązanie kontaktu z wirtualnym odbiorcą tekstu (przez przyjemne podrażnienie jego receptorów za pomocą stereotypu, który ukochał). Perswazyjnym szansom tekstu nie rokuję wszakże najlepiej. Na tzw. lewicy radykalnej wyśmiewanie oszołomów smoleńskich (podobnie jak nienawiść do IPN czy lustracji) nie jest fenomenem (nomen omen)peryferyjnym. To kwintesencja! Powodem jest tu prawdopodobnie (znów nomen omen) peryferyjność (resp. niszowość) polskiej lewuicowości. Tylko udział w seansach nienawiści przeciw „teoriom spioskowym” i „oszołomstwu” daje lewicowemu peryferium pożądaną szansę na chociaż przejściową nobilitację przez awans do mainstreamu. Tak więc wirtualny odbiorca tekstu nie da się przekonać. Tekst może świadczyć natomiast, iż w kwestii Smolenska w różnych cześciach społeczeństwa (również do tej pory wobec niej obojętnych lub wrogich) dokonują się obiecujące przewartościowania.

  4. w sprawie trotylu – bezydura. Gmyz dostal prawdopodobnie informacje (‚przeciek’) od jednego z sympatyzujacych z jego obozem prokuratora, nie mniej, sprawa jest bardziej skomplikowana. Same wykrycie trotylu niczego nie przesadza: istotne jest, czemu a) nie bylo go na cialach ani b) na innych szczatkach badanych rok i dwa lata temu. Sama obecnosc trotylu na wojskowym lotnisku pamietajacym czasy II WS nie powinna byc zaskakujaca – istotne jest, jakie tego trotylu sa ilosci, czy wystepuje powszechnie etc.
    Poza tym, nikt ze swiadkow nie wspomina o glosnym wybuchu, piloci sami kilkukrotnie chcieli podejsc do ladowania, kontaktowali sie z wieza, w nagraniach nie ma odglosow ani komentarzy o wybuchu etc.

    Tak wiec hipoteza wybuchu jest poszlakowo prawie zupelnie nieprawdopodobna.

    Poza tym, kolejne wersje spiskowe sa wzajemnie sprzeczne: bomba barometryczna, sztuczna mgla, hipoteza dwoch tupolewow, zestrzelenie i dobijanie rannych etc. To wszystko sa wykluczajace sie hipotezy, tak wiec tylko osoba bardzo chcaca wierzyc w zamach jest w stanie ich ilosc traktowac jako argumenty ZA, a nie PRZECIW zamachowi.

    Caly czas tez ignorowana jest jedna kwestia – ewentualnego motywu. Naprawde, ani Putinowi ani Tuskowi nie oplacalo sie usmiercanie Lecha Kaczynskiego (a takze; Gosiewskiego, Wassermana, nie wspomne juz o Nitrasie, Nowackiej, Karpiniuku, Dolniaku etc.). Jedyna osoba, ktora zyskala na tym politycznie, byl Jaroslaw Kaczynski. A jemu raczej nikt nie przypisuje makiawelicznej roli przywodcy smolenskich karbonariuszy…

  5. Jak bardzo wiarygodne były informacje Gmyza widać po skali reakcji Rzeczpospolitej. Gdyby faktycznie chodziło tylko o „brak stuprocentowej pewności”, nie doszłoby do serii dymisji od Gmyza w górę po samego naczelnego.

    Oczywiście, jeśli ktoś chce znaleźć na coś dowody, to je znajdzie nawet tam, gdzie ich nie ma.

    Sugerowałbym, by autorzy artykułu, podążając za zacytowaną w jego wstępie maksymą, bardziej cenili prawdę. A prawda jest taka, że (choć faktycznie dochodzenie było przeprowadzone w sposób skandaliczny), na poparcie hipotezy o zamachu nie ma nie tylko żadnych dowódów, ale nawet silnych przesłanek.

  6. @Cynik –
    ale wlasnie przyjmujac taki modus pensandi to, ze zwolniono dziennikarza i bezposrednich przelozonych to dowod na to, ze Hajdarowicz (jak wiadomo, popychadlo Tuska, gdyz jak wiadomo, w Polsce nikt nie zarobil milionow uczciwie) czegos bardzo sie boi. Czego? Prawdy! Twierdzenie zostalo tym samym dowiedzione, a wszyscy moga spac spokojnie w swym swietym przekonaniu.

  7. Trudno odnosić się do polemik z tezami, których w tym tekście nie stawiamy. Jeśli chodzi o intuicje dotyczące prawdopodobieństwa hipotezy zamachu macie prawo mieć inne niż my. Chciałbym zwrócić uwagę tylko na jeden detal, który często jest pomijany w analizach typu „czy zamach w Smoleńsku byłby racjonalny”. Co najmniej równie znacząca co obecność w delegacji Prezydenta RP i ważnych postaci życia publicznego jest, to, że znajdowali się tam dowódcy wszystkich rodzajów wojsk w Polsce, przeszkoleni poza rosyjską strefą wpływów i z perspektywą natowskich karier. Oczywiście ich śmierć jest ciosem w suwerenność RP niezależnie od tego, czy padli ofiarą zamachu czy też nie.

  8. Wpowiedzi dyskutanta o nicku – zdaje się – I0g1n są typowe dla przedstawicieli fanatycznej sekty, ktora upiera sie wierzyć w oficjalną wersję „katastrofy smolenskiej”. Aby uzsadnić swe irracjonalne credo, gotowi są oni na każde przekłamanie (jak wiadomo, wiarygodnych sekcji zwłok nie przeprowadzono w ogole, tak więc nie da się stwierdzić, ze sladów trotylu nie ma na cialach ofiar) i każda brednię (czy trotyl jest materiałem rozrzucanym na wojskowych lotniskach? Powiedzialbym, ze wręcz na odwrot – tam się pilnuje, zeby sie gdzieś przypadkowo nie zabłąkał; zresztą trotyl znaleziono nie na lotnisku, tylko na szeregu elementow samolotu, w tym na skrzydle i na kilkudziesięciu fotelach). Sekt smolenskich „oficjałów” doprawdy mogłaby powiedzieć o sobie: Credo quia absurdum.

  9. Kochani, nie nazywajcie mnie sekciarzem, ja Was tak nie nazwalem, wiec niepotrzebnie odbijacie wyimaginowana przewidywana pileczke :).
    Moje przekonania co do katastrofy nie sa chyba specjalnie zgodne z wersja oficjalna, dodam.

    Bawi mnie, blad logiczny, w ktory popadaja zwolennicy teorii zamachu – kazda kolejna sprzeczna ze soba hiptoeza zamiast (co byloby zgodne ze zdrowym rozsadkiem) zmniejszasc prawdopodobienstwo hipotezy paktu Tusk-Putin paradoksalnie ja zwieksza. Prosilbym sie o ustosunkowanie do tego.

    Co do trotylu i nitrogliceryny – polecam teskt lzedziennikarza Orlinskiego, zawszalego lewaka i co gorsza – chemika.

    http://wyborcza.pl/1,75476,12806470,Jak_odroznic_trotyl_od_nitrogliceryny_.html

    Problem jest jednak inny: twierdzenia o trotylu na fotelach opierasz na rzekomych przeciekach z prokuratury, ktore z punktu widzenia naukowego sa bezwartosciowe (nie wiemy, jakie bylo stezenie, czy to trotyl, czy trotyl nie pochodzil z innych zrodel etc.). Oczywiscie, ignorancja nie przeszkadza nikomu wypowiadac tez, ktore pasuja to od dawna przyjetej wizji wydarzen. Masz prawo do glebokiej wiary w taka wersje, nie oczekuj jednak, ze inni beda opierali swoje przekonania na rownie absurdalnych, sprzecznych i po prostu nieracjonalnych przeslankach.
    Chocby jednak ktos ze zwolennikow teorii zamachu mial silnie zinternalizowany swiatopoglad scientystyczny, to i tak nie obali to jego przekonan – bo przeciez zawsze mozna powiedziec, ze ‚sekcje/badania’ specjalnie wykonano w sposob nierzetelny. I tak, podobnie jak w teoriach Ukladu, Roswell czy 9/11, narracja jest nieobalalna – gdyz brak dowodow jest najlepszym dowodem na to, ze ktos dowody spreparowal/zniszczyl :)

  10. Amicus Plato sed magis amica veritas. Jedyny komentarz to ze Panowie w swym tekscie nie sprzeniewierzyli sie zasadzie, ktora wyartykulowali jako motto. Brawo. Zaczynam niesmiale wierzyc, ze mozliwa jest w Polsce uczciwa lewica, nie ta spod rozwiazanych sztandarow KPP i PZPR, rowniez nie ta spod kauczukowego organu Palikota. Sam jestem zdecydowanym prawicowcem, konserwatysta, ale tak sie zlozylo, ze nie zaslepiaja mnie roznice ideologiczne. Lewica jest w Polsce niewatpliwie potrzebna, ale nie jako wyraziciel interesow kregow gospodarczych ktore dorobily sie w trakcie rozpadu komunizmu na powiazaniach ze sluzbami osciennych mocarstw. I wszyscy wiemy, o co i o kogo chodzi. A cala reszta to sa, jakby powiedzial gen. Dowbor-Musnicki „panie tego, butaforia” (to znaczy po rosyjsku „dekoracje teatralne”). Serdecznosci.

  11. Bardzo bym się chętnie dowiedział, na jakiej podstawie autorzy twierdzą, że tezy raportów MAK i Komisji Millera rozpadają się jak domek z kart?

    Jakie konkretnie fakty obalają scenariusz, w którym niedoszkolona i nieposiadająca uprawnień załoga podjęła próbę podejścia do lądowania w warunkach atmosferycznych, które to lądowanie – przy ich uprawnieniach i przy technicznym wyposażeniu lotniska – było niedozwolone. Następnie załoga kontynuowała próbę podejścia mimo braku widoczności pasa na wysokości decyzji – mimo wiedzy o tej wysokości, i mimo wielokrotnych ostrzeżeń systemu TAWS. W ostatniej chwili załoga podjęła próbę odejścia, próba to została jednak początkowo wykonana nieprawidłowo i przez to nieskutecznie.

    Skutkiem powyższego było uderzenie samolotu o drzewa, utrata części płata i w związku z tym sterowności i rozbicie się cały czas poza tym sprawnego samolotu. (Gdyby nie było uderzenia o drzewa, samolot najprawdopodobniej utraciłby sterowność i tak w wyniku przeciągnięcia).

    To była istota katastrofy, i o ile wiem żadne udokumentowane fakty jej nie przeczą, więc chętnie przeczytałbym jakieś uzasadnienie tezy o domku z kart.

    To, czy do powyższego scenariusza przyczyniła się presja na załogę ze strony polskiej lub komunikaty kontroli lotów nie będzie raczej nigdy na 100% wyjaśnione, i jest sprawą drugorzędną – bo kluczowe były to co opisałem powyżej.

  12. Przygotowanie na taką skalę zamachu wymagałoby czasu, środków i sił. Przyjmując, że sił i środków Rosjanie mają nadmiar, to z czasem mogłyby być kłopoty. Przygotować zamach z dnia na dzień się po prostu nie da. To po pierwsze. A po drugie, żeby taki szpion jak Putin ulegał emocjom, to aż nieprawdopodobne. Po trzecie, narażanie własnego kraju na wieczne potępienie tylko dlatego, że ktoś komuś się nie podoba, że trzeba go koniecznie unicestwić jest możliwe w chorym umyśle. Tylko chory umysł dopuszczałby myśl, że nikt niczego się nie dowie.

  13. „Bardzo bym się chętnie dowiedział, na jakiej podstawie autorzy twierdzą, że tezy raportów MAK i Komisji Millera rozpadają się jak domek z kart?”

    Przychylam się bardzo do tego pytania.

  14. > Nie jesteśmy ekspertami od lotnictwa, nie mamy dostępu do istotnych danych, nie jesteśmy w stanie weryfikować skomplikowanych parametrów dotyczących lotu. Faktem jest jednak, ze (…)

    nastepni! bo malo tego bylo – zamachisci, maskirowszczyki, mohery, a teraz niebolszewiccy nurtownicy… marksizmu :-)
    nasuwa sie tu komentarz wypowiadany wiele razy na przestrzeni wiekow, nie zawsze po polsku zreszta: „o kur..a, ale jaja”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *