Filip Białek

AUTOR

Filip Białek

ur. 1984, członek redakcji Nowych Peryferii, czasem pisze też gdzie indziej

Przedostatni rozdział książki Jana Sowy pod tytułem „Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą” kończy się tymi słowami:

Jakkolwiek złowrogo brzmieć może podobna diagnoza dla współczesnych Polaków, Węgrów, Słowaków, Czechów lub Litwinów, Europa byłaby stabilniejsza, gdyby osobliwą „międzystrefą” oddzielającą Wschód od Zachodu trwale podzieliły się żywioły rosyjski i germański. Tak jakby Realne wciąż domagało się Symbolicznego potwierdzenia braku, za jaki uznać należy cały region Europy Środkowo-Wschodniej. Najwyraźniej jednak Realne jest również nośnikiem sprzeczności, bo każdy faktyczny podział tej strefy okazuje się równie niemożliwy do utrzymania, co jej autonomia. I to dobra wiadomość dla Polaków, Węgrów, Słowaków, Czechów lub Litwinów. [ss. 492-493]1

Pada tu bodaj najważniejsza teza omawianej książki: Europa Środkowo-Wschodnia, a w szczególności Polska, może być określona jedynie przez brak, a konkretniej przez „brak instytucji i rozwiązań charakterystycznych dla Zachodu” [s. 35]. Polskość nie może być definiowana za pomocą żadnych pozytywnych wartości, gdyż pozytywność związana jest wyłącznie z Zachodem, nasz kraj natomiast jest niczym więcej jak „brakiem tego, co pojawiło się na Zachodzie”[s. 372]. Abstrahując od prawdziwości tych stwierdzeń, skupmy się nie na tym, co Sowa mówi o Polsce, ale jak traktuje Zachód. Europa Zachodnia jawi mu się jako homogeniczny byt, wyposażony w uniwersalne walory. Takie przedstawianie globalnego centrum i posługiwanie się dualizmem pozytywności i braku jest typową kolonialną strategią, którą próbowali demaskować badacze postkolonializmu. Powstaje więc pytanie, czy autor nie powiela kolonialnych narracji, które tak często używane są w odniesieniu do naszej części Europy.

Kolejny problem z omawianą tu książką związany jest z tezą Sowy, iż lepiej dla europejskiej stabilności byłoby, ażeby kraje międzystrefy nie były suwerenne. Nie jest to oczywiście wielce oryginalna myśl. Przeciwnie, ma ona dość długą tradycję tak u polskich jaki i zagranicznych teoretyków (i na nieszczęście – również u praktyków). Ciekawe jest jednak to, że już w zacytowanym fragmencie Sowa dostarcza argumentu, który stoi w sprzeczności z ową myślą. Skoro „faktyczny podział tej strefy okazuje się niemożliwy do utrzymania”, to o jakiej stabilności tu mowa? Co zrobić z historią ruchów powstańczych, których w Europie Środkowej było dosyć sporo? Nawet jeśli uda się nam jakoś pokazać, że są one mało istotne, to przecież i tak w żaden sposób nie ukryjemy, że nawet gdy żywioły germański i rosyjski podzielą się naszą częścią Europy, to prędzej czy później same skaczą sobie do gardeł. Nie ma tu zatem mowy o żadnej stabilnej sytuacji. Dlaczego więc Sowa stawia tezę o stabilności, której przeczy już dwa zdania później? Otóż wydaje mi się, iż autor jest – delikatnie mówiąc – sceptyczny wobec idei, że dziwne plemiona zamieszkujące obszar między Odrą a Dnieprem mogą rządzić się same. Sceptycyzm ów (a może po prostu: niechęć do polskości jako pewnej realności) sprawia, że miejscami stawia tezy, na które nie ma dostatecznego podparcia w faktach. Wygląda to jak gdyby nad chłodnymi analizami brały górę dość dziwne emocje.

Sowa przyjmuje w swojej pracy rolę nie tyle historyka, który chce po prostu opisać dzieje Polski, co psychoterapeuty próbującego zdiagnozować problemy, z którymi zmaga się polskość. Historyczne zdarzenia są symptomami, dzięki którym prawdziwa natura naszego narodu może się objawić. Przebicie się przez pozór prawdy na poziomie pojedynczego zdarzenia do realności (Realnego), która w jakiś sposób „konstytuuje” wszystkie historyczne wypadki ma mieć moc terapeutyczną. Czy diagnozy Sowy rzeczywiście mogą nam pomóc wyjść ze stanu zawinionej niedojrzałości?

Nie twierdzę, że omawiane tu problemy stanowią istotę „Fantomowego ciała króla”. Nie mam również zamiaru przekonywać, iż są to najbardziej zapalne punkty książki. Książka Sowy to ponad pięćset stron, na których dzieje Rzeczypospolitej analizowane są z perspektywy teorii historiograficznych, ekonomicznych, psychoanalitycznych, filozoficznych i politologicznych. Krakowski socjolog powołuje się na tak różnych badaczy jak: Fernand Braudel, Immanuel Wallerstein, Witold Kula, Marian Małowist, Giovanni Arrighi, Daniel Beauvois, Alain Badiou, Sławoj Żiżek, Ernesto Laclau, Perry Anderson, Ernst Kantorowicz, Edward Said, Homi Bhabha, Maria Janion, Jacques Lacan, Zygmut Freud i wielu innych. Siłą rzeczy więc różni czytelnicy będą zwracać uwagę na różne aspekty tej pracy.

Realne – to, co zawsze powraca

Kluczowym dla Sowy pojęciem jest koncept pochodzący od Lacana, wspomniane wyżej Realne, a wraz z nim pozostałe dwa składniki słynnej triady: Wyobrażeniowe i Symboliczne. Sowa za Badiou powtarza:

Realne to poziom czystego zdarzenia, Symboliczne to interpretacja tych zdarzeń w indywidualnej i zbiorowej narracji, zgodnej z symbolicznym uporządkowaniem obowiązującym w danym momencie historycznym, a Wyobrażeniowe – całościowa rama przedstawiająca sytuację, w której owa narracja się rozwija. [s. 363]

W książce Sowy pojawia się jeszcze szereg innych określeń Realnego: Realne jest tym, co powraca w każdym możliwym świecie [s. 24]; Realne jest czymś niemożliwym w porządku Symbolicznym [s. 386], Realne zawsze powraca na swoje miejsce [s. 365]; Realne nigdy nie poddaje się symbolizacji [s. 363]. Realne zatem – z perspektywy przyjętej przez Sowę – jest podstawą rejestru Symbolicznego, jednak nigdy nie może w nim się znaleźć. Objawia się ono tylko jako symptom. Celem analityka jest „bombardowanie Realnego metaforami, które pozwolą analizowanemu poddać symbolizacji coś, co wcześniej znajdowało się poza jakimikolwiek strukturami symbolicznymi i jeśli mogło jakoś wyrazić swoją prawdę, to tylko pod postacią bezsensownego symptomu.” [s. 364]. Taki też jest cel książki Sowy, a analizowanym jest Polska.

Fantomowe ciało królaCo zatem autor próbuje poddać symbolizacji? Gdzie znajduje owe objawy Realnego, które dotychczas były pomijane? Co – zdaniem Sowy – zawsze powraca na swoje miejsce? Myślę, że można wskazać na dwie sprawy, które według autora przynależą do rejestru Realnego. Pierwsza to podział Europy wzdłuż Łaby. Jest to pęknięcie, które objawia się w różnych konfiguracjach historycznych i na różnych poziomach symbolizacji. Jak wspomniano wyżej, Sowa opisuje różnice między Zachodem, a Wschodem w kategoriach braku. A zatem na wschód od Łaby występują następujące negatywności: brak dziedzictwa rzymskiego, brak feudalizmu, niedorozwój kapitalizmu, miast i rzemiosła, zniewolenie chłopstwa i nieproduktywna gospodarka. Granica na Łabie zdaniem autora potwierdzana jest również przez decyzje polityczne. Dla przykładu, Sowa za potwierdzenie jej realności uważa podział Europy w czasach Zimnej Wojny.

Fantomowe ciało króla – akt oskarżenia szlachty

Skoro Realne jest tym, co zawsze powraca na swoje miejsce, to należy zapytać, jaką rolę odgrywa owo pęknięcie Europy w przypadku Polski. Otóż zdaniem Sowy Realne wtedy powraca na swoje miejsce, gdy Polska (i inne kraje Europy Środkowej) przestaje istnieć. Skoro w rejestrze Realnego Polska jest negatywnością, brakiem tego, co na Zachodzie, to nie ma ona podstaw, siły do tego, aby być podmiotem politycznym. W naszym przypadku powrót Realnego to faktyczne nieistnienie państwa polskiego. Sowa jednak pozwala sobie na reinterpretację polskiej historii i stawia tezę, iż brak polskiej państwowości to nie tylko zabory. Polskie państwo umarło wraz z ostatnim Jagiellonem, Zygmuntem Augustem:

Rozbiory z lat 1772-1795 to tylko Symboliczne potwierdzenie czegoś, co na poziomie Realnym stało się faktem już dwa wieki wcześniej: nieistnienia państwa polskiego. I Rzeczpospolita w latach 1572-1795 to fantomowe ciało króla. […] [Ś]mierć ostatniego dziedzicznego monarchy w historii polskiego państwa była też śmiercią tego państwa jako takiego. Ciało fizyczne króla umarło śmiercią naturalną, a ciało wspólnotowe zostało dorżnięte przez szlachtę, która na jego trupie urządziła sobie karnawał zwany demokracją szlachecką. Ponieważ ciało było wielkie i potężne, gniło przez długi czas. Trzeba było dwustu lat, aby jego Realna śmierć przebiła się na poziomie Symbolicznym, czyli mówiąc językiem Alaina Badiou, aby ruch historii jako realnego procesu mógł wyrazić się w historii jako symbolicznej narracji i w ludzkiej świadomości jako wyobrażonej całości świata. [ss. 239-240]

Jak widać, to szlachta miała być głównym narzędziem Realnego. Sowa jednoznaczne obarcza tę klasę społeczną odpowiedzialnością za zniszczenie polskiego państwa. Próbuje on zerwać z narracją, że to źli Rosjanie, Prusacy i Austriacy pod koniec XVIII w. unicestwili krainę wolności jaką miała być Rzeczpospolita. Nie, to szlachta po śmierci Augusta sprawiła, że polska państwo istniało tylko w sferze symbolicznej i wyobrażeniowej. Całe „Fantomowe ciało króla” można czytać jako jeden wielki akt oskarżenia szlachty.

Warunkiem możliwości owego „dorżnięcia” państwa polskiego były określone procesy historyczne, które pozwoliły szlachcie zdobyć pełną hegemonię w I Rzeczpospolitej. Zdaniem Sowy już w drugiej połowie XV wieku dały się zaobserwować znaczące różnice między dwoma częściami kontynentu. Przede wszystkim, w Polsce nie istniał znany z Europy Zachodniej feudalizm ze swoją hierarchicznością. Każdy szlachcic był – przynajmniej formalnie – równy pozostałym. Doprowadziło to do powstania klasy społecznej, której król nie miał siły się przeciwstawić. Skutkiem tego nie doszło w Polsce do powstania monarchii absolutnej, która – zdaniem Sowy – działała modernizująco, prowadząc do powstania nowoczesnego państwa i rozwiniętego kapitalizmu (zaznaczmy, że teza o monarchii absolutnej jako niezbędnym warunku kapitalizmu jest dość wątpliwa zważywszy, że w przypadku Anglii i Niderlandów trudno mówić o tego rodzaju systemie politycznym). Sowa wskazuje również na słabość miast polskich, brak rzemiosła, niedorozwój ekonomiczny oraz zdecydowaną przewagę gospodarki ekstensywnej (bazującej na jak najpełniejszym wykorzystaniu dostępnych środków produkcji) nad intensywną (polegającej na kreowaniu innowacyjnych środków produkcji), jako na fundamenty szlacheckiej potęgi.

Szlachta, korzystając ze sprzyjających okoliczności, pozbawiła władzy króla wybieranego przez wolną elekcję, doprowadziła do dalszej marginalizacji mieszczaństwa i wpędziła chłopstwo w niewolę. Rzeczpospolita stała się więc państwem, w którym interesy wszystkich innych grup były pomijane. Jako niezagrożony hegemon, szlachta nie dbała o Rzeczpospolitą, a jedynie o swój partykularny interes. A jeśli hegemon nie dba o swoją dziedzinę, to jasne jest, że ta prędzej, czy później upadnie. I tak też się stało. Szlachta, obawiając się reform mogących ukrócić „złotą wolność”, wyzyskując chłopów do granic możliwości, pogrążając się w „idiotyzmie życia wiejskiego” i zamieniając demokrację szlachecką w rządy oligarchów, sprawiła, że jej (nieistniejące) państwo padło łupem ościennych potęg.

Ogólny obraz wygląda tak, jak ujął to Jacek Kochanowicz: w XVI wieku polska szlachta sama zniszczyła swoje państwo ponieważ uznała, że nie jest jej ono potrzebne, a nawet mogłoby być dla niej szkodliwe, bo – jak przekonuje Theda Skocpol – «organizacje państwowe w pewnym stopniu muszą rywalizować z klasą panującą (…) w przejmowaniu zasobów wytwarzanych przez gospodarkę i społeczeństwo»[s. 252]

Ostateczne zmazanie Rzeczpospolitej z mapy Europy było jedynie symbolicznym potwierdzeniem faktycznego braku. Według Sowy, fakt, że rozbiory wydarzyły się pod koniec XVIII wieku, czyli w chwili wyłaniania się nowoczesnych form państwowych, jest poszlaką na rzecz tezy, iż owo polskie nie-państwo nie było w żaden sposób dostosowane do nowoczesności. Formalna utrata niepodległości była zatem niejako zwycięstwem nowoczesności i przezwyciężeniem archaicznych modeli ustrojowych.

Polski kolonializm a postkolonializm

Jeśli I RP nie była państwem, to czym była? Zdaniem autora, przede wszystkim narzędziem służącym szlachcie do umacniania swojej potęgi i bogactwa. Narzędzie to pozwalało na przeprowadzenie przynajmniej dwóch projektów. Po pierwsze, powiększania wyzysku chłopstwa, a po drugie, kolonizacji Ukrainy.

Ponieważ Rzeczpospolita Obojga Narodów miała kolonializm tak głęboko wbudowany w swoją istotę, na pytanie, czym było fantomowe ciało króla, skoro nie państwem we właściwym tego słowa znaczeniu, odpowiedzieć można również tak, że była to powołana wspólnie przez szlachtę polską i litewską – a głównie ich magnaterie – Kompania Kresowa służąca czerpaniu korzyści – gospodarczych, politycznych, społecznych, symbolicznych i wszelkich innych – z kolonizacji wschodnich rubieży Europy Środkowo- Wschodniej.[s. 334]

Sowa dowodzi, iż Polska prowadziła regularną politykę kolonizacyjną, a samym sensem istnienia Rzeczypospolitej było rozciąganie wpływów jej elit na wschodzie. Teza o systemowym charakterze kolonizacji Ukrainy przez Koronę jest oczywiście dość kłopotliwa. Trudno nie widzieć różnic między inkorporacją województw ruskich w ramach Unii Lubelskiej, a np. podbojem Indii. Należy też pamiętać, że państwo Jagiellonów było posunięte najdalej na wschód przed Unią. To Litwa najczęściej szukała u Polski ochrony przed Moskwą, zabiegającą o wpływy na ziemiach ruskich. Nie sposób również jako argumentu na rzecz kolonialnego charakteru polskiego państwa traktować faktów mówiących o ciężkiej doli mas chłopskich na kresach. Los ten nie różnił się zasadniczo od losu chłopa polskiego. Równie dobrze możemy więc twierdzić, że polska szlachta kolonizowała polski lud, ale wtedy termin „kolonializm” zaczyna tracić sens. Co więcej, jeśli za Sową przyznamy, że Polska nie była żadnym państwem, a tylko narzędziem w ręku magnatów, to wystarczy spojrzeć jacy magnaci władali na Ukrainie – byli to głównie Rusini i Litwini – aby uznać tezę o kolonializmie Polaków za cokolwiek wątpliwą. W jaki sposób etniczni przedstawiciele krajów podbitych mogliby stać się najpotężniejszymi ludźmi w metropolii (przykładem Wiśniowieccy)?

Stwierdzenia, iż mieliśmy do czynienia z jakimś spójnym projektem kolonizacyjnym, albo że Rzeczpospolita była nastawiona na ekspansję są przeto zdecydowanie za daleko posunięte i rozmijają się z rzeczywistością. Nie da się jednak ukryć, że Sowa podaje przykłady praktyk kolonialnych stosowanych przez polską szlachtę. W wielu tekstach pisanych przez Sarmatów dość dobrze widać podkreślanie swojej inności wobec Rusinów, przewijają się wątki o pustej Ukrainie czekającej na zagospodarowanie, czy wręcz o cywilizacyjnym obowiązku utrzymania tego kraju w ramach Rzeczpospolitej (zauważmy jednak, że opowieść o inności szlachty była stosowana nie tylko wobec mieszkańców Rusi, ale również wobec polskich chłopów, mieszczan, czy też krajów Zachodu – Sarmaci czuli się absolutnie wyjątkowi). Sowa za pomocą teorii postkolonialnej dekonstruuje te opowieści.

Może się wydawać, że użycie dyskursu postkolonialnego stoi w sprzeczności z fundamentalną dla książki Sowy opowieścią o dualnym podziale Europy. Sowa zdecydowanie twierdzi, że podział ów jest czymś realnym. Badacze postkolonialni wskazaliby, że tego typu stwierdzenia są niczym więcej, jak narzędziem w rękach kolonialnych hegemonów. Tymczasem zdaniem Sowy to, że Zachód stoi cywilizacyjnie wyżej od Wschodu jest faktem, a nie jedynie narracją mającą umacniać panowanie centrum nad peryferiami. W jaki sposób Sowa może pogodzić demaskowanie kolonialnych zabiegów polskiej szlachty i jednocześnie twierdzić, że na Zachodzie istnieje realne centrum cywilizacyjne? Gdyby konsekwentnie stosować myśl postkolonialną, to stwierdzenia mówiące o wyższości Europy Zachodniej musiałyby również zostać zdekonstruowane. W takim wypadku należałoby uznać Jana Sowę za kompradora, który próbuje przekonać lud znajdujący się w sytuacji zależności (Polaków) do tego, że sytuacja ta jest jak najbardziej słuszna.

Sowa potrafiłby jednak wybronić się z takiego zarzutu. Jego książka jest w pewnym stopniu krytyką założeń teorii postkolonialnych. Wydaje się, iż Sowa na wątpliwości wyrażone w poprzednim akapicie odpowiedziałby mniej więcej tak: twierdzę, że Europa Środkowa była (i jest) cywilizacyjnie zapóźniona wobec Zachodu, gdyż takie są fakty; pozwalam sobie natomiast stosować teorię postkolonialną lokalnie – tam, gdzie na poziomie Realnego o żadnej wyższości nie może być mowy. Polska była cywilizacyjnymi peryferiami względem Zachodu, ale to nieprawda, że Ukraina, czy Białoruś specjalnie różniła od Polski, jeśli chodzi o poziom rozwoju. O ile więc narzędzia teorii postkolonialnej nie działają globalnie, bo nie każdą opowieść o wyższości centrum da się obalić jako element struktury dominacji, to czasem można ich używać – wtedy mianowicie, gdy hegemon nie stoi rzeczywiście wyżej od subalterna.

Mnie taka odpowiedź by satysfakcjonowała. Uważam, że teorie uznające wszystkie teksty kultury za narzędzia władzy popełniają zdecydowany błąd.. Zastanawiam się jednak, w jaki sposób Jan Sowa może bez żadnego krytycznego komentarza powoływać się na „Orientalizm” Edwarda Saida. Czyż nie należałoby w takim wypadku uznać, że kraje Orientu były realnie gorsze, mniej nowoczesne od państw, których padły łupem? Albo: czy podbój Ameryki Płd. nie był całkowicie uzasadniony, skoro Hiszpanie byli lepiej rozwiniętą cywilizacją od Azteków?

Nie jest tak, że Sowa nie zdaje sobie sprawy z komplikacji, jakie wywołuje selektywne korzystanie z teorii postkolonialnych. Podaje on dwa argumenty mające świadczyć o tym, że nie powiela w swoim tekście kolonialnych kompleksów [ss. 373-378]. Podług pierwszego – psychoanalitycznego – punktem odniesienia polskości jest Zachód. To nie narracje płynące z centrum utwierdzają nas w peryferyjności, ale sami Polacy wybrali sobie zachodnią Europę jako punkt dojścia. Arabowie – wracając do Saida – nie szukali w Anglii, czy Francji ideału, do którego powinni dążyć. Inaczej ma się rzecz z Polakami, którzy dokonali samokolonizacji, znajdując przedmiot swoich dążeń na Zachodzie. Problem z tym argumentem jest taki, że jest on jedynie diagnozą sytuacji kolonialnej, w której znalazła się Polska. Każdy postkolonialny badacz stwierdziłby tutaj, że wyobrażenie o Zachodzie jako punkcie dojścia jest czystą fantazją popularną w każdym kraju skolonizowanym. Recepta byłaby więc dość jednoznaczna: przestańcie myśleć o Niemczech, Anglii, czy Francji jako o ideale, do którego musicie dążyć. Sowa, niestety, nie serwuje nam takiej diagnozy. Wręcz przeciwnie, utwierdza czytelników w mniemaniu, że rzeczywiście powinniśmy być tacy, jak owi mityczni Europejczycy.

Drugi argument pochodzi z teorii zależności i mówi, że Polska była peryferyjnym (czytaj: zależnym) elementem gospodarczego systemu Europy. Skoro tak, to Rzeczpospolita była rzeczywiście na niższym stopniu rozwoju niż Zachód. Znaczyłoby to, że przez Sowę nie przemawiają kolonialne kompleksy, ale ścisłe fakty ekonomiczne. Z tym można się zgodzić, wciąż jednak pozostaje problem, jak pogodzić taką tezę z użyciem teorii postkolonialnej.

Niepotrzebna polskość?

Stosowanie koncepcji postkolonialnych w stosunku do tekstów Sarmatów o Ukrainie i nie dostrzeganie, że te same koncepcje można zastosować do opowieści o cywilizacyjnym centrum znajdującym się na Zachodzie to pierwsza poszlaka, iż Sowa nie zachowuje zrównoważonej postawy w ocenie polskiej historii. Na wstępie pisałem o odczuwalnej niechęci autora do polskości. Zdaję sobie sprawę, że zarzut taki nie brzmi zbyt merytorycznie. Nie wiem jednak, jak inaczej postawę Sowy nazwać, gdyż podejrzewam, że mówimy tu raczej o emocjach niż o stanowisku mocno ugruntowanym w jakiejś teorii. Proponuję przyjrzeć się tylko jednemu fragmentowi książki. W rozdziale VI znajduje się sekcja o nazwie „Co by było, gdyby…”, w której autor rozważa, czy zabory były na pewno zjawiskiem negatywnym. Na początku Sowa w ciekawy sposób opisuje problemy z wchodzeniem w nowoczesność, z którymi musiałaby zmagać się Rzeczpospolita, gdyby w pod koniec XVIII wieku nie przestała istnieć. Kłopot zaczyna się jednak wtedy, gdy autor zaczyna argumentować, że zasadniczo rozbiory mogły być czymś pozytywnym.

Pierwszą przesłanką takiej tezy jest stwierdzenie Benna Michaelsa, zgodnie z którym „tożsamości jako takie nie są tymi rodzajami bytów, których istnienie samo w sobie można poddawać jakiejkolwiek waloryzacji” [s. 489]. Teza ta jest oczywiście prawdziwa. Fakt, że Anglik, który wyjeżdża do Francji przyswaja tożsamość francuską, a wyzbywa się angielskiej nie jest z konieczności moralnie zły. Problem powstaje dopiero wtedy, gdy zanik określonej tożsamości wiąże się z cierpieniem jednostek. Sowa słusznie zauważa, że w przypadku Polski wynarodowienie z takim cierpieniem musiałoby się wiązać. Dodaje jednak:

Z drugiej jednak strony historyczna treść polskiej (szlachecko-sarmackiej) tożsamości narodowej ma w sobie elementy, mówiąc delikatnie, moralnie wątpliwe: niewolnicze de facto ubezwłasnowolnienie chłopów, kolonizacja Ukrainy, imperialna dominacja na Litwie, skrajnie niesprawiedliwy i ekskluzywny porządek społeczny itp. [s. 490]

Chciałoby się zapytać autora, jakie tożsamości nie mają w sobie elementów moralnie wątpliwych i dlaczego fakt taki miałby być argumentem na rzecz tezy o słuszności wynarodowienia? Nie lubię licytować się na złe uczynki, ale Rosja nawet przed XIX wiekiem miała nie mniej za uszami niż Polska. A co powiedzieć o współczesnych Niemczech? Czy po zbrodniach hitlerowskich nie powinniśmy – zgodnie z logiką Sowy – uznać, że Niemcy nie mają prawa do istnienia jako naród?

Idźmy jeszcze dalej. Sowa jako możliwe kryterium rozsądzenia, czy zabory były czymś słusznym przyjmuje warunki społeczno-gospodarcze panujące w danym kraju. Pozwala mu to stwierdzić, że „kondycja mieszkańców Prus i Austrii była i jest zdecydowanie lepsza niż obywateli Polski”. Pozostaje zagadką, co autor ma na myśli mówiąc o obecnej kondycji panującej w Prusach – raczej nie Olsztyn, raczej nie obwód Kaliningradzki… Niezależnie od tego, warto zauważyć, że takie rozważania z kilku względów są ahistoryczne. Nie mamy pojęcia, jak potoczyłaby się historia niepodległego państwa polskiego w XIX wieku. Ponadto, można odnieść wrażenie, że Sowa nagle zapomina o tym, jak trudno jest wyplenić narodowość. Zakładając nawet, że do dziś Poznań byłby we władaniu Niemców, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością możemy stwierdzić, że polska tożsamość nadal byłaby tam silna. Skoro Baskowie ciągle uznają się za oddzielny naród, to trudno przypuszczać, że dwieście lat braku państwa, sprawiłoby, że wszyscy Polacy poczuliby się Niemcami. Do jakich tarć musiałoby to prowadzić i ile cierpienia musiałoby to wywołać? Nie jestem pewien, czy Sowa rzetelnie przemyślał taką kwestię.

Pozostaje kwestia zaboru rosyjskiego. Tutaj sam Sowa stwierdza, że jeśli przyłożymy kryteria społeczno-gospodarcze, to rezultat porównania standardu życia w XIX-wiecznej Polsce i Rosji będzie korzystny dla Polski. I tu jednak autor znajduje argument na rzecz zaborów. Otóż oderwanie od Rosji polskich ziem stanowiło „istotny regres, który odepchnął Rosję – w sensie geograficznym, społecznym, gospodarczym i kulturowym – od Europy.” [s. 491]. Wydawać by się mogło, że Sowa lansuje tutaj coś na kształt koncepcji Polski jako Chrystusa narodów. Polacy powinni się wyrzec marzeń o niepodległości, bo nasza suwerenność utrudnia Rosji modernizację. Nawet biorąc takie idee za dobrą monetę musimy przypomnieć Sowie, ile problemów sprawili Rosji Polacy, którzy nie mieli specjalnej ochoty na rusyfikację. Weźmy choćby powstanie styczniowe… Jednak i tutaj Sowa ma gotową odpowiedź. Za Henrykiem Głębockim dowodzi on, że powstanie styczniowe doprowadziło do ukształtowania się w Rosji „agresywnej i homogenizującej wizji narodowej tożsamości” [s. 491]. A zatem za rosyjski szowinizm odpowiada nie kto inny, lecz Polska!

Sowa chyba zdaje sobie sprawę ze słabości powyższych argumentów. Stawia więc tezę, która „przykrywa” dotychczasowe rozważania. Ostateczną racją uzasadniającą słuszność zaborów ma być to, że „nieistnienie Rzeczpospolitej było gwarantem stabilności w regionie” [s. 492]. Sąd taki jest jednak dość łatwy do obalenia. Wystarczy podać następujące daty: 1812, 1830, 1863, 1905, 1914, 1918. Doprawdy, uroki tej stabilności były dość wątpliwe. Sowie zapewne chodzi o to, że XIX wiek był czasem pokoju między Niemcami, a Rosją. Nie mamy jednak podstaw, aby twierdzić, że taki stan rzeczy jest regułą. Wiek XX dość dobitnie pokazał, że nasi wielcy sąsiedzi potrafią się między sobą „posprzeczać”.

Przytoczone wyżej świadectwa każą mi przypuszczać, że Jan Sowa jest uprzedzony do idei polskiej suwerenności. Jeśli używamy argumentu, że to podbity lud sprawia, że kolonizator staje się bardziej agresywny, to trudno tu mówić o obiektywizmie. Gdyby Sowa równo ważył rację, to musiałby też stwierdzić, że Ukraińcy nie powinni się buntować przeciwko szlachcie, gdyż ich bunty sprawiły, że Sarmaci stali się jeszcze bardziej zaborczy.

Polskość a Realne

Jak pamiętamy, jedną z tez autora jest stwierdzenie, że na poziomie Realnego polskość jest tylko brakiem. Jeśli jednak przypomnimy sobie jedną z definicji Realnego (Realne to to, co zawsze powraca), to czy nie przyjdzie nam uznać, że polskość jest również pewną siłą z rejestru Realnego? Państwo polskie trwało (nawet jako nie-państwo) aż do 1795 roku, powróciło po zaborach, przetrwało II wojnę światową i stalinizm. Czy nie są to wystarczające powody, aby powiedzieć, że polskość jest tak samo realna, jak siły, które dążą do jej zniszczenia? Uważam, że tak właśnie jest. A skoro tak, skoro uznajemy, że polskość istnieje realnie, to musimy też uznać, że jest swego rodzaju obowiązkiem. To znaczy, skoro – mimo najlepszych chęci takich autorów jak Jan Sowa – polskość istniała i będzie istnieć, to musimy robić wszystko, by była ona formą, w której Polkom i Polakom żyje się w miarę znośnie. Trudno jednak uznać, że przekonywanie, iż lepiej by było, aby polskie państwo nie istniało, jest najlepszą drogą do tak określonego celu.

Ostanie pytanie, na które spróbuję odpowiedzieć brzmi: czy książka Jana Sowy może pełnić rolę terapeutyczną? Oczywiście jestem co do tego dość sceptyczny. Uważam, że wyjście od Realnego i opisywania Polski w kategoriach braku sprawia, że „Fantomowe ciało króla” będzie działać na czytelników raczej demobilizująco. Warto tutaj zaznaczyć, że większość myślicieli politycznych, którzy używają w jakiś sposób teorii Lacana (Badiou, Butler, Laclau, Żiżek, Mouffe, Stavrakakis) programowo powołują się na pojęcia „Realnego” i „braku”.2 Mówienie o Realnym niejako wymusza opowiadanie o braku, gdyż każdy porządek symboliczny i wyobrażeniowy jest niedopełniony i pozostawia puste miejsce. Zatem możemy tu stwierdzić, że trudno mówić o jakiejś wyjątkowości Europy Środkowej, ponieważ opowieść lacanistów o Zachodzie również opiera się na pojęciu konstytutywnego braku. Trudno wobec tego brać na serio wywody Sowy o specyficznym wybrakowaniu Polski. Gdybyśmy badali podobną metodą np. Francję, musielibyśmy bowiem dojść do podobnych wniosków.

Należy też nadmienić, że wiele spostrzeżeń Sowy odnośnie wad Polski szlacheckiej to powtórzenia z polskich socjalistów piszących pod koniec XIX lub na początku XX wieku. Tacy pisarze jak Limanowski, Daszyński, czy Hołówko (nie mówiąc już o Brzozowskim) wielokrotnie podkreślali gnuśność szlachty, jej niedostosowanie do nowoczesności, oskarżali Sarmatów o skrajny egoizm, bezwzględny wyzysk, jednoznacznie obarczali ją za upadek państwa. W tym kontekście dość dziwnie brzmią słowa Sowy, gdy stwierdza, że oto odkrywa przed nami nieznane wcześniej symptomy Realnego. O ile jednak autor nie podaje recepty na wyjście z impasu, to ludzie PPS i pokrewni im myśliciele mieli program pozytywny, w ramach którego nie tylko nie traktowali polskości jako przeszkody, ale wręcz czynili z niej narzędzie emancypacji mas. I trzeba przyznać, że masy często szły za nimi. Kto pójdzie za Janem Sową?

Polskość a nowoczesność

Podtytuł książki Jana Sowy brzmi „Peryferyjne zmagania z formą nowoczesności”, a jednym z jej wniosków jest stwierdzenie, że forma zwana polskością jest – jako peryferyjna właśnie – skazana w zderzeniu z nowoczesnością na porażkę. Powstaje jednak pytanie: czym dla autora jest nowoczesność? Wydaje się, że przede wszystkim jest to pewna realność, a nie – jak chcieliby badacze postkolonialni – jedynie narracja służąca do umacniania hegemonii. Na ostatnich stronach pracy Sowy znajdujemy dwa opisy owej realności. W pierwszym autor stwierdza, że nowoczesność ma twarde jądro, a jest nim „dążenie do osiągnięcia emancypacji przy pomocy racjonalnych metod” [s. 528]. Stronę dalej jednak powołując się na Jamesona Sowa pisze o jedynej uniwersalnej sile źródłowo związanej z nowoczesnością: sile kapitału. Zauważmy, że te dwa ujęcia stoją ze sobą w pewnej sprzeczności. Podług pierwszego, Chiny są bardzo daleko od nowoczesności, zgodnie z drugim zaś Państwo Środka byłoby w samym jej centrum. Zależnie od tego, co uznamy za rdzeń nowoczesności, przyjmiemy różne strategie dopasowania doń Polski. Jeśli jednak zgodzimy się z Jamesonem, co wydaje się jedyną rozsądną możliwością (kapitał jest daleko silniejszy od dążeń emancypacyjnych), to warto zastanowić się, czy „dopasowywanie” jest rzeczywiście tak kuszącą propozycją.

W tę stronę wydaje się też iść Sowa, gdy na samym końcu „Fantomowego ciała króla” sugeruje, że najlepszą drogą byłoby zniesienie, przezwyciężenie podziału na centrum i peryferie. Przezwyciężenie tego podziału powinno mieć początek w rozpoznaniu, iż opozycja centrum/peryferie wytwarzana jest przez jeden globalny system – nowoczesność, a ściślej mówiąc: kapitalizm. Istnienie centrum presuponuje istnienie peryferii i odwrotnie. Ostatnie zdanie książki to: „Wielki Inny istnieje – to my nim jesteśmy.” [s. 535]. Wielki Inny to oczywiście owe uniwersalistyczne centrum, kapitalizm i nowoczesność – to, czym Polska nie jest. Sowa chce tu zatem powiedzieć, że sami – jako peryferie – pozwalamy na ukonstytuowanie się globalnego hegemona, jesteśmy jego podstawą.

Stwierdzenia te nie są jednak próbą powiedzenia, że hegemon nie istnieje realnie, że jest jedynie wytworem naszych chorych, peryferyjnych rojeń (to przeczyłoby całej książce). Sowa mówi tyle, że centrum i peryferie to dwa bieguny tego samego systemu, a jedno nie mogłoby istnieć bez drugiego. Błędem jest dowartościowywanie naszej peryferyjności i próby zmienienia jej w realną zaletę. Mimo, iż obrzeża systemu są ontologicznie równoważnym elementem dualizmu, to aksjologicznie ustanowiona jest w nim pewna hierarchia, w której centrum zawsze jest nad obrzeżami. Mówiąc jaśniej: nie da się znaleźć w polskiej tradycji nic, czemu można by nadać walor uniwersalizmu. Polskość – zdaniem Sowy – ukształtowana została jako niższy wobec Zachodu element pewnego systemu.

Tezy takie wyglądają efektownie, ale trzeba tu powiedzieć, że książka Sowy sama przyczynia się do wyolbrzymiania siły centrum, a dekonstrukcja tego pojęcia, która pojawia się pod koniec, nie jest dostatecznie mocno wyartykułowana. Jeśli przez 500 stron autor podkreśla, że polskość jest tylko brakiem wobec pozytywności Zachodu i dopiero na samym końcu wskazuje, iż to my sami ów Zachód „wytwarzamy”, to trudno przypuszczać, że czytelnikowi pozostanie po książce inne wrażenie, niż to, że kondycja postkolonialna jest niemożliwa do przezwyciężenia. Sowa postępuje jak psychoterapeuta, który przez rok opowiada pacjentowi o tym, jak dalece jego ojciec jest bardziej wartościowy od niego, aby na ostatniej sesji napomknąć, że zasadniczo powinien sobie w jakiś sposób z wpływem ojca poradzić. Należy zauważyć, że wcale nie jest tak, że kraj może być albo cywilizacyjnym centrum mającym siłę narzucać reszcie swój uniwersalizm, albo będzie skazany na żałosną wegetację. Trudno twierdzić, że Norwegowie, Szwajcarzy, czy Finowie są narodami wyznaczającymi światowe trendy, a jednak przeciętny obywatel wiedzie tam lepsze życie niż Amerykanin czy Brytyjczyk.

Sowa twierdzi, że sarmackiemu fantazmatowi (który – poza wszystkim – jest współcześnie zjawiskiem endemicznym) przeciwstawia wgląd w Realne. Jego książka – być może wbrew intencjom autora – może zostać wykorzystana do stworzenia nowego fantazmatu: cywilizacyjnego centrum, uniwersalnej kultury, jednolitej nowoczesności, przed którym Polki i Polacy powinni się ukorzyć. W żadnym wypadku nie byłby to krok w kierunku wychodzenia ze stanu zawinionej niedojrzałości.

Dziękuję Wydawnictwu Universitat za udostępnienie redakcji NP egzemplarza recenzenckiego.

1O ile nie stwierdzono inaczej, wszystkie cytaty odwołują do książki Jana Sowy: Jan Sowa, Fantomoweciałokróla, Kraków 2012

2Robinson Andrew, PoliticsofLack, The British Journal of Politics & International Relations, vol .6, nr 2, s. 259-269

KOMENTARZE

  1. Bardzo zacny tekst, Filipie. Dzięki. Literatom nigdy do głów nie wpadnie, iż ich wgląd w Realne ma miejsce jedynie w dziedzinie Symbolicznego. Jest jednak nadużyciem stosowanie Wielkich Liter w odniesieniu do tych pojęć. Na wielką literę zasługuje li tylko Prawda. Pogubiłem się – ja, zwykły parweniusz – w Symbolicznym studiując dokumenty Ministerstwa Bezpieczeństwa Wewnętrznego i pamiętniki.

    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Dzięki! W zasadzie też mi się trochę wydawało, że autor nie widzi tego, że jego spojrzenie jest też tylko patrzeniem na Symboliczne, z drugiej strony – aż trudno w to uwierzeć.

      Również pozdrawiam.

      1. „Cywilizacja albo jest czysta, albo jej nie ma; nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Upadła Polska dlatego, że poszukując niby syntezy Zachodu ze Wschodem, zrobiła ze siebie karykaturę cywilizacyjną – i upadnie znowu, jeżeli nie przestanie na nowo tej karykatury urządzać.”

        Feliks Koneczny

  2. Natknąłem się na tą recenzję przypadkowo. Niezwykle stronnicza, niemerytoryczna, wręcz głupia. Kolonizacja Indii to nie był żaden podbój w dosłownym znaczeniu tego słowa, a „inkorporacja” w ramach Unii Lubelskiej to nie było wesołe i radosne wydarzenie. Zwłaszcza dla tych, co w jej wyniku stali się chłopami pańszczyźnianymi. Takich błędów merytorycznych jest tu sporo. To, że coś nazywa się niewinnie „inkorporacją” nie oznacza, że nie było de facto brutalną kolonizacją. Naucz się odróżniać fakty od nadanych im eufemistycznych określeń.
    Reszta te „recenzji” to typowe dla 90% polskiej, pożal się Boże, „chómanistyki” bezsensowne międlenie słów, czepialstwo i sprowadzanie argumentów autora do absurdu będące projekcją bezinteresownej zawiści recenzenta wobec kogoś, komu udało się stworzyć coś wartościowego.
    Podsumowując, Filipie – „nie potrafisz, nie pchaj się na afisz”.

    1. Paweł, masz chłopie rację.

      Czas, żeby Polacy przestali żyć jakimiś dziwnymi złudzeniami o potędze, bogactwie, zielonej wyspie czy normalnym kraju.
      Winę za obecnie istniejący stan rzeczy ponosi tylko i wyłącznie mentalność naszych rodaków, mentalność niezmienna od wieków.

      A książka pana Sowy, nazywająca nasze narodowe przywary po imieniu, to świetne uzupełnienie historii – tej uczonej w szkole i tej przedstawianej przez rozmaitych uczonych.

    2. @Paweł

      Prawda. Sytuacja niezręczna, patrzeć gdy „recenzja” to obraz zmagania się jej autora z własnymi projekcjami i – nomen omen- fantomami wynikłymi ze zwykłego nierozumienia tekstu – a przypuszczam, że także, iż z nieuwagi i złej woli, skoro odpowiedzi , oraz odparcie wielu zarzutów recenzji obecne są samej książce Sowy. Zabrzmi to nieprzyjemnie, ale autor recenzji zwyczajnie recepcyjnie „nie nadąża” za jego tekstem, co zresztą w kontekście postawionych w nim diagnoz o Polsce wcale nie dziwi. Monstrualne ilości energii wkładane w nierozumienie świata poza opłotkami własnego folwarku to tutejsza, polska specialite de la maison i znak handlowy wszelkich pereyferiów (mentalnych).

      Nade wszytko jednak nikt nie napisałby 500 stronicowej książki o kraju którego „nie lubi”.
      Książka pisana jest przez człowieka wściekłego, że szansę na wspaniałą Polskę spartolono, mimo ,że takie szanse wręcz same się pchały w ręce…

      Ten tekst za lat parę będzie kanonem w pracach nad polską „świadomością historyczną”. I to nie tylko w przestrzeni akademickiej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *