ankieta, idee

Rae: Polska lewica na rozdrożu

AUTOR

Gavin Rae

wykłada socjologię na Akademii im. Leona Koźmińskiego. Opublikował m. in. książkę „Poland’s Return to Capitalism”. Prowadzi bloga Beyond the Transition.

Trudno dziś uwierzyć w to, że jeszcze na początku lat 90. Polska była postrzegana jako największa nadzieja dla lewicy środkowo-wschodnioeuropejskiej. Obecnie jawi się jako najbardziej pozbawiony lewicy kraj w Europie, zdominowany przez prawicowe partie i ideologie. Przyszłe losy Polski w znacznej mierze określone będą przez ogólną dynamikę europejską, a szczególnie wewnątrz-unijną. Jeśli polska lewica chce odegrać w przyszłości jakąś rolę, powinna szczególną uwagę poświęcać debatom i tendencjom odbywającym się w ramach lewicy ogólnoeuropejskiej, wziąć udział w tworzeniu wspólnego programu na rzecz rozwoju.

 

Fałszywa jutrzenka lewicy

 

Polska wyszła z komunizmu z opozycją skupioną wokół związku zawodowego, w ramach którego funkcjonowały silne i zorganizowane lewicowe prądy. Sława Solidarności sięgała daleko poza polskie granice i dla wielu środowisk stanowiła ziarno nadziei na nową, demokratyczno-socjalistyczną lewicę na wschodzie. Z dzisiejszej perspektywy może to brzmieć dziwnie, ale wielu – mylnie – widziało w wypadkach 1989 roku szansę na odnowę światowego ruchu lewicowego. Te nadzieje, wraz z oczekiwaniem, że Solidarność stanie się źródłem nowej polskiej lewicy, rozpadły się, kiedy ujawniła się twarda rzeczywistość kapitalistycznej transformacji.

 

Polska była pierwszym krajem regionu, gdzie dawna partia władzy przekształciła się w kierunku socjaldemokratycznym i wkrótce później uformowała rząd. Przemiana PZPR w nową, socjaldemokratyczną SLD (poprzez SdRP) była przedstawiana jako model do naśladowania w innych krajach postkomunistycznych. Młodzi, wykształceni biurokraci – przede wszystkim Kwaśniewski i Miller – osiągnęli cel, który mógł wydawać się niemożliwy do zrealizowania i uczynili z dawnej partii komunistycznej główną organizację polityczną na lewicy III RP.

 

Ostatnie wybory parlamentarne świadczą, że i ten stan rzeczy dobiega końca. SLD znajdowało się w kryzysie już od swojej fatalnej drugiej kadencji u władzy (2001-05), kiedy przyjęło neoliberalny program gospodarczy, złamało obietnice reform w prawie aborcyjnym i w sferze stosunków państwo-kościół, wreszcie – przyłączyło Polskę do „koalicji antyterrorystycznej” Busha i Blaira w Afganistanie i Iraku. Miażdżąca klęska wyborcza odniesiona w zeszłym roku po prostu potwierdza śmierć ten formacji. Baza członkowska, organizacja, poziom debaty i refleksji wewnątrzpartyjnej osiągnęły absolutne dno. Fakt, że dwoma czołowymi postaciami SLD pozostają Kwaśniewski i Miller mówi właściwie wszystko, co jest do powiedzenia, na temat kondycji tej partii. Miejsce opuszczone przez SLD stara się zaś zagospodarować liberalno-populistyczny Ruch Palikota, co stawia pod znakiem zapytania dalsze istnienie socjaldemokratycznej lewicy w Polsce.

 

Projekt budowy socjaldemokracji w oparciu o zgliszcza po dawnej partii komunistycznej był jednym z elementów projektu transformacyjnego. Gdy transformacja dokonała się – wraz z akcesją Polski do Unii Europejskiej w 2004 – końca dobiegł także projekt polityczny jakim było SLD w dotychczasowej formie. Problem polegał na tym, że SLD nie było na ten moment przygotowane i nie potrafiło w odpowiednim momencie wyartykułować koncepcji alternatywnej wobec liberałów i prawicy, która mogłaby posłużyć jako źródło odnowy lewicy. Pustka ideowa w obozie postkomunistów stała się jeszcze wyraźniejsza po wybuchu obecnego światowego kryzysu gospodarczego.

 

Upadek socjaldemokracji

 

Kłopoty, które stały się udziałem SLD, są częścią szerszego kryzysu lewicy i lewicowości, jaki ma dziś miejsce w Europie. Od lat 80., kiedy to ostatecznie zakończył się „złoty wiek” kapitalizmu keynesistowskiego, lewica adaptowała się stopniowo do nowej, neoliberalnego projektu gospodarczego. W praktyce oznaczało to całkowite przekazanie kwestii wzrostu gospodarczego prawicy, poprzez akceptację tezy, że to sektor prywatny i siły rynkowe są głównymi motorami wzrostu. W erze globalizacji i rozwoju opartego na deregulacji, stanowisko to mogło się wydawać rozsądne. Cele lewicy zostały jednak tym samym zredukowane do możliwie sprawiedliwej dystrybucji owoców wypracowanego przez graczy rynkowych wzrostu – przede wszystkim poprzez walkę z wykluczeniem społecznym oraz promowanie merytokratycznego ideału mobilności społecznej.

 

Nowa strategia europejskiej socjaldemokracji nigdy nie odniosła jednak zamierzonych skutków, a nierówności społeczne wzrastały przez całe lata 90. i 2000. Porażka „trzeciej drogi” nigdzie nie była tak ewidentna, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie rządy Blaira i Browna były pierwszymi w dziejach Partii Pracy, które doprowadziły do pogłębienia rozwarstwienia społecznego. Ogólny bilans neoliberalnej polityki wyraża się natomiast choćby w dwukrotnym wzroście udziału 1% najwyżej zarabiających w dochodzie narodowym Zjednoczonego Królestwa (z 6,5 do 13%; za Davidem Harvey’em).

 

Na olbrzymi transfer bogactwa do najzamożniejszych przymykano oko – tak długo, jak utrzymywał się wzrost gospodarczy. Wzrastały nierówności, ale większość społeczeństwa bogaciła się. Dziś wiemy, że wzrost gospodarczy ostatnich trzech dekad oparty był w ogromnej mierze na niebywałym nagromadzeniu długu prywatnego, który wprawdzie umożliwiał krótkoterminowy wzrost, ale jednocześnie wzmacniał niekorzystne trendy w gospodarce globalnej. Kiedy bańka kredytowa pękła, zatrzymał się wzrost, a wraz z nim upadło główne uzasadnienie, na którym oparła swój program „nowa socjaldemokracja”.

 

Kluczowe pytanie na dziś brzmi: jak lewica odpowie na kryzys? Pierwsza możliwość jest taka, że podda się nowej gospodarczej ortodoksji forsowanej przez prawicę, wskazującej na „rozdęty” sektor publiczny i instytucje państwa dobrobytu jako główne bariery dla rozwoju gospodarczego, promującej cięcia i programy oszczędnościowe jako metody wyjścia z recesji. Ta koncepcja polityczna jest moralnie niesłuszna, obarcza bowiem konsekwencjami kryzysu najsłabsze grupy społeczne, posiada jednak pewną wewnętrzną logikę. Jeśli bowiem ograniczy się w wystarczającym stopniu wydatki na cele społeczne, płace, zasiłki, prawa pracownicze i tak dalej, pojawi się przestrzeń na obniżki podatków dla przedsiębiorców, zyski właścicieli wzrosną, banki odbudują zasoby i tak oto znaleźlibyśmy się u progu kolejnego cyklu wzrostu gospodarczego. Takie właśnie myślenie stoi za programami oszczędnościowymi wprowadzanymi w wielu europejskich krajach, także przez partie socjaldemokratyczne (np. w Grecji czy Hiszpanii). Efektem takiej polityki będzie jednak długi okres gospodarczych bolączek, niezadowolenia społecznego i politycznej niestabilności. Jak dotąd, w krajach, które przyjęły programy oszczędnościowe mamy do czynienia z pogłębieniem recesji i z dalszym wzrostem długu publicznego.

 

Kłopoty wynikające z obrania przez lewicę tak zarysowanej ścieżki są oczywiste. W ciągu ostatnich kilku lat, znacząco wzrosła wśród Europejczyków świadomość niesprawiedliwości systemu kapitalistycznego oraz sprzeciw wobec przerzucania kosztów kryzysu na sektor publiczny i najbiedniejszych. Gdziekolwiek lewica – której tradycje związane są z reprezentacją interesów pracowniczych i z powojenną budową europejskich welfare states – przykładała rękę do wdrażania planów oszczędnościowych, była przez swój elektorat surowo karana. Najświeższy przykład tej prawidłowości stanowi wyborcza klęska Partii Socjalistycznej w Hiszpanii.

 

Inwestycje, nie cięcia

 

Ani tradycyjna, nastawiona na wzrost popytu polityka keynesowska, ani rozwiązania z arsenału pro-rynkowej „trzeciej drogi”, nie odpowiadają wyzwaniom, jakie stawia przed nami dzisiejsza sytuacja gospodarcza. Globalny kryzys w dużej mierze spowodowany jest bowiem załamaniem w inwestycjach w kapitał trwały (infrastrukturę, badania naukowe, energetykę), które odpowiada za około 96% spadku PKB w krajach OECD. Recesja gospodarcza była najgłębsza i trwała najdłużej w krajach, w których inwestycje w kapitał trwały były najbardziej ograniczone, a najlepiej poradziły sobie z nią te, które podjęły działania na rzecz podtrzymania lub zwiększenia takich inwestycji (np. Chiny). Dlatego też polityka pro-popytowa nie jest w zaistniałej sytuacji wystarczającym sposobem na walkę z kryzysem (co nie oznacza, że nie powinno się także i jej stosować). Konieczne są przede wszystkim rozwiązania odpowiadające bezpośrednio na przyczynę kryzysu (inwestycyjny zastój). Takie podejście pasuje również do polskiej sytuacji ekonomicznej.

 

Pomimo ogromnych problemów społecznych, z jakimi Polska się zmaga (wysokie bezrobocie, znaczne nierówności społeczne, niedofinansowanie usług publicznych, słabe zabezpieczenia pracownicze, etc.), udało jej się, jak dotąd, uniknąć najbardziej dotkliwych konsekwencji globalnego kryzysu. To nie znaczy, że kryzys do Polski nie dotarł – tu także miał miejsce spadek w prywatnych inwestycjach. W 2010 roku, przykładowo, wartość prywatnych inwestycji obniżyła się o 7,4% w stosunku do 2009 i o 20% w stosunku do 2008. Tym, co różniło Polskę od większości innych państw europejskich była jednak dostępność funduszy unijnych (przede wszystkim 67 miliardów euro z funduszy strukturalnych i funduszu spójności zapisanych w budżecie UE na lata 2007-2011). To one umożliwiły największe od lat 70. natężenie inwestycji infrastrukturalnych. Tak długo, jak rząd pozwalał na łagodny wzrost długu publicznego i deficytu budżetowego, Polska była w stanie wykorzystać unijne środki, zachowując jednocześnie większość świadczeń społecznych. Istotnym czynnikiem były również dofinansowania dla rolników, które przyczyniły się do ochrony statusu grupy, którą w największym stopniu dotknęło wykluczenie społeczne w czasie transformacji (przed wejściem do UE).

 

Opisane działania były, rzecz jasna, niewystarczające, by uporać się z najbardziej fundamentalnymi problemami społeczno-ekonomicznymi kraju. Lewica powinna precyzyjnie punktować błędy i niedociągnięcia polityki infrastrukturalnej. Posunięcia takie jak budowa niemożliwych do utrzymania stadionów czy uprzywilejowywanie sieci drogowej względem kolei nie są najlepszymi sposobami na zmianę półperyferyjnego statusu kraju. Przede wszystkim jednak polska lewica powinna jako kwestię absolutnie kluczową podkreślać, że to inwestycje publiczne, jako alternatywa dla polityki oszczędności i cięć, stanowią najlepszy sposób na wyciągnięcie Europy z jej fatalnej gospodarczej kondycji. Takie nazwanie problemu umożliwiłoby następnie sformułowanie szerzej zakrojonego programu politycznego, który najlepiej odpowiadałby ekonomicznych, społecznym i ekologicznym potrzebom Europy i Polski.

 

Problem polega na tym, że obecna faza gospodarczego rozwoju może się wkrótce skończyć. Obecny wzrost publicznych inwestycji prawdopodobnie zatrzyma się, gdy końca dobiegnie Euro 2012, a rząd Platformy Obywatelskiej w swojej drugiej kadencji u władzy coraz wyraźniej podporządkowuje się ogólnoeuropejskiemu trendowi oszczędności i cięć budżetowych. Pozycja Polski na europejskich peryferiach oznacza, że jest ona szczególnie podatna na presję ze strony rynków finansowych i agencji ratingowych. Dodatkowo, neoliberalne zapisy polskiej ustawy zasadniczej (ustanawiające „progi ostrożnościowe” stosunku długu publicznego do PKB na 55 i 60%) niepotrzebnie ograniczają możliwości prowadzenia pro-wzrostowej polityki.

 

Federalizm czy nacjonalizm?

 

Cała europejska lewica stoi dziś na rozstaju, a każda droga wydaje się wieść w niepożądanym kierunku. Europejscy przywódcy narzucają swoim społeczeństwom programy oszczędnościowe, które wywołują stagnację gospodarczą, zwiększają nierówności i prowadzą do demontażu usług publicznych. W wielu krajach pomija się (i tym samym – podważa) demokratyczne instytucje i procedury, aby przepchnąć rozwiązania, na które nie ma społecznego przyzwolenia, ani perspektyw jego uzyskania. W wielu państwach agencje ratingowe mają większy wpływ na politykę gospodarczą niż ich parlamenty. Niedawna redukcja ratingu Węgier do poziomu „śmieciowego” w roku, kiedy działania rządu tego kraju doprowadziły do uzyskania nadwyżki budżetowej jest szokującym tego przykładem. Ostatecznym celem, do którego taka polityka może doprowadzić jest stworzenie autorytarnego, obejmującego połowę Europy państwa (być może ograniczonego do eurostrefy, albo węższej jeszcze grupy najzamożniejszych krajów), które ostatecznie wyeliminuje demokratyczny hamulec z czysto ekonomicznego zarządzania.

 

Odpowiedzią na tę sytuację jest wzrost nastrojów nacjonalistycznych, ksenofobicznych i rasistowskich. Kryzys strefy euro dał nacjonalistycznej prawicy społeczne frustracje do zagospodarowania i elektorat podatny na retorykę konfliktu i reakcji. W bogatszych krajach zachodniej Europy główną specjalnością skrajnej prawicy stały się hasła anty-imigranckie i islamofobia. Częścią tego trendu są propozycje Wildersa w Holandii, przewidujące ograniczenie praw imigrantów z Europy środkowo-wschodniej, postulat wyjścia z UE stawiany przez prawe skrzydło brytyjskiej Partii Konserwatywnej czy pojawiające się w różnych krajach pomysły, by zakazać kobietom noszenia tradycyjnych muzułmańskich strojów. Z kolei w Europie środkowo-wschodniej skrajna prawica skupia się na kwestiach takich jak prawa gejów i lesbijek, czy społeczności romskich.

 

Wielu na lewicy scenariusz rozpadu Unii Europejskiej (przynajmniej w jej obecnej formie) wydaje się kuszący. Widzą w nim przestrzeń dla nowej „narodowo-Keynesowskiej” polityki umożliwiającej wejście w kolejną fazę rozwoju gospodarczego. Lewica powinna sobie jednak uświadomić , że konsekwencją takiej polityki byłby gospodarczy protekcjonizm, który w jeszcze większym stopniu wzmocniłby nacjonalistyczną prawicę. W szczególnym stopniu zjawisko to zagrażałoby państwom gospodarczych peryferii, takim jak Polska. Takie wnioski wypływają choćby z doświadczenia Wielkiego Kryzysu lat 30., kiedy to recesja dotknęła rolniczą Europę środkowo-wschodnią w dużo większym stopniu, aniżeli Zachód. Źródłem tego stanu rzeczy było wstrzymanie napływu zagranicznych inwestycji. W dzisiejszych realiach analogiczną rolę odegrałoby zamknięcie zachodnio-europejskich rynków pracy oraz wstrzymanie redystrybucyjnych funduszy unijnych.

 

Inna Europa jest możliwa

 

W czasie, gdy konflikt polityczny w Europie obraca się wokół tych dwóch koszmarnych alternatyw, lewica powinna wypracowywać własną strategię. Przy czym musimy wziąć pod uwagę, że praktycznie niemożliwe będzie realizowanie przez poszczególne kraje (szczególnie te mieszczące się na peryferiach) niezależnych ścieżek rozwoju. Niedawna deklaracja polskiego ministra spraw zagranicznych, Radosława Sikorskiego, iż jest zwolennikiem Europy federalistycznej wzorowanej na Stanach Zjednoczonych, pokazuje, że polskie elity polityczne są gotowe na wszystko, byle nie zostać wykluczonymi z nowego europejskiego ładu, jaki by nie był. Projekt, który podobni Sikorskiemu politycy reprezentują, to w istocie walka o przyjęcie do elitarnego klubu krajów, które narzucą całej Europie cięcia i oszczędności. Fakt, że zarówno SLD, jak i Ruch Palikota, niemal bezkrytycznie się pod przemówieniem Sikorskiego podpisały uwypukla trwającą wciąż programową słabość polskiej lewicy. Nieobecność postępowej, lewicowej alternatywy wykorzystuje radykalizujący się konserwatyści (wracający ostatnio np. do postulatu przywrócenia kary śmierci).

 

Aby odbudować siłę zarówno na własnym podwórku, jak i w polityce europejskiej, polska lewica powinna stać na czele działań na rzecz prawdziwej alternatywy: integracji (i federalizacji) europejskiej, która oparta jest na rzeczywistej demokracji uczestniczącej, wspólnym programie inwestycyjnym, wyrównywaniu poziomu życia Europejczyków i zwiększaniu dostępności usług publicznych. Polityka oparta na zielonych inwestycjach, redystrybucji dochodów, wolnym ruchu siły roboczej, demokratycznej partycypacji, świeckości i liberalnych wolnościach kulturowych może być podstawą dla wspólnoty europejskiej obejmującej wszystkich obywateli. Dobre doświadczenia Polaków związane z członkostwem w UE sprawiają, że będą też bardziej skłonni popierać dalszą integrację europejską, aniżeli obywatele zamożniejszych państw, którzy mogliby odnieść większe korzyści z protekcjonizmu. Jeśli polska lewica zda sobie sprawę z tej sytuacji i wyciągnie z niej praktyczne wnioski, ma szansę – znowu – wywrzeć pozytywny wpływ na europejską politykę.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *