Maciejewska: Kobiety w strefie pracowniczego bezprawia

Agata Młodawska: Kiedy weszłam na stronę internetową jednej ze specjalnych stref ekonomicznych, to odniosłam wrażenie, że pracują tam głównie mężczyźni, którzy chodzą do pracy w garniturach oraz jeżdżą na konferencje do Chin, a kobiety zajmują się głównie akcjami charytatywnymi. Jak mniemam, osoby z którymi pracowałaś nie pojawiały się na tej stronie internetowej. Prosiłabym Cię o scharakteryzowanie Twoich współpracownic.

Małgorzata Maciejewska: Jeśli chodzi o płciowy podział pracy, to on nigdy nie jest wyrażony wprost, to się dopiero odczuwa i widzi, jak już się jest wewnątrz tego kontenerowego pudełka. Jeśli chodzi o pracowników produkcyjnych w moim zakładzie pracy, to 80% stanowią kobiety, kilka procent to pracownicy produkcyjni-mężczyźni, ale oni zajmują zwykle trochę inne stanowiska. Natomiast zarząd jest cały męski, podobnie liderzy zmiany oraz kierownik produkcji. Biura, administracja i księgowość to kobiety, natomiast logistyka – sami mężczyźni. Jest też podział wśród szeregowych pracowników produkcyjnych. Ja przychodząc do pracy w pierwszy dzień zostałam automatycznie zakwalifikowana do prac „kobiecych” – to było tak zwane wizualne sprawdzanie komponentów, które polega na tym, że cały dzień siedzisz i wgapiasz się w jedną rzecz. Musisz stwierdzić, czy komponent jest uszkodzony,

Natomiast kolega, który ze mną czekał na przydzielenie pracy, został skierowany do operatora  maszyny, przy której trzeba mieć więcej wprawy, cały czas się biega, cały czas jest się w ruchu. Takiej pracy uczysz się przez około dwa miesiące. Natomiast moją pracę byłam w stanie opanować po kilku godzinach. Oczywiście to nie jest takie proste, jak się wydaje, ponieważ pęd taśmy jest bardzo duży. Są więc prace typowo kobiece i typowo męskie. Prace są też zróżnicowane ze względu na wiek: masz prace siedzące, gdzie są głównie starsze kobiety, i stojące, bardziej wyczerpujące fizycznie, które są przydzielane młodym dziewczynom. Poza tym tylko mężczyzn zatrudnia się jako techników utrzymania ruchu, którzy nie pracują przy taśmie. Mają zwykle więcej czasu na odpoczynek, na pogadanie, na pójście na fajkę czy do toalety. Taśma natomiast wymusza na tobie ciągłą dyspozycyjność, cały czas musisz być przy stanowisku pracy. Byłyśmy wręcz przypinane do taśmy  opaskami  uziemiającymi, które miały taki kabelek podłączony do  stanowiska pracy. Możesz odejść nie dalej niż na metr. Na stanowiskach kobiecych zdarzają się też mężczyźni, prawda jest jednak taka że wszyscy jesteśmy w bardzo prekaryjnej sytuacji.

Większość pracownic tymczasowych, które są zatrudniane w fabryce przy zwiększonej produkcji to też są kobiety, w większości młode dziewczyny po dwadzieścia parę lat.
Były między nimi absolwentki wyższych uczelni z małych miejscowości, które nie mogły znaleźć pracy u siebie, więc przyjechały do Wrocławia. Gdy nie udawało im się znaleźć zatrudnienia w zawodzie, podejmowały pracę w fabryce. Wielu ludzi miało też pozaczynane studia, bo fabryka sama zachęcała studentów, żeby się zatrudniali, chociaż to nierealne, żeby pogodzić studia z pracą na strefie. Na przykład Kolega z mojej linki studiował informatykę, zdarzały się też kierunki typu pedagogika czy turystyka. Często ludzie zawieszali studia, bo nie dawali rady.

Rozumiem, że wymiar pracy przekraczał 40 godzin tygodniowo.

Fabryka teoretycznie miała działać 5 dni w tygodniu, ale tak nigdy nie było. Ja się zatrudniłam przy nadwyżce produkcyjnej. Grafik był co chwilę zmieniany i dodawali nam zwykle soboty, jako nadgodziny. Jak nie poszłaś na nadgodziny, to po prostu mogłaś nie dostać następnej umowy, bo byłaś niedyspozycyjna. Zdarzały się też inne nadgodziny, kiedy trzeba było z jednej zmiany zostać na drugą, tak zwane „szesnastki”. Szesnastek można było mieć kilka w miesiącu – kosztem swojego zdrowia i czasu, bo wtedy to się już w ogóle nie miało  wolnego. Jedynym dniem, kiedy nie chodziliśmy do pracy była niedziela, ale kiedy kończysz nockę w sobotę i wracasz do domu, to jesteś we Wrocławiu o 9. Kładziesz się spać, wstajesz, jest17, aw poniedziałek trzeba wstać o 4.30 rano do pracy.

Wspomniałaś, że wzięcie nadgodzin było warunkiem odnowienia kolejnej umowy. Mogłabyś powiedzieć coś więcej o warunkach, na jakich byłyście zatrudniane?

Byłam zrekrutowana przez agencję pracy tymczasowej. Miałam jeden dzień szkolenia. Następnego dnia, nie wiedząc co w ogóle będę robić, poszłam już do pracy. Dostałyśmy umowy na dwa tygodnie i te umowy miały być potem odnowione.

Pracownik tymczasowy nie ma żadnych praw. Nie masz prawa do urlopu wypoczynkowego, nie masz prawa do urlopu na żądanie – chyba że pracujesz w firmie dłużej niż pół roku, ale to się praktycznie nie zdarza, bo i tak po kilku miesiącach Cię wyrzucają. Przez te umowy dwutygodniowe każda nieobecność, czy to choroba twoja, czy twojego dziecka, powoduje, że tracisz pracę. Nawet nie to, że zwalniają cię z dnia na dzień – po prostu wygasa ci umowa i jej nie przedłużają – zawsze mogą znaleźć przecież następną osobę.

Jakiego rodzaju kontrakt podpisujecie z agencją? To jest umowa o dzieło czy umowa zlecenie?

Nie, to jest specyficzna umowa o pracę tymczasową, utworzona na mocy ustawy antykryzysowej. Ta umowa nie jest chroniona przez kodeks pracy, natomiast to nie jest to samo, co umowa zlecenie i umowa o dzieło.

Czym się różni?

Wszystkie składki są odprowadzane, na przykład emerytalna, zdrowotna i tak dalej, natomiast ta umowa nie gwarantuje ci kompletnie nic z osłon kodeksu pracy, podobnie jak te wszystkie śmieciówki, tak samo jak umowa zlecenie, tak samo jak umowa o dzieło.

Mówiłaś wcześniej o chorobach dzieci, które mogą narazić na utratę pracy. Chciałam ten wątek pogłębić: W jaki sposób kobiety, które mają dzieci godzą pracę opiekuńczą z pracą w strefie, trwającą czasami szesnaście godzin na dobę, czyli dłużej niż czas pracy jakiegokolwiek przedszkola?

Mało tego, że trzeba było brać nadgodziny. Praca w fabryce wymagała tego, że chodziłaś na różne zmiany, czyli były ranki, popołudniówki i nocki. Przy pracy na porannej zmianie dziecko można wysłać do szkoły i zapewnić mu tym samym opiekę przez pewną część dnia. Ale kobiety zostawiały dzieci przede wszystkim pod opieką swoich matek, sióstr, czasami  ciotek, bardzo rzadko mężów, bo oni też musieli pracować. Cała ta opieka spadała zatem na starsze pokolenie. Szczególnie dużym problemem było to dla kobiet z mniejszych miejscowości, gdzie w ogóle nie ma przedszkoli. Matek małych dzieci, w wieku do lat trzech, praktycznie nie było. Przez tydzień pracowałam z taką dziewczyną z Wałbrzycha, która miała roczne dziecko. Miałyśmy szafki koło siebie i pamiętam, że codziennie się spotykałyśmy i cały czas mówiła, że spała na przykład godzinę albo dwie, dlatego że musiała z dzieckiem do lekarza iść albo kolki dostało w nocy, albo trzeba było z nim na jakąś szczepionkę pojechać. Dzieckiem zajmowała się zwykle teściowa, ale też nie zawsze. I kiedy tylko była w domu, to była zdana na siebie i wyspać się nie było kiedy.

Wracając do przywiązania do miejsca pracy, o którym wcześniej wspominałaś, to mnie się ono skojarzyło z dwoma tekstami. Po pierwsze z „Pracownicami chińskich fabryk”, gdzie autorka opisała podobny system zakazów i nakazów działający w fabryce. Tam pracownicom zakazywano rozmawiania ze sobą, również poza godzinami pracy, w hotelu robotniczym. Po drugie, przypomniał mi się twój tekst, który napisałaś w czasach kiedy pracowałaś w drogerii, gdzie były podobne techniki dyscyplinowania. Wspominałaś, że nie wolno było rozmawiać w godzinach pracy, a w pomieszczeniu socjalnym nie mogła przebywać więcej niż jedna osoba, także podczas przerwy. Czy tutaj podobne ograniczenia kontaktów między pracownikami też były stosowane?

O ile w sklepie drogeryjnym była tresura związana z regulaminem, to w strefie była po prostu naga przemoc. Przede wszystkim wymuszana reżimem pracy, czyli tym, w jaki sposób idzie linia. Prędkość taśmy i wszystkie czynności, które trzeba wykonać praktycznie uniemożliwiają rozmowy w trakcie pracy, po prostu nie ma się na to czasu. Automatyzm pracy wymusza też to, że często po prostu nie chce ci się rozmawiać. Natomiast zakazów np. rozmów, żucia gumy i jedzenia często się nie przestrzegało. O ile na pierwszej zmianie, kiedy obecne było kierownictwo, same siebie dyscyplinowałyśmy, to na innych zmianach było trochę więcej możliwości łamania regulaminu. Reżim pracy w strefie jest taki, że jak kończysz zmianę, to jest po prostu dziki pęd do autobusu. Dopiero w autobusie jest czas, żeby porozmawiać. Nawet na przerwie, kiedy musisz szybko coś zjeść, szybko zapalić, szybko się ustawić w kolejce do kibla, właściwie nie ma czasu na rozmowy.

A czy pracownice z twojej firmy podtrzymywały jakieś kontakty towarzyskie poza pracą?

Nie wiem do końca jak było z dziewczynami z Wałbrzycha i z Nowej Rudy, ponieważ wracałyśmy różnymi autobusami, ale z tego co mi opowiadały i z tego co ja doświadczyłam, wszystkie kontakty towarzyskie są ograniczone do czasu tuż po pracy. Na przykład kiedy kończymy zmianę i wiemy że mamy następny dzień wolny, to w autobusie robi się impreza. Na przykład po zejściu w piątek z popołudniówki chadzałyśmy na piwo, wtedy się lepiej zapoznawałyśmy, ale na tym się towarzyskości kończyły. Do tej pory podtrzymuję z kilkoma osobami kontakty, ale bardziej na zasadzie związkowej niż przyjacielskiej.

Związkowej?

W pewnym momencie utworzony został związek zawodowy, Inicjatywa Pracownicza. Ludzie się zdecydowali na założenie związku po tym, jak rozrzuciłam ulotki na zakładzie. To zaskoczyło, wręcz w taki zupełnie niespodziewany, piorunujący sposób. Warunki pracy, frustracja, upodlenie i ucisk spowodowały, że po pierwsze chyba nie mieli nic do stracenia, a po drugie widzieli w zorganizowaniu się i założeniu związku chyba jedyną nadzieję na poprawę swojej sytuacji. Po prostu nadarzyła się okazja i mieli kogoś, kto mógłby im powiedzieć jak to zrobić. Ja byłam tylko łączniczką do kontaktów związkowych na zewnątrz, bo żaden inny związek zawodowy właściwie nigdy się tym zakładem nie interesował. Dziewczyny mi kiedyś opowiadały na zakładzie, że chyba „Solidarność” do nich przyjechała i zapytała się: „Czy wy tu macie mobbing?”. Jak to dziewczyny usłyszały, to nawet im się nie chciało z działaczami gadać. Bo tu w ogóle nie chodzi o mobbing. Mobbing jest oczywiście na porządku dziennym, natomiast jest to tylko jedna z wielu technik dyscyplinowania i wyzysku.

Czy słyszałaś o związkach zawodowych działających w innych zakładach pracy w strefach?

To jest rzadkość. Jest jeden związek zawodowy w Toyocie, która jest bardzo specyficznym zakładem pracy, ma trochę inny sposób zarządzania pracownikami. Jest tam dużo pracowników stałych, zatrudnionych przez zakład. W strefie wałbrzyskiej nie ma związków zawodowych. W strefie tarnobrzeskiej są pewne próby, powstały jedna czy dwie komisje w zakładach koreańsko-chińskich.

Wracając do tematu dyscyplinowania,  przypomniał mi się taki wątek, który pojawił się i u Elisbeth Dunn (Prywatyzując Polskę - AM), i u Pun Ngai. Pun Ngai pisała, że pracownice ze wsi były dyscyplinowany w sposób szczególny. Mówiono im, że zbyt toporne, żeby pracować przy tak delikatnych zajęciach, jak składanie modeli w fabryce. Wspominała też o dużej nieufności menedżerów z Hongkongu w stosunku do osób pochodzących z Chin kontynentalnych, jako skażonych socjalizmem. Co ciekawe, Elisabeth Dunn, która w tym samym okresie prowadziła badania w Polsce zaobserwowała podobne zjawisko: nieufność do pracowników i pracownic, którzy byli postrzegani jako zbyt mentalnie obciążeni PRL-em i w związku bywali z góry traktowani jako leniwi, roszczeniowi i tak dalej. Czy spotkałaś się z podobnymi uprzedzeniami w stosunku do starszych pracownic?

W strefie ten mechanizm naznaczenia działał raczej wobec pracowników tymczasowych. To oni byli traktowani jako podklasa wśród pracowników na zakładzie. Przede wszystkim dlatego, że jak się jest pracownikiem tymczasowym, to ani nikt z kierownictwa, ani nikt z załogi nie traktuje cię jako osoby, która zagrzeje miejsce na dłużej. Relacje z kierownictwem i pozostałymi pracownikami były w związku z tym niezwykle instrumentalne i przedmiotowe. Czułam się wyobcowana wobec stałych pracownic i ich kręgu towarzyskiego, czułam też pewnego rodzaju nieufność. To było związane z tym, że my jako tymczasowe odbieramy im część pracy. Chodziło też o emocjonalną blokadę by związać się z kim kto jest tutaj ‚tymczasowo’. Poza tym, im więcej pracowników zatrudnianych jest przez agencję, tym mniej pracowników stałych. Tymczasowość rozwala solidarność między pracownikami. Na przykład: pracujesz na linii pół roku albo rok z jedną osobą, bardzo dobrze ją znasz, nagle przychodzą trzy tymczasowe i cała linia zostaje wymieniona; już nie pracujesz ze swoją koleżanką z linii. Pozycja pracowników tymczasowych bierze się też stąd, że nie mają w fabryce swojego miejsca, a za ich problemy nie odpowiada ani agencja, ani zarząd fabryki. Jeżeli coś się dzieje, np. twoje prawa są w rażący sposób łamane, to agencja odsyła cię do zarządu, a zarząd – do agencji.

Co się w takim razie działo, kiedy były jakieś wypadki w miejscu pracy i jakie były zabezpieczenia przed tymi wypadkami?

To wszystko jest skrzętnie zamiatane pod dywan. Raz przy dojeździe do pracy był wypadek autobusu. I parę osób miało połamane nogi, ręce, przetrącone szyje, bo autobusy, które dojeżdżają na strefę są strasznie stare. Parę osób z poszkodowanych to byli pracownicy tymczasowi. No i cóż, skończyły im się umowy i następnych już nie dostali. Wypadki na hali się w tej fabryce zdarzają bardzo rzadko, bo to jest taka praca, w której nie ma żadnych ostrych elementów, takich maszyn, które mogłyby coś zgnieść, czy urwać. Problemy ze zdrowiem mają trochę inny wymiar – zmęczenie ciągłym niewyspaniem, czy zagrożenia związane z chemicznymi substancjami używanymi w fabryce – a to może się ujawnić dopiero po kilku latach. Poza tym, problemy ze zdrowiem powodowane są przez wyrwanie z rytmu życia przez różne godziny pracy i intensyfikację pracy przez obowiązki opiekuńcze.

A co się dzieje, jeżeli jesteś chora i potrzebujesz przerwy w pracy? Zakładam, że skoro takie problemy ze zwolnieniami lekarskimi, to ludzie przychodzą chorzy do pracy.

Zasadniczo obowiązuje jedna 20-minutowa przerwa w ciągu całego dnia pracy. Przez 4 godziny musisz cały czas być na swoim stanowisku pracy, potem kolejne 3:40 po przerwie. Były natomiast możliwości, szczególnie na zmianach popołudniowych i nocnych, że ktoś nas zastępował. Jak był przestój na jednej linii, dziewczyny przychodziły i nas zastępowały; albo robiłyśmy na odwrót. Albo robił to ktoś z pracowników, którzy mieli bardziej mobilne stanowiska pracy. Ale bardzo często zdarzało się, że przez 4 godziny nie można było wyjść do toalety, nie można było zmienić podpaski. Kiedy się źle czułaś też było bardzo trudno opuścić stanowisko pracy. A jeśli byś to zrobiła, to zawsze jest groźba, że następnym razem nie dostaniesz umowy, bo ściemniasz w pracy.

Założenie związku zawodowego było jedną z reakcji na te trudne warunki pracy. W tym kontekście przypomniał mi się jeszcze jeden wątek z „Pracownic chińskich fabryk”: mikrostrategie oporu, takie jak zwalnianie taśmy produkcyjnej lub inne formy protestu, które się pojawiały, kiedy kierownictwo zaczynało bardziej rygorystycznie stosować regulamin. Czy u ciebie w zakładzie też się takie sytuacje zdarzały?

Tak. Oprócz codziennych małych sytuacji, kiedy po prostu odmawiałyśmy pracy i robiłyśmy wszystko, żeby jej uniknąć, albo żeby wykonywać ją wolniej, była też taka sytuacja, że tuż przed świętami kazano nam przyjść do pracy razem z innymi pracownikami. Pracownicy stali odrabiali dzień wolny na święta, w którym my miałyśmy być już na urlopie bezpłatnym bo na święta nie ma produkcji i tymczasowi są niepotrzebni, więc przymusza się ich do wzięcia urlopu bez pensji (urlop bezpłatny można było wziąć tylko jeśli kierownictwo się na to zgodziło, albo kiedy nas do tego przymuszano). Domagałyśmy się, jako pracownice tymczasowe, żeby nam zapłacili 100 procent, czyli większą stawkę dzienną. Oni się oczywiście na to nie zgodzili, więc tuż przed końcem zmiany latałyśmy razem z koleżanką po liniach informując, że nie chcą nam dać tych dodatkowych pieniędzy i że jak wszyscy razem nie przyjdziemy do pracy, to nic nam nie mogą zrobić. No i nie przyszliśmy, prawie wszyscy nie przyszliśmy, więc 5 z 10 linii stało.

Jakie były konsekwencje potem?

Żadne, nie mogli nic zrobić, dlatego że niedługo kończył się okres produkcyjny, nie znaleźliby tak szybko pracowników, nie zdążyliby nas już wymienić. Natomiast z tego co wiem, to części z nas ucięli wypłatę, bo jeżeli nie stawisz się na swoją zmianę, to pracodawca ma prawo odebrać 50 złotych z twojej wypłaty za nieusprawiedliwioną nieobecność.

A ile wynosiło miesięczne wynagrodzenie?

Myśmy dostawały 1400 brutto, czyli o 20 złotych więcej niż wtedy wynosiła najniższa pensja krajowa. Wszyscy tymczasowi dostawali mniej niż pracownicy stali.

Rozmawiałyśmy do tej pory głównie o technikach dyscyplinowania. Zmieniając trochę temat, chciałam zapytać o motywowanie pracowników. Kiedy czytałam twój tekst o pracy w drogerii, zwróciły moją uwagę nagrody w postaci batonika i soczku za wzorcową postawę w czasie dnia pracy, czy też w postaci różnych elektronicznych gadżetów, które można było dostać raz na kwartał, o zniżkach na zakupy nie wspominając. Czy w fabryce też tego typu upominki były rozdawane?

System motywacyjny nie istnieje, nic ponad gołą wypłatę. Jeśli pojawiasz się przez cały miesiąc w pracy, nie chorujesz, nie bierzesz bezpłatnego urlopu, dostajesz premię frekwencyjną, 100 złotych brutto. I jeszcze: jak dwa razy weźmiesz nadgodziny, to oprócz  normalnego wynagrodzenia wypłacają ci 200 złotych brutto. To się nazywa premia motywacyjna, za to, że jesteś chętna oddawać swój czas pracodawcy. W fabryce nikt nie dba o to, czy jesteś zmotywowana czy nie, po prostu masz zapierdalać. W sklepie trzeba było cię zmotywować, żebyś inaczej podchodziła do klienta, natomiast tutaj sam reżim pracy wymusza odpowiednie tempo i sprawność. Cały czas idzie taśma i nie możesz jej wyłączyć. Oprócz tego, wszystko jest raportowane. Co godzinę liczone są ilości wyprodukowanych komponentów, każde stanowisko jest rozliczane indywidualnie; czyli masz fragmentaryzację pracy i odpowiadasz za „swoją własną” pracę. Jeśli robisz za mało, jesteś dyscyplinowana. Jeśli nie robisz więcej, mogą ci podziękować po dwóch tygodniach pracy, bo się nie wyrabiasz na swoim stanowisku. To jest raczej motywacja przez przymus i ścisłą kontrolę pracy.

Nie ma zarządzania emocjami czy „niematerialnych” nagród, takich jak spotkania wszystkich pracowników z zarządem, gdzie się mówi, że wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną i pracujemy dla wspólnego dobra?

Jeżeli chodzi o relacje pracowników z zarządem, to byliśmy kompletnie odcięci. To znaczy, że nasze działania i opinie nie były brane pod uwagę. Była też jedna sprawa, która szczególnie nas zabolała. Byłyśmy przymuszone przez chiński zakład do pracy w święto narodowe, 11 listopada, bo oni bardzo potrzebowali pracowników mielizn względu na zwyżkę produkcyjną. No i stworzyłyśmy list, w którym napisałyśmy, że albo niech nam dadzą dzień wolny, albo niech zapłacą dodatkowe pieniądze. List krążył, wszyscy się pod nim podpisali, a pracodawca nawet nie przyszedł z nami porozmawiać. Oni wiedzą, że nie muszą wchodzić w jakiekolwiek relacje z pracownikami oprócz tych z niższych szczebli kierowniczych, którzy cię nadzorują.

Czy tymczasowe pracowniczki mają możliwości awansu na lepsze stanowisko?

Jak się zatrudniłam, to wszystkie moje koleżanki cały czas powtarzały, że bardzo by chciały przejść na zakład. Wszystkie jakoś tam się łudziły, że jak będziemy dobrze zapierdalać, przychodzić na nadgodziny, to nas wezmą. Była to jakaś motywacja, ale to było zarządzanie przez niewiedzę – nie wiedziałyśmy wtedy, że to się tak naprawdę nigdy nie stanie, bo jak spadnie produkcja, to wszystkich tymczasowych zwolnią, bo po co mają ich trzymać, kiedy fabryka ma przestój. Pod koniec grudnia nas okłamywali, że na pewno zadzwonią do nas na początku stycznia. Żebyśmy nie chodziły na zwolnienia pod koniec grudnia, żebyśmy się nie opieprzały w pracy, bo to się potem liczyło w styczniu. Zadzwonią do nas, zaproszą z powrotem do pracy i będziemy miały realne już szanse przejścia na zakład. Sprawa jest taka, że jeżeli pracownik tymczasowy przejdzie na zakład przed upływem pół roku, to pracodawca musi wypłacić równowartość miesięcznej pensji agencji pracy tymczasowej. Nikt się na to nie decyduje, bo masz całą masę pracowników tymczasowych, którzy przyjdą do pracy. Bardzo łatwo można jednego pracownika zastąpić innym, bo jest tak wysokie bezrobocie w regionie. Prawdopodobnie będzie tak, że wchodzisz do strefy mając 16 lat, wychodzisz mając 65, oczywiście z wielokrotnymi przerwami i bezrobociem. I nigdy nie będziesz awansowana na wyższe stanowisko, bo można cię bez ograniczeń wykorzystywać wciąż do tej samej roboty.

Bezrobocie jest ulubionym argumentem zwolenników specjalnych stref ekonomicznych, którzy mogliby w tym momencie powiedzieć: to smutne, że warunki tak ciężkie, ale gdyby nie specjalne strefy ekonomiczne, to te wszystkie kobiety byłyby bezrobotne. Jak się przekłada działalność stref ekonomicznych na bezrobocie w regionie?

Moi koledzy i koleżanki z Nowej Rudy i z Wałbrzycha opisują swoje miasta jako opuszczone przez młodych ludzi. Większość z nich albo wyjechała do pracy za granicą, albo pracuje w strefie. Pracy w regionie praktycznie w ogóle nie ma, a strefa z bezrobocia korzysta i dowozi codziennie tych ludzi 50 –60 kilometrówdo pracy. Obietnica, że strefy przyniosą pracę i poprawę jakości życia w regionie, okazała się być jedną wielką iluzją. O ile w oficjalnych statystykach wszyscy mówią, ile strefy przyniosły nam miejsc pracy, to nikt nie patrzy, ile miejsc pracy wcześniej zlikwidowano i nikt nie patrzy na jakość tej pracy i warunki zatrudnienia – umowy, zarobki, koszty życia i zdrowia tych ludzi, którzy muszą pracować w fabrykach. Pod tym względem, strefa wysysa z regionu życie. W zamian buduje się kontener i po kilku latach, kiedy kończą się ulgi, przenosi się ten kontener w zupełnie inną część świata.

Z tego, co widziałam, strefy ekonomiczne mają istnieć do 2020 roku. Czy wiadomo, co się ma dziać dalej?

Prawdopodobnie przedłuży się kontrakty. Strefy miały istnieć do 2017 roku, teraz do 2020 roku i prawdopodobnie taką metodą małych kroczków rząd będzie pracę stref przeciągał. Ewentualnie może dojść do jakichś restrukturyzacji, czyli wymiany inwestorów, ale sądzę, że istnienie stref są już wpisane w naszą neoliberalną transformację.

A jaki jest ogólny bilans strefy? Z tego co mówisz wynika, że dostają tanich i elastycznych pracowników a bezrobocie w regionach pozostaje wysokie. Co strefa dostaje od społeczności lokalnych i co daje w zamian?

Strefy można rozpatrywać w kilku kategoriach kosztów. W kategoriach kosztów życia i zdrowia ludzkiego, w kategoriach kosztów ekologicznych i w kategoriach kosztów budżetowych, jako obciążenie dla budżetów gmin i państwa. Jeśli chodzi o sam bilans, to nikt nie robi takich badań. Staramy się w ramach Think Thanku Feministycznego wypracować analizę, która prześledziłaby przepływ przynajmniej części pieniędzy, ale to jest bardzo trudne. Strefa dostaje całą infrastrukturę, która jest budowana z budżetu gmin (które często się przy tym zadłużają), czyli drogi dojazdowe, wodociągi, kanalizację, elektryczność. W niektórych strefach gminy same budują hale fabryczne. W innych udostępniają inwestorom tereny poprzemysłowe. Tak jest na przykład w Mielcu. Dodatkowo państwo zwalnia inwestorów z płacenia podatków, więc nie ma wpływu z podatków od nieruchomości i dochodu. To, co inwestor musi dać, to są miejsca pracy, nikt nie zadaje natomiast pytań o ich jakość. Miejsca pracy utrzymane przez 5 lat dają prawo do dofinansowania inwestycji, czyli właśnie tych ulg podatkowych: od nieruchomości i dochodów. Koszty, które przedsiębiorca wkłada np. w budowę fabryki może sobie potem odliczyć od podatku. Ale jest jeszcze jedna dość istotna rzecz: granty, które państwo polskie ze wsparciem funduszy strukturalnych przyznaje dużym korporacjom, które lokują się w strefach. Oprócz tego, że dostajesz teren i ulgę podatkową, możesz dostać też grant na finansowanie twojej działalności! To wszystko jest podporządkowane logice przyciągania przedsiębiorców, czyli: musimy im dawać pieniądze, żeby przychodzili i inwestowali w naszym terenie. Bo w oczach władzy tylko to sprawi, że będzie rozwój gospodarczy, pojmowany przede wszystkim jako wzrost gospodarczy.

Mówiłaś, że poza pracą na strefie dla młodych kobiet z Wałbrzycha i Nowej Rudy nie ma żadnych alternatyw.

W ostatnich kilku latach bezrobocie spadło o kilka punktów procentowych, co może równie dobrze wynikać z migracji do pracy za granicą. Jeśli chodzi o ilość miejsc pracy, strefy wypełniają tylko niewielką część luki powstałej wskutek transformacyjnej restrukturyzacji.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Maciejewska jest członkinią zespołu Think Tanku Feministycznego. Prowadziła badanie uczestniczące w jednej ze specjalnych stref ekonomicznych. Laureatka nagrody „Okulary Równości” przyznawanej przez Fundację im. Izabeli Jarugi-Nowackiej w kategorii Prawa kobiet i przeciwdziałanie dyskryminacji z powodu płci. Współorganizuje wrocławską Manifę.

Agata Młodawska
urodzona w roku 1983. Absolwentka wiejskiej podstawówki oraz Instytutu Socjologii UJ, gdzie w 2007 roku obroniła pracę magisterską. Współzałożycielka i współpracowniczka Nowych Peryferii. Najczęściej mieszka w Hiszpanii, z kilkumiesięcznymi przerwani na wizyty w Polsce. Interesuje się teoriami postkolonialnymi, które stara się twórczo zmiksować z teoriami rozwoju, wskutek czego znajduje pewne podobieństwa między procesami społecznymi w różnych częściach globu. Duże wrażenie zrobiły na niej publikacje Fatimy Mernissi, Michaela Buroway’a, Elisabeth Dunn, Davida Osta, Brunona Latoura, Saskii Sassen, Edwarda Saida, Amartyi Sena, Chantal Mouffe, Juana Goytisolo, Pierra Bourdieu oraz Ani Loomby. Zawodowo zajmuje się realizacją i koordynowaniem badań społecznych, co sprowadza ją na manowce współpracy z rozmaitymi instytucjami (m. in. Bankiem Światowym). W wolnych chwilach blogerka i autorka reportaży.