lookgrgrleft
ankieta, featured

Kozek: Myślę, więc mnie nie ma

AUTOR

Bartłomiej Kozek

członek Zarządu Krajowego Zielonych, koordynator grupy roboczej do spraw polityki społecznej i usług publicznych wewnątrz partii. Publicysta magazynu „Zielone Wiadomości”, współpracownik Zielonego Instytutu – think-tanku promującego zieloną politykę w Polsce.

Problem braku lewicy w Polsce jest problemem frustracji osób, świadomych braku politycznej reprezentacji ich poglądów oraz interesów. Ponieważ przywoływanie tutaj wielowiekowego kontekstu historycznego, sięgającego niekiedy aż po handel niewolnikami za czasów Mieszka I, wpłynęłoby raczej na wzrost frustracji niż ich spadek, wolałbym tego w tym tekście uniknąć. Wystarczy zresztą spojrzeć na dzisiejszą, przedwyborczą scenę polityczną, by pozbawić się uśmiechu o poranku. Platforma Obywatelska, strojąca się na partię klasy średniej, bez jakiegokolwiek poczucia żenady chwali się obniżkami podatków, które dokonały sporego wyłomu w budżetach samorządów. To, co statystyczny Kowalski czy Nowakowa zyskali na wysokości stawek PIT (a statystyka jest bezlitosna – zdecydowana większość z nich miała zarobki które w sferze marzeń pozostawiały wejście do drugiej bądź trzeciej stawki podatkowej), z nawiązką potracili dzięki podwyżkom cen biletów komunikacji publicznej i wzroście opłat za żłobki i przedszkola. Jakiegokolwiek problemu ze swoim rozchwianiem ekonomicznym nie ma Prawo i Sprawiedliwość, które jednego dnia, ustami Jarosława Kaczyńskiego, chwali się obniżkami podatków za swoich rządów, by dnia kolejnego zapowiadać, w razie potrzeby, „sięgnięcie do głębokich kieszeni”. Po odejściu liberalnego skrzydła partii do PJN (partia Kowala, ze swoimi jednostajnymi pohukiwaniami pod hasłem „nigdy nie podwyższymy podatków” już dawno zaczęła w kwestiach ekonomicznych dryfować w okolice amerykańskiej Tea Party) miał wyjątkową okazję do ujednolicenia przekazu w kwestiach gospodarczych. Nadal woli jednak lewitować między profesorem Żyżyńskim a Zytą Gilowską, usiłując udowodnić, że nie widzi w tym żadnego problemu.

 

Ta krótka prezentacja politycznego status quo dość dobrze ilustruje problem, jaki partie lewicowe, czy szerzej – progresywne – mają nad Wisłą. Poziom ekonomicznego analfabetyzmu, jaki występuje w polskiej debacie publicznej przygnębia. Dziś można wmówić osobie ledwo wiążącej koniec z końcem, że zwiększenie podatków najbogatszym, dzięki czemu budżet państwa miałby więcej pieniędzy m.in. na aktywną politykę rynku pracy, wyższe świadczenia rodzinne czy dla bezrobotnych to bandytyzm. Osoby kwestionujące taki tok myślenia, nawet wyposażone w przyzwoite argumenty, wybierają się na wojnę Dawida z Goliatem. Kiedy w jednym z tekstów skrytykowałem pomysły ekonomiczne mieniącego się lewicowcem Janusza Palikota, obnażając fakt zdawać by się mogło dość oczywisty, a mianowicie taki, że jest zwykłym, neoliberalnym populistą, jednym z pytań-stwierdzeń, które pojawiało się w komentarzach było to, czemu wypowiadam się na tematy ekonomiczne, nie posiadając stosownego wykształcenia. Co ciekawe, w debacie publicznej słyszy się peany na cześć ekonomicznego wizjonerstwa ministra Michała Boniego, sypiącego a to strategią „Polska 2030”, a to raportem „Młodzi 2011”, będącego z grubsza (jeszcze kilka lat studiowania przede mną) takim samym kulturoznawcą, jak i moja skromna osoba.

 

Stereotypy dotyczące tego, jak funkcjonuje świat, potrafią być dojmująco bezrefleksyjne. Całkiem niedawno śledzony przeze mnie na jednym z portali społecznościowych dziennikarz ekonomiczny obwieścił hiobową wieść – rząd podniósł płacę minimalną na przyszły rok do zawrotnej wysokości 1.500 złotych brutto, więc możemy szykować się na wzrost bezrobocia. Na moje – zadane w neutralnym tonie – pytanie na temat tego, czy dysponuje danymi dotyczącymi wpływu poprzednich podwyżek płacy minimalnej na wzrost bezrobocia, odpowiedział rozbrajająco, że nie ich nie zna. Zupełnym przypadkiem dotarłem do tych danych, które znalazłem w… najnowszym programie wyborczym PO. W 2005 roku, kiedy płaca minimalna brutto wynosiła 849 złotych, stopa bezrobocia wynosiła na początku roku 19%. W 2011, gdy urosła do 1386 złotych – 12,8% w pierwszym półroczu. Oczywiście że po drodze zdarzały się zmiany, które mogły stymulować zatrudnienie, przynajmniej wedle neoliberalnej ortodoksji, takie jak np. obniżka składki rentowej, jednak trudno w obliczu takich danych formułować tak daleko idący wniosek, jak wyciąganie automatycznej korelacji między wzrostem płacy minimalnej a spadkiem poziomu zatrudnienia, pomijając takie kwestie, jak chociażby pobudzanie popytu wewnętrznego poprzez podwyżkę płac. Swoją drogą na temat tego, z jaką lekkością Platforma Obywatelska wrzuca do swoich opracowań wykresy, które po chwili analizy dowodzą rzeczy zupełnie odwrotnych, niż chciałaby partia Donalda Tuska, można by zresztą napisać całkiem interesującą rozprawę naukową.

 

Wszystkie te poruszone przeze mnie kwestie mogą wydawać się abstrakcyjne dla odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Polsce nie ma lewicy, dla mnie wydają się jednak kluczowe. Lata neoliberalnej indoktrynacji sprawiły, że opinia publiczna przyjęła założenie, według którego nauka społeczna, jaką jest ekonomia, winna być traktowana, jak mieszanka religii i nauki ścisłej, z jej własnymi prawami i dogmatami. Niezwykle trudno jest przekonać obywateli do większego zaufania wobec innych, czego efektem eksplozja grodzonych osiedli, że budżet państwa funkcjonuje nieco inaczej niż budżet domowy, a mierzenie makroekonomicznych efektów zmiany podatkowej poprzez pryzmat pojedynczego przedsiębiorstwa, delikatnie mówiąc, ma swoje ograniczenia. Z tego punktu widzenia – rzeczywistości, w której już nie tylko lewicowe myślenie, ale samodzielne myślenie w ogóle bywa towarem deficytowym – poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o to, w jaki sposób zbudować progresywną ofertę polityczną dla prawicowego status quo wydaje się zadaniem tytanicznym.

 

Niedawno prowadziłem prace programowe nad nowymi uchwałami i programem wyborczym Zielonych. Na własne oczy przekonałem się, jak wiele udało się nam dokonać w ciągu lat – od pozycji ubogiego, ekologicznego krewnego Unii Wolności, do głównego nurtu europejskiej ekopolityki. Jestem przekonany, że Zielony Nowy Ład – publiczne inwestycje w przyjazną środowisku przemianę gospodarki, tworzenie nowych, trwałych miejsc pracy w takich sektorach, jak energetyka odnawialna, transport zbiorowy czy energooszczędne budownictwo, inwestycje we wspólne dobro, jakim jest ochrona zdrowia czy edukacja – może przyczynić się do budowy lepszego, bardziej egalitarnego społeczeństwa. Wydaje mi się, że jest to to niezbędne przewartościowanie w lewicowej polityce, jakiego potrzebujemy w dzisiejszych czasach. Jak mawiamy, odrzucając stereotypy, zielony to dojrzały czerwony.

 

Sęk w tym, że by w ogóle budować polityczną alternatywę, trzeba umieć przełożyć język wielkich idei na atrakcyjną narrację dotyczącą codziennego życia. W innych krajach, mniej dotkniętych neoliberalnym ukąszeniem, z nieprzerwanymi tradycjami ruchów postępowych, przestrzeń do artykulacji takich marzeń jest znacznie szersza. Nad Wisłą, gdzie – jak trafnie zauważył Adam Ostolski – nadal bardziej ceni się tanią pracę niż innowacyjne myślenie, tej przestrzeni jest znacznie mniej. Z tej perspektywy większym niż rzekoma nieprzystawalność kwestii kulturowych i społecznych, lansowana przez część środowisk lewicowych, jest po prostu brak umiejętności artykulacji własnych interesów i aspiracji przez szerokie rzesze polskiego społeczeństwa. Zabetonowana scena polityczna nie ułatwia przełamania tego marazmu. Oznacza to konieczność albo politycznych kompromisów, albo pogodzenia się z długim marszem i budową społecznej świadomości. Moim zdaniem obie te drogi mają swoje szanse i ograniczenia, a środowiska, wybierające jedną z nich nie powinny obrażać się na drugie. Można się różnić, ale kłótnie na kanapach – choć z pewnością widowiskowe – zmieniają rzeczywistość w sposób znacząco mniejszy, niż kłótnie na Wiejskiej. Pamiętajmy o tym.

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *