Wyobraźmy sobie dostępną edukację

czyli: „można coś jednak zmienić, panie Oskarze!”

 

Autorem podtytułu mojego tekstu jest (pan) Oskar Szwabowski. Mimo, że korci mnie, żeby odpowiedzieć na jego tekst tym samym kuriozalnie paternalistycznym tonem, który on nadał swojej polemice, postaram się skupić na meritum naszego sporu, czyli, (mam wrażenie) konfrontacji dwóch perspektyw ideologicznych wobec pytania o uniwersytet.

 

Okopać się!

Dobrze więc. Nazwijmy moją perspektywę socjaldemokratyczną¸a perspektywę Oskara Szwabowskiego – rewolucyjną. You say des magiques words: ode mnie możemy na wstępie przestać oczekiwać ‘radykalnego przekraczania granic wyobraźni’, od Oskara Szwabowskiego – zacząć go wymagać.
Opis mojego stanowiska przez Szwabowskiego jest dość trafny, z tym że to, co ja postrzegam jako siłę moich argumentów, on nazywa ‘zamykaniem narracji w gnijących formach socjaldemokratycznych’. Jak słusznie zauważa Szwabowski, mój tekst był próbą zakreślenia wspólnego frontu walki o uniwersytet. I dlatego też nie zajmowałam się w nim wykluczaniem innych niż moja perspektyw ideologicznych służących różnym środowiskom do uzasadnienia tej walki.  To prawda, że nie zająknęłam się w swoim tekście o reprodukcji nierówności, o kapitale symbolicznym; nie zaznaczyłam, czy przeczytałam ze zrozumieniem Bourdieu i Deborda. Piszę również ‘kapitał’ z małej litery. I wciąż uważam to wszystko za drugorzędne wobec samej potrzeby podjęcia dyskusji. Szwabowski ocenia, że mój tekst unika odpowiedzi na podstawowe pytania. Zgoda – mój tekst był, że powtórzę, próbą zarysowania frontu ZANIM przejdziemy do realnego konsultowania stanowisk. Dopiero odpowiedź Szwabowskiego pokazała mi czarno na białym, że samo to założenie było niesłuszne: być może rzeczywiście część radykalistów w ogóle nie jest zainteresowana walką o instytucję uniwersytetu jako taką; być może chcą od razu przejść do radykalnej krytyki tego umierającego (czy też: ‘gnijącego’) organizmu.

Szwabowski pisze: „Narracja socjaldemokratyczna traktuje edukację jako niepodważalne dobro, a szkołę (w tym uniwersytet) jako miejsce wyrównywania nierówności. Uniwersytet postrzega się jako przestrzeń wolną od rynku i nadzoru państwa.” Myślę że jasne jest, że taki opis dotyczy sfery ideałów. Tak, w narracji socjaldemokratycznej chodzi o uniwersytet wolny od nadzoru państwa. „Wskazuje się tu na liberalną koncepcję autonomii, gdzie wspólnota badaczy kieruje się już nie tyle Prawdą, ile dobrem społecznym.” Jedno nie wynika z drugiego: liberalna koncepcja autonomii nijak nie przedkłada dobra społecznego nad poszukiwanie prawdy – jeśli już, dzieje się dokładnie na odwrót. Liberalizm chyba z resztą stosowany jest w tym wywodzie wymiennie z socjaldemokracją? Dalej: „W tej narracji analizowana instytucja ma pełnić rolę strażnika demokracji, wytwarzać krytyczne podmioty, które wspierają dalszy rozwój społeczny. Tym samym neoliberalne zmiany edukacyjne jawią się jako zamach na samą demokrację” – tak, podpisuję się.

Ciekawie robi się dalej: „Można zauważyć, że narracja liberałów etycznych i socjaldemokratów łączy się z narracją konserwatywną, (…).” Tak! I co więcej, ja bym sobie życzyła, żeby konserwatyści, zwłaszcza ci, którzy wołają o Atenach i Jerozolimie, przyłączyli się do walki przeciw ukorporacyjnieniu wiedzy.  „(…) sprowadzając się do obrony przywilejów pewnej grupy zawodowej, która nie zostałaby zredukowana do pracy najemnej, lecz pozostała na poziomie wolnych rzemieślników” – To już autorska interpretacja pana Szwabowskiego. Nie sądzę, aby w dzisiejszych warunkach podział na pracę najemną i wolnych rzemieślników na uczelni był jakkolwiek kluczowy: status ogromnej większości pracowników jest po prostu zły i stale się pogarsza. Nieliczni walczą dziś o utrzymanie przywilejów, liczni – o godne warunki pracy.

Jak widać, perspektywa socjaldemokratyczna umożliwia niekiedy podanie ręki konserwatystom, tym konserwatystom, którzy dostrzegają niebezpieczeństwo korporacyjnego świata – bo przecież są tacy.  Rozkwit neoliberalizmu i apetyt korporacji przerósł tradycyjne triduum liberalno-konserwatywno-socjaldemokratyczne: wobec takiego zagrożenia, nowe, zadaniowe alianse to polityczna konieczność. Moim zdaniem w tym wypadku bliskość z konserwatystami jest budująca, bo pozwala na szukanie sprzymierzeńców i działanie w szerokim kontekście politycznym. Tymczasem  zdanie „uniwersytet to przeżytek, naprawdę, dajmy sobie spokój i myślmy lepiej, co dalej” –  mógłby wypowiedzieć, z przeciwległych pozycji, zarówno Oskar Szwabowski, jak i betonowy neoliberał.

 

Śmierć pluralizmu w edukacji: cd diagnozy

 

Zanim przejdę do właściwej polemiki z radykalnymi pozycjami Szwabowskiego, dokończę moje socjaldemokratyczne dywagacje.
Uniwersytet jako jedna z czołowych instytucji świata Zachodu znajduje się obecnie w stanie bezprecedensowej zapaści i grozi jej całkowite opanowanie przez korporacje. Jeśli mam rację, to przy bierności rządów europejskich obecny kryzys będzie postępował, aż za kilkanaście, góra kilkadziesiąt lat JEDYNĄ alternatywą wobec korporacyjnego dostarczyciela zmodularyzowanej informacji, jakim stanie się uniwersytet, będą rozmaite formy samokształcenia (o których dziś mówi się jako o radykalnych, wolnościowych projektach). Powstający obecnie rynek nauki upodobni się do dzisiejszego rynku wydawniczego, i to w dodatku w wydaniu anglosaskim: edukacja będzie droga, bardzo opłacalna dla korporacji, pakowana w atrakcyjne, błyszczące opakowania; ilość podmiotów zmniejszy się przynajmniej o połowę, opór wobec korporacyjnej polityki kulturowej oprze się na internecie (czyli: znasz się na Heglu, zrób seminarium we własnej sypialni, zarobisz przyzwoite 100 euro w godzinę.)

Przypadek Wielkiej Brytanii jest szczególnie ważny, bo system brytyjski jest smutną awangardą przemian neoliberalnych; angielski system był prototypem zapisów reform bolońskich, kryteria transferabilty i calculability też pochodzą z zapisów brytyjskich.[1] Porównanie rynku edukacyjnego do rynku wydawniczego jest w tym kontekście bardzo owocne, bo oba procesy zawierają wiele strukturalnych różnic. Ilość  dużych wydawnictw systematycznie maleje, największe sieci księgarń upadają; udział internetu w dystrybucji książek przekroczył już 25%. Równocześnie powstają natomiast tysiące jedno/dwu-osobowe wydawnictwa ‘sypialniane’, które wydają po kilka książek rocznie i wysyłają je do internetowych kupców wprost ze swojego strychu. Skutek: świadomy czytelnik ma ogromny wybór niszowych, ale często mało wartościowych wydawnictw; czytelnik leniwy, który kieruje się listą bestsellerów w Foylesie, ma do wyboru coraz mniejszy wachlarz autorów, ponieważ korporacyjne wydawnictwa podpisują kontrakty tylko z bezpiecznymi, ‘taśmowymi’ autorami którzy już wyrobili sobie markę.

W latach ’70  powstawały liczne i cieszące się ogromną popularnością oddolne inicjatywy wydawnicze, które dziś są systematycznie wykupywane przez największych.  Ponad 40% rynku wydawniczego w Wielkiej Brytanii należy do trzech największych korporacji (Hachette, Bertelsman, Pearson). Strategie marketingowe nastawione na złowienie czytelnika opierają się na ułudzie utrzymywania dawnej polityki wydawniczej (np stare wydawnictwa feministyczne, które w latach ‘90 zostały wykupione, do dziś utrzymywane są jako fikcyjna ‘marka’ przez Pearsona czy Bertelsmana, mimo że ani nie wydają już radykalnej myśli feministycznej, ani nie wspomagają młodych pisarek, jak kiedyś.) [2]

Przy obecnym kursie polityki edukacyjnej czeka nas analogiczny zalew tego typu fikcyjnych organizmów w świecie edukacji: na pierwszy ogień pójdą nauki humanistyczne, najbardziej płynne i łatwe do zmanipulowania,  najbardziej niewymierne jeśli chodzi o wyliczenie zwrotu inwestycji (oblicza się to  na podstawie stosunku kosztów studiów pojedynczego studenta do statystycznego dochodu uzyskanego z całości  życia zawodowego) .
Nawet jeśli stare nazwy zostaną, nowa treść oznaczać będzie odejście od humanistyki takiej, jak ją rozumiemy dziś. To się już dzieje, kierunki humanistyczne już są redukowane lub przekierowywane ‘w wyższe rejony opłacalności’ (pisałam o tym w poprzednich tekstach dla NP)
Można pofantazjować o tym, jak edukacja może wyglądać za 10-20 lat:  właściciele Uniwersytetu Warszawskiego®, Mitsubishi&Deloitte będą fundować najlepszym tysiącowi najlepszych studentów nauk ścisłych stypendia, zapewne im. Jana Pawła II;  Sorbonne-Michelin zacznie wydawać  opracowane przez zespoły fachowców rankingi restauracji światowych a Apple-UCLA wykształci przyszłe kadry Google-Microsoft.
Potoczne rozumienie postępu cywilizacyjnego jako unowocześnienia i stopniowego odchodzenia od zapyziałego kiczu może się okazać dalece zgubne: kicz jest i będzie korporacjom niezbędny i z łatwością opanuje domenę edukacji. Lokalny ‘folklor’ zostanie wpasowany w strategie korporacyjne, na które zapewne nabierze się większość studentów-klientów; być może w ten sposób zachowanych zostanie ileś ‘lokalnych specjalności’ (spodziewałabym się inauguracji takich kierunków jak Wiedza o Janie Pawle II na UJ czy Gastronomia: specjalizacja Wódki Polskie – te pierwsze z pewnością przyciągałby studentów z Ameryki południowej, a to daje dodatkowe punkty rankingowe za procent studentów zagranicznych). Bardzo możliwe, że ogół społeczeństwa w ogóle nie uzna tych zmian za niebezpieczne.

 

 

Racje radykalizmu

Bez poważnego namysłu, czy możliwy jest Uniwersytet niereprodukujący nierówności społecznych, który wyklucza ludzi ze studiowania, tworzenie lewicowej praktyki wobec edukacji jest niemożliwe. Stańczuk bez zająknięcia zaś pisze o „zagwarantowaniu obywatelom dostępu do wyższej edukacji opartego na kryteriach merytorycznych”. Tak jakby egzaminy nie sprawdzały portfela, tak jakby Kapitał Kulturowy nie miał nic wspólnego z Kapitałem. Tak jakby sposób uprawiania refleksji uniwersyteckiej nie był związany z grą prestiżu właściwą klasie próżniaczej.”  Celnie odpowiedział na  to autor bloga fronesis:  „Oczywiście na pewnym poziomie analizy , trzeba się zgodzić z Oskarem, że Uniwersytet to fabryka, że powstał jako jedna (razem z Państwem) instytucji kapitalistycznego nowoczesnego systemu-świata. Oczywiście pełna zgoda, że struktury wiedzy „przylegają” do struktur kapitału. Oczywiście zgoda, że należy odmyśleć” zgubne dziewiętnastowieczne, kapitalistyczne dziedzictwo i rozpocząć nowe otwarcie.”[3]

Tak, musimy się zastanawiać nad tym, jak redystrybuować kapitał kulturowy: pytanie zasadnicze brzmi dla mnie, czy zastanawiamy się nad formami równoważenia dystrybucji kapitału kulturowego w sytuacji istnienia instytucji uniwersytetu czy jej braku; albo rozmawiamy o żywym, albo o trupie. Póki mamy co redystrybuować, możemy rozmowę prowadzić kulturalnie. A co potem?

Nie wiem, ile procent z tego, co się obecnie w Polsce pisze i publikuje, zwłaszcza jeśli chodzi o publicystykę,  jest możliwe dzięki temu, że pracownicy naukowi i intelektualiści mają finansowy punkt zaczepienia w postaci uniwersytetu. Można oczywiście wrócić do modelu hommes de lettres,  pod warunkiem, że intelektualistów będziemy mieli w kraju nie więcej niż parędziesiąt. Ale rozumiem, że nie takie jest założenie naszych rew0lucjonistów. Jakie więc jest, poza nieustannym nawoływaniem do używania wyobraźni?  Poza zachęcaniem do  rozmaitych form samokształcenia i organizacji pozasystemowych ośrodków nauczania, ‘europejski ruch marksistowski’ (i inne formuły rewolucyjne) nie zaproponował dotychczas, wedle mojej wiedzy, przekonującej alternatywy dla uniwersytetu. KLF opiera się póki co na mapowaniu dotychczasowych pomysłów, a te ograniczają się do metod przekazu wiedzy: internet, autonomiczne kolektywy samokształceniowe, etc. Kwestie finansowania i organizacji procesu produkcji wiedzy pozostają nierozwiązane. Nie muszę chyba zresztą o tym mówić – Szwabowski sam nieustannie pisze o potrzebie wyobraźni, której brak mi zarzuca. Doskonale. Wydaje się jednak, że moja definicja walki nie wyklucza jego propozycji;  jego definicja zaś zdecydowanie wyklucza moją. Uważam, że póki co, bez kapitałów nagromadzonych przez obecne instytucje, nie potrafimy wyobrazić sobie działania w sferze edukacji.

 

Pytanie o wyobraźnię

W walce o dostępność wiedzy każdy z nas ma prawo szukać podbudowy filozoficznej tam, gdzie się to jej czy jemu podoba. Różne lektury mogły nas doprowadzić do lewicowych pozycji; nudzi mnie to samozamykanie się lewicy w perspektywie wyłącznie post-marksistowskiej, nudzi mnie patrzenie przez okulary przetartej, akademickiej New Left. Oczywiście, Marks jest lewicy potrzebny do analizy przepływu kapitałów, zwłaszcza zważywszy obecne przemiany w kierunku gospodarki opartej na wiedzy. Nie widzę jednak powodu, żeby się marksizmie okopywać albo tym bardziej, żeby w ten sposób mierzyć ‘prawdziwość’ lewicowości.

Sama temat edukacji odkrywam na nowo przez Bergsona, i okazuje się to na szczęście znacznie mniej egzotyczne, niż by się na pierwszy rzut oka mogło wydawać. W wydanej w 2010 roku książce L’Avenir des Humanites: Économie de la connaisance ou cultures de l’interpretation (Przyszłość humanistyki: gospodarka wiedzy czy kultury interpretacji) Yves Citton podejmuje temat przemian gospodarki wiedzy odnosząc się, o radości, nie do Zaklętego Kręgu Kapitału Symbolicznego, tylko właśnie Bergsona, Deleuze’a, Spinozy. Zadaje tam szereg pytań:  Czy prawdą jest, że lada moment czeka nas przewrót gospodarczy związany z faktycznym przejściem w tzw. gospodarkę opartą na wiedzy? Jeśli tak, czym staje się wówczas śmierć uniwersytetu? Czy prawdą jest, że stopniowo wykluczamy intuicję jako metodę poznania (nauczania), tym samym pozbawiając się jednej z podstawowych i nielicznych przewag umysłu ludzkiego nad komputerem? Co to faktycznie oznaczać będzie dla społeczeństwa, jeśli znany nam  model akumulacji dóbr (kapitalizm) zamieni się w akumulację wiedzy i kto będzie w nowym systemie ‘robotnikiem’ a kto ‘kapitalistą’:  jak pogodzić społeczny charakter produkcji wiedzy z prywatnym wymiarem jej przyswajania? Jak sprzeciwić się sytuacji, w której, analogicznie do kapitalizmu dóbr, wolność produkcji i gromadzenia bogactwa stanie się przyczyną nędzy ogromnej większości globalnej populacji?  To też są pytania, które warto sobie w kontekście edukacji zadawać. I są to kwestie,  których dojść można różnymi drogami. Jednym z przywilejów czasów, w których żyjemy, jest właśnie to, że przychodzi nam wypracowywać języki opisu bezprecedensowego przełomu. Obecny kryzys uniwersytetu, czy szerzej – dotychczasowego rozumienia tego, czym jest wiedza, stawia nasze pokolenie przed wyzwaniem teoretycznym i praktycznym o rzadkiej skali. I też dzięki temu, jak sądzę, mamy większą wolność w budowaniu ideologicznych aliansów właśnie. Pojęcia ‘konserwatysta’, ‘liberał’, ‘socjaldemokrata’ mogą nadal opisywać pewne elementy konstelacji przekonań, ale w obliczu pytania o być albo nie być humanistyki, kto wie, może każdy z nich okaże się humanistą właśnie.

 

 

O co walczymy?

Moje rozumienie walki o uniwersytet jest więc następujące: należy go ratować jako instytucję, dlatego że a) nie mamy gotowego pomysłu na przekonującą alternatywę systemową, a działać trzeba TERAZ, b) walka o instytucję nie wyklucza, lecz przeciwnie, WSPIERA powstawanie inicjatyw pozauniwersyteckich, c) walka ze status quo to dzisiaj walka z realną możliwością ukorporacyjnienia nauki jako takiej, a nie luźne rozważania o alternatywnych ośrodkach przekazu wiedzy.  Intelektualna podbudowa walki o uniwersytet jest oczywiście kluczowa dla jej sukcesu, należy jednak z góry przyjąć, że perspektywy ideologiczne jej uczestników mogą i powinny być najrozmaitsze.

 

 

 

 

Kinga Stańczuk, Nowe Peryferie, KLF-Paris

 

Bibliografia:


[1] H.Smith, M.Armstrong, S.Brown, Benchmarking And Threshold Standards In Higher Education, Staff and Educational Development Series, London, 1999

[2] Seminarium o rynku wydawniczym Jane Rogers, Paris Sorbonne-IV, kwiecień  2011

[3] http://fronesis.blox.pl/2011/04/Na-kolanach-ale-do-przodu.html

Kinga Stańczuk
Absolwentka romanistyki i historii idei na London University. Tłumaczy z angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego. Naukowo zajmuje się teoriami państwa, francuską myślą nowożytną i filozofią prawa. https://twitter.com/KingaStanczuk