featured, internet

O programie „Komputer dla ucznia”

AUTOR

Filip Białek

ur. 1984, członek redakcji Nowych Peryferii, czasem pisze też gdzie indziej

Prawdziwym problemem nie jest to, czy maszyny myślą, ale czy ludzie to robią.

B.F. Skinner

 

Reformy w polskim szkolnictwie charakteryzują się kilkoma cechami. Po pierwsze, są przeprowadzane lekkomyślnie. Autorzy reform nie analizują możliwych negatywnych konsekwencji proponowanych przemian zakładając, iż sam fakt zmiany automatycznie przyniesie same korzyści. Po drugie, wprowadzane są zbyt szybko, bez należytego przygotowania. Można odnieść wrażenie, iż nasi reformatorzy sądzą, że samo napisanie odpowiedniej ustawy rozwiąże wszelkie problemy, a rzeczywistość dostosuje się do nowych praw bez żadnych perturbacji. Trzecią i bodaj najważniejszą cechą charakterystyczną reform polskiego szkolnictwa jest fakt, że praktycznie zawsze pogarszają one sytuację szkół.

Sztandarowym przykładem jest tu wprowadzenie gimnazjów. Brak odpowiedniej infrastruktury doprowadził do tego, że w wielu przypadkach gimnazja i tak były połączone z podstawówkami bądź liceami, co w zasadzie prowadziło do zaprzeczenia podstawowych założeń reformy. Dla każdego doświadczonego pedagoga jasne było, że zmiana ta była lekkomyślna.. Dojrzewający nastolatkowie „wrzuceni” w nowe środowisko musieli walczyć o wyrobienie sobie pozycji w grupie – skutkowało to wzrostem stresu i agresji tak w przypadku uczniów jak i nauczycieli. Bilans reformy jest więc zdecydowanie negatywny, czego nie chcą przyznać chyba jedynie jej twórcy.

Wszelkie znaki wskazują, że najnowsza reforma, którą urzędnicy chcą zaserwować naszemu szkolnictwu równie dobrze wpasuje się w schemat opisany w pierwszym akapicie. Mowa tu o programie „Komputer dla ucznia”, który – jak nazwa wskazuje – zakłada wyposażenie uczniów w komputery. Pieniądze na ten cel mają pochodzić z konwersji opłat koncesyjnych, którymi mieli być obciążeni operatorzy sieci komórkowych. Operatorzy zostaną zwolnieni z opłat, o ile zakupią netbooki dla uczniów, oraz zainwestują pewne sumy w infrastrukturę telekomunikacyjną. W uzasadnieniu do ustawy o konwersji czytamy, że projekt zakłada zakup komputerów dla kolejnych pięciu roczników pierwszoklasistów począwszy od roku szkolnego 2011/12. Cel ten pochłonie wg obliczeń MEN prawie 220 mln euro.

Na pierwszy rzut oka projekt jest świetny. Szkoły staną się nowoczesne, wykluczenie cyfrowe zostanie zminimalizowane, a cała Polska wykona wielki skok w stronę społeczeństwa informacyjnego. Jednakże po przeczytaniu dwóch rządowych dokumentów związanych z planowaną reformą (Uzasadnienie do ustawy o konwersji umts oraz tekst MEN Nowe technologie w edukacji) entuzjazm wobec do reformy dość szybko słabnie. Szukałem w tych tekstach jakichś danych, które wpierałyby tezę o konieczności wyposażenia uczniów w komputery, jednak poza powtarzającymi się sloganami o tym, jak bardzo ważna jest nowoczesna technologia dla współczesnej gospodarki nie odnalazłem tam praktycznie żadnych argumentów. W obydwu dokumentach tylko jeden jedyny raz natrafiamy na wzmiankę o badaniach wskazujących na korzyści, jakie przynoszą edukacji komputery. Wzmianka ta zaczyna się od słów „zdaniem amerykańskich naukowców…” a w przypisie mamy odesłanie do artykułu z Rzeczpospolitej. Istne kuriozum. Jeżeli rządowi urzędnicy opierają decyzję o wydaniu prawie miliarda złotych na podstawie popularnonaukowych notek zamieszczanych w prasie codziennej, to winniśmy modlić się o jak najwyższą jakość polskich gazet. A z tą przecież krucho, co mogłoby tłumaczyć fatalny stan polskiego państwa. Wydaje się, ze autorzy rządowych dokumentów przyjmują za pewnik twierdzenie o konieczności wyekwipowania uczniów w komputery. Jednakże nawet niezbyt dogłębne zbadanie sprawy pokazuje, że kwestia jest dużo bardziej skomplikowana.

Zacznijmy od kilku pytań ogólnych pytań.

  1. Czy istnieją przesłanki wskazujące, że komputery w klasach mają pozytywny wpływ na wyniki osiągane przez uczniów?
  2. Zakładając, że laptopy mogą rzeczywiście pomagać w nauce, jakie warunki muszą być spełnione, aby reforma przysłużyła się szkolnictwu?
  3. Czy intensywne używanie komputerów przez uczniów wiąże się z jakimś zagrożeniami?
  4. Jakie dodatkowe koszty będzie generować wyposażenie uczniów w komputery?

 

Odnośnie pierwszego pytania. W USA wiele szkół zostało poddanych podobnym programom, a ich skutki często był badane. Lori B. Holcomb w tekście z 2009 roku relacjonuje badania przeprowadzone w amerykańskich szkołach, gdzie wdrożono tego typu projekty. Wynik nie są jednoznaczne. W niektórych miejscach po wyposażeniu uczniów w komputery rzeczywiście odnotowano poprawę wyników nauczania (Maine), w innych nie odczuto zmiany (Texas), a w jeszcze innych (szkoły w stanie Nowy Jork, czy w Wirginii) rezultaty były na tyle złe, że programy zamknięto. Tam, gdzie wprowadzenie laptopów nie zdało egzaminu, stwierdzano, że uczniowie wykorzystują je głównie do grania, ściągania pornografii i oszukiwania w testach. Wskazywano również, że jedna piąta uczniów w ogóle nie używa komputerów do nauki, a znaczna część nauczycieli nie traktuje nowych technologii jako pomocy. Niektórzy pedagodzy stwierdzali wręcz, że komputery zamiast pomagać działają jak dystraktory. Podobne dane uzyskał Mark Warschauer, który przebadał dziesięć szkół w Kalifornii. Praktycznie w żadnej szkole nie odnotowano polepszenia rezultatów osiąganych w testach. Warschauer stwierdza, że laptopy nie są cudownym lekarstwem na bolączki, z którym zmagają się szkoły. Komputery raczej wzmacniają dotychczasowe tendencje. Szkoły, które radzą sobie dobrze mogą rzeczywiście zyskać na wprowadzeniu laptopów, jednakże słabsze placówki jeszcze bardziej obniżają poziom.

Z tych tekstów wynika jedno: teza o wielce korzystnym wpływie laptopów na nauczanie jest co najmniej wątpliwa. Co ciekawe, i Warschauer i Holcomb są entuzjastami używania komputerów na lekcjach. Twierdzą oni jednak, że trudno mówić o bezpośrednim i jednoznacznym wpływie nowych technologii na szkolnictwo. Wskazują raczej na to, że warunkiem uzyskania realnych korzyści jest rzetelne przygotowanie się do wprowadzenia laptopów. Przechodzimy więc do drugiego pytania: Jakie warunki muszą być spełnione, aby reforma przysłużyła się szkolnictwu?

Przede wszystkim należy pamiętać, że badania wskazały, że komputery mają pozytywny wpływ na szkolnictwo tylko w bardzo dobrych szkołach. Pokazuje to, iż i tak ostatecznie jakość edukacji zależy od nauczyciela. Jeśli nauczyciel nie uczy dobrze, to laptopy raczej mu przeszkodzą niż pomogą. Wniosek z tego taki, że aby odnieść korzyści z wprowadzenia laptopów do szkół należy zainwestować znaczne środki w dokształcanie nauczycieli. I nie chodzi tu tylko o kursy korzystania z nowoczesnych technologii na lekcjach, ale o ogólnokrajowe programy prowadzące do podwyższenia poziomu nauczania w szkołach. Kolejnym warunkiem jest wyposażenie laptopów w odpowiednie oprogramowanie. Programy edukacyjne muszą być starannie przemyślane i doskonale wykonane, tak aby nie rozpraszały uczniów. Dalej, sam sprzęt musi być dobrej jakości, by nie psuł się zbyt często. Koszty utrzymania programu mogą znacznie wzrosnąć przy ciągle psujących się laptopach. Wymieniłem tu tylko najbardziej oczywiste kwestie, które powinny być brane pod uwagę przy konstruowaniu programów typu „Komputer dla ucznia”. W dalszych częściach tekstu sprawdzimy, czy nasi urzędnicy biorą je w ogóle pod uwagę.

Z całą pewnością odpowiednie ministerstwa nie stawiają sobie jednego pytania: czy wprowadzenie laptopów do szkół wiąże się z jakimś zagrożeniami? Przechodzimy więc do trzeciego pytania. Zacznijmy od anegdoty. Jane Healy – psycholożka specjalizująca się w edukacji i neuropsychologii –w swojej książce „Failure to connect” relacjonuje sytuację, którą zaobserwowała w elitarnej prywatnej szkole. Nauczyciel zaprasza dzieci wyposażone w laptopy do odbycia wirtualnej podróży po Ameryce Łacińskiej. Po kilku minutach poszukiwań uczniowie wchodzą na stronę sieci hoteli, by porównywać hotelowe łóżka i baseny. „Wirtualnej podróży” towarzyszą okrzyki: „patrz, ale super!”. Cóż, chyba nawet najwięksi entuzjaści laptopów w szkołach nie będą twierdzić, że ocenianie standardu różnych hoteli ma wielkie walory edukacyjne.

Z tej relacji można jednak wysnuć bardziej ogólne wnioski. Czy ta historyjka nie przypomina nam czegoś? Czy my sami nie doświadczyliśmy bardzo podobnych sytuacji? Gdy na przykład czytając jakiś bardzo ciekawy tekst, zostajemy nagle zaskoczeni pewną informacją i wpisujemy określony zwrot w google. Trochę o tym czytamy, później klikamy jakiś interesując link, później kolejny i tak mija godzina, a my zostajemy na dobre oderwani od tekstu, który tak bardzo nas interesował. Tak właśnie działa internet i tak my działamy w internecie. Hiperłącza, które są podstawą sieci znacznie utrudniają skupienie się na jednym, konkretnym tekście.

Naukowcy potwierdzają te obserwacje. Liu Ziming przeprowadził badania, w których próbował sprawdzić, jak komputery wpłynęły na sposób w jaki czytamy. Przebadał 250 wykształconych osób w wieku 30-45 lat, które odpowiadały na pytania dotyczące zmian w modelu czytania na przestrzeni dziesięciu lat. Ponad 80% ankietowanych stwierdziło, że czytanie coraz częściej polega na skanowaniu i przeglądaniu tekstu, 72% spostrzegło, że z dużo większą częstotliwością niż kiedyś obcowanie z tekstem ogranicza się do szukania słów kluczowych. Z kolei aż 45% badanych zaobserwowało spadek takich aktywności jak uważne, czy linearne czytanie, 49% uznało, że spadła ich umiejętność utrzymania wysokiej koncentracji. Wyjaśnieniem tych zmian jest fakt, że badani „przerzucili się” z czytania tekstów na papierze na czytanie dokumentów elektronicznych. Możliwości jakie dają komputery i internet sprawiają, że coraz trudniejsze jest utrzymanie dłuższej uwagi na jednym tekście – jak dzieci mają się uczyć, skoro nie będą potrafiły dokończyć żadnego tekstu, którego czytanie rozpoczęły?

Dość często mówi się, że choć tracimy możliwość koncentracji, to zyskujemy nową umiejętność: wielozadaniowość. Warto tu jednak przywołać słowa wzmiankowanej Jane Healy, która ostrzega, iż aby dziecko stało się rzeczywiście „wielozadaniowe” należy najpierw nauczyć je wypełniania pojedynczych zadań, a o to będzie trudno przy poważnych deficytach uwagi. W literaturze pojawiają się również inne negatywne skutki używania komputerów przez dzieci: wzrost poziomu agresji, spadek umiejętności interpersonalnych, czy też problemy z rozwojem motorycznym.

Przejdźmy teraz do czwartego pytania: jakie będą dodatkowe koszty wyposażenia uczniów w laptopy. Tutaj odpowiedź będzie krótka. Kentaro Toyama – badacz z Berkeley – stwierdza wprost: całkowity koszt wprowadzenia komputerów do szkół jest od pięciu do dziesięciu razy większy niż sam koszt sprzętu. Na dodatkowe koszty składają się: dystrybucja, utrzymanie, prąd, kursy dla nauczycieli, naprawy, wymiany sprzętu i wprowadzenie nowego programu nauczania.

Odpowiedzi na cztery pytania z początku tekstu powinny pozwolić nam bardziej merytorycznie ocenić program „Komputer dla ucznia”. Przede wszystkim zauważmy, że skoro nie istnieją żadne jednoznaczne dane wskazujące, że komputery pomagają na lekcjach, to sama istota projektu zostaje zakwestionowana. Po co wydawać prawie miliard złotych skoro nie ma żadnych przesłanek, które wskazywałyby, że ów miliard przyniesie realną korzyść? Pisałem już o tym, że przytaczane przeze mnie badania między innymi wskazują, że jakość edukacji nie zależy od narzędzi, którymi dysponuje nauczyciel, ale od samego nauczyciela. To nauczyciel jest najważniejszym ogniwem każdego systemu edukacyjnego – może więc raczej należałoby wydać ten miliard na szkolenia dla nauczycieli? Zresztą, alternatywnych scenariuszy wydania tych pieniędzy jest mnóstwo. Wg raportu GUS co czwarte polskie dziecko nie dojada i żyje na granicy ubóstwa. Czy naprawdę w kraju, w którym istnieją tego typu statystki najważniejszą potrzebą jest wyposażanie dzieci w laptopy?

Oczywiście można mówić tutaj o walce z cyfrowym wykluczeniem, o tym, że nie możemy dopuścić, by niektóre dzieci zostały odcięte od nowoczesnych technologii, bo to znacząco utrudni im start w dorosłe życie. Wszystko to prawda, ale zgodnie z danymi ministerstwa aż 90% dzieci ma w domu komputer. Zatem, czy naprawdę należy kupować wszystkim dzieciom komputery, niezależnie od zamożności ich rodziców? Nawet w krajach Zachodu podobne programy polegały raczej na tym, że państwo dofinansowywało zakup laptopów, a jakaś część spadała na rodziców. Czy nie lepiej byłoby więc zakupić te laptopy dla dzieci z biednych rodzin, a zamożnym rodzicom kazać dopłacać do komputerów?

Z drugiej strony (jak podpowiada mi redakcyjna koleżanka Agata Młodawska odnosząc się do Diagnozy Społecznej) wykluczenie cyfrowe dotyka raczej starszych osób niż dzieci. Dlaczego więc nie wyposażać w komputery właśnie seniorów oferując im dodatkowo kursy? Czytając o wpływie komputerów na ludzki umysł znalazłem dane, które wskazywały właśnie, że urządzenia te mają często dobroczynny wpływ na ludzi starszych. Działają podobnie jak rozwiązywanie krzyżówek, czy gra w szachy, przez co ćwiczą umysł, co może obniżać wystąpienie choroby Alzheimera. Nie mówiąc już o tym, że dostęp do internetu może pomagać starszym osobom w znalezieniu pracy.

Idźmy dalej. Urzędnicy zakładają wprowadzenie reformy w przyszłym roku szkolnym. Oczywiście da się to zrobić. Powiedzmy, że w lipcu rozpisze się przetarg na zakup sprzętu, w sierpniu się go zakończy, a we wrześniu rozda się uczniom komputery. Sukces! Reforma wdrożona w ekspresowym tempie. Ale kiedy zostaną przeprowadzone szkolenia dla nauczycieli? Możliwe, że urzędnicy wyobrażają sobie, że da się to zrobić w jakiś ciepły wrześniowy weekend. Śmiem jednak twierdzić, że to przesadny optymizm, skoro może się przecież okazać, że niektórzy nauczyciele w ogóle nie potrafią korzystać z komputerów. A nawet jeżeli założymy, że żaden z pedagogów nie ma problemów z obsługą sprzętu, to i tak wdrożenie w nowe oprogramowanie edukacyjne musi potrwać trochę dłużej. Poza tym, nauka obsługi odpowiednich programów nie będzie jedynym wyzwaniem które będą musieli podjąć nauczyciele. Będą oni przecież zmuszeni do tworzenia zupełnie nowych scenariuszów lekcyjnych, co też nie jest przecież taką prostą sprawą.

Dalej – oprogramowanie. Nie wiemy, czy trwają już jakiekolwiek prace nad stworzeniem software’u, który miałby być pomocą edukacyjną. Bo chyba rozdawane laptopy nie będą wyposażone jedynie w Windowsa, IE, i edytor tekstu. A przecież stworzenie odpowiedniego oprogramowania, to nie jest prosta sprawa. Wszak nie idzie tam tylko o pracę programistów – opracowanie programów edukacyjnych powinno zostać poprzedzone ustaleniami wielu specjalistów i doświadczonych nauczycieli, którzy będą wiedzieli, co może dziecku przeszkadzać, a co pomagać. Nie ma sensu już chyba wspominać o kwestiach infrastrukturalnych. Czy w klasach znajduje się odpowiednia ilość gniazdek, w przypadku, gdy znaczna część komputerów będzie wymagała podładowania? Czy szkolne sieci elektryczne wytrzymają dodatkowe obciążenie? Czy z każdego miejsca w klasie będzie się dało podłączyć laptopa do prądu? Nie sądzę, żeby tego typu pytania specjalnie kłopotały urzędników, a są to przecież istotne sprawy, które mogą znacząco wpłynąć na komfort prowadzenia lekcji.

Z dokumentów dotyczących planowanej reformy nie widać też, żeby ktokolwiek zastanawiał się nad zagrożeniami, jakie mogą wypływać z używania komputerów przez dzieci. W tekście „Nowe technologie w edukacji” możemy odnaleźć tabelkę, w której autorzy wymieniają słabe i mocne strony poszczególnych aspektów informatyzacji szkół. Na liście słabych stron nie znajdziemy niczego, co mogłoby wskazywać, że komputer może mieć negatywny wpływ na małego człowieka. Urzędnicy zdają się sądzić, że używanie laptopów ma same zalety. Jest to okoliczność daleko niepomyślna, gdyż można mieć obawy, że np. przy wyborze oprogramowania edukacyjnego nikt nie będzie kierował się troską o to, czy dany program przypadkiem nie wpływa negatywnie na koncentrację.

Przejdźmy jeszcze od kosztów. Tutaj może zaskoczę czytelników: otóż ministerstwo planuje, że koszt jednego laptopa będzie wynosił ok. 100€. Powodzenia. Nawet jeżeli da się za tą kwotę kupić jakikolwiek sprzęt, to będą to raczej komputery z najniższej półki, co może skutkować tym, że po dwóch latach nie będą się one nadawały do niczego. Przypomnijmy sobie też uwagę Toyamy: całkowity koszt wprowadzenia komputerów jest od pięciu do dziesięciu raza większy niż koszt samego sprzętu. Czy nasi urzędnicy są tego świadomi? Skąd rząd weźmie pieniądze, by utrzymać program przy życiu? Nie wiemy. Wiemy za to, że w bogatych USA wiele szkół, ażeby finansować podobne programy musiały zamykać inne – nie tak nowoczesne – inicjatywy. Dzieciom odbierano lekcje muzyki i sztuki z wykwalifikowanymi nauczycielami, kosztowne wycieczki, wizyty na basenie etc etc. A przecież oczywiste jest, że lekcja muzyki, czy plastyki z dobrym nauczycielem, w świetnie wyposażonej pracowni jest o niebo korzystniejsza dla małego dziecka niż pięciogodzinne ślęczenie nad komputerem, które dodatkowo będzie kontynuowane w domu. Polskie szkoły jednak nie będą musiały dokonywać tego wyborów. W Polsce bardzo często wybór będzie polegał na tym, czy ogrzać szkołę w zimę, czy wymienić zepsute laptopy na nowe.

Cały program „Komputer dla ucznia” skwitowałbym jednym słowem: skandal. Reforma jest wprowadzana zbyt szybko, bez należytych przygotowań, bez przemyślenia możliwych negatywnych skutków. Omawiany tu program prawie na pewno nie wpłynie pozytywnie na kondycję polskiego szkolnictwa. Skoro tak, to warto zastanowić się, dlaczego rząd próbuje tą reformę przeprowadzić. Można tu postawić trzy hipotezy.

  1. Urzędnicy bezrefleksyjnie, na przekór wszelkim danym wierzą, iż nowe technologie mają bezwzględnie pozytywny wpływ na uczniów.
  2. Idą wybory, więc rząd chce przypodobać się społeczeństwu poprzez rozdawanie dzieciom zupełnie niepotrzebnych przedmiotów.
  3. Zawsze szukaj tego, kto może zyskać… Na całej reformie najbardziej skorzystają koncerny, które podpiszą z rządem kontrakty na dostarczenie laptopów, wyposażenie komputerów w oprogramowanie i bezprzewodowy internet oraz szkolenia nauczycieli. Kto wie, może to jest właśnie główna przyczyna wprowadzenia programu „Komputer dla ucznia”

KOMENTARZE

  1. 1/4 dzieci żyje w ubóstwie, 90% ma komputery. może jeszcze nie mają prądu i gazu, a prowadzą bloga?

    Żarty żartami, ale jest np. system operacyjny opensourcowy dla edukacji – nie ma multitaskingu, można go zainastalować na bardzo starym sprzęcie. Zainwerstowanie w open sourcowy rozwój sysopu+oprogramowania do niego poprzez stypendia naukowe, projekty badawcze na uniwersytetach itp. + akcja zbiórki starych laptopów/instalowanie przez studentów oprogramowania na nie w ramach woluntariatu/dofinansowanie napraw mogło by dać szanse na rozwój w dobrym kierunku. samo zabezpieczenie komputerów uczniów przed wirusami+szkoły przed obciążeniem łącz bittorrentami będzie na dłuższą metę droższe niż zakup laptopów.

    a co do modyfikacji mózgu przez komputer – nie wiemy co to znaczy i czy to dobrze czy źle, straszenie tym jest słabe.
    poglądy polityczne też prawdopodobnie modyfikują fizycznie mózg (afaik powiększają/zmniejszą rejony odpowiedzialne za rozpoznanie niebezpieczeństwa (prawica) i opercje na sprzecznych informacjach (lewica)).

  2. takie są dane – przecież tego nie wymyśliłem, poza tym dość łatwo sobie wyobrazić jak to się dzieje
    zapewne na rodzicach ciąży presja zakupu komputera, bo przecież „wszystkie dzieci mają”

    dalej, podaje dane, które wskazują, że komputery nie są pomocne w szkołach więc po co szkołom system opensourcowy? że taniej? ale jak wydatek jest bez sensu to nei staje się nagle sensowniejszy przez fakt, że mniej kosztuje

    i nie straszę nikogo zmianiami w mózgu, stwierdzam tylko, że internet obniża koncentrację, co raczej nie jest pozytywną zmianą

    pozdrawiam

  3. http://www.wired.com/wiredscience/2011/04/multitasking-brains/

    to nie jest problem w stylu koncentracja – jest nie ma.
    zasadniczo ^^ pisze, ze mutitasking na komputerze pomaga odzyskac kocentracje po jej utracie, a nie bazuje na dekoncentracji. obnizenie koncentracji bylaby powodowane latwoscia koncentracji. dziwne to, ale działa.

    a z opensource – np. projekt otwarte podreczniki itp. sprzety. chodzi o to, ze darmowe pomoce edukacyjne w wersji cyfrowej są ważniejsze niz hardware, szczegolnie jezeli 90% ma hardware. chodzi o to zeby bylo z czego korzystac (software, podreczniki), bo to stwarza mozliwosc uzytkowania komputera do nauki.

    mowienie komputer przeszkadza/pomaga bez softwaru to jak mowic ze zeszyt pomaga/przeszkadza. mnie zeszyt dekoncentruje, bo po nim rysuje (a moze pomaga mi sie skupic, kiedy po nim rysuje?)

  4. no tak pomaga, bo koncetracja w przypadku mulittaskingu jest słabsza – więc łatwiej „przejść” z jednego zadania do drugiego

    ” chodzi o to zeby bylo z czego korzystac (software, podreczniki), bo to stwarza mozliwosc uzytkowania komputera do nauki.”

    no ale ja podałem dane, które wskazują, że korzystania z komputera w nauce wcale nie jest takie korzystne
    ja rozumiem, że pewnie przy pewnych warunkach to działa
    że jak będziemy mieć superprogramy, super podręczniki etc, to komputery się przydadzą
    ale praktyka na świecie jest inna, nauczyciele nie mają superprogramów, ani świetnych podręczników, nie dostają potrzebnych szkoleń etc

    u nas będzie jeszcze gorzej niż gdzie indziej, bo ni nie jest przygotowane
    wprowadzenie tego progamu w Polsce już za rok będzie wyrzuceniem pieniędzy w błoto

    powinno się wybrać najpierw parę szkół i na nich testować z kilka lat, a potem to rozszerzać

  5. czytaj cytowany artykuł: koncentracja podczas multitaskingu nie jest słabsza, tylko szybciej się zmienia. znaczy:
    mam koncentracje na a, łatwo mi sie szybko mocno skupić na b, wiec moge sie zdekoncentrowac. gdybym plytko sie skupial, moja koncentracja na a nie bylaby rozproszona przez b, poniewaz bym sie nie zdarzyl przelaczyc. pocieszenie: jak wroce do a tez sie szybko skupie.
    jest duzo badan, nie tylko jedne o zmianie koncentracji przez uzywanie komputerow i zadne nie sa jednoznaczne.

    a jak komputer przeszkadza w nauce, radze nie stosowac.

  6. ok przeczytalem, Tobie też radzę

    ten tekst zaczyna się słowami:
    „A new comparison of brain activity in young and elderly multitaskers suggests…”
    rozumiesz. różnice, o których Ty piszesz nie są związane z multitaskingiem i linearnością, ale z tym jak młodzi i starzy radzą sobie z mulittaskingiem

    co więcej w abstrakcie do tekstu pojawia się takie stwierdzenie:
    „Multitasking negatively influences the retention of information over brief periods of time.”
    i idzie tam o to, że autorzy próbują zbadać, dlaczego mulititasking jest BARDZIEJ SZKODLIWY w przypadku starszych

    „a jak komputer przeszkadza w nauce, radze nie stosowac.”
    bystre, ale ja piszę o rozwiązaniach systemowych, o tym, że państwo chce wydać miliard złotych bez żadnego przygotowania i badań, co spowoduje że będą to pieniądze zmarnowane
    nie piszę o indywidualnym stosowaniu komputerów

  7. czytasz z zalozeniem ze multitasking jest zly, bo tam nie ma nic zlego/dobrego tylko szybkosc odzyskiwania uwagi po dekoncentracji, ale spoko. dam paragraf zeby bylo prosciej:

    Some people think extreme multitasking is harmful; others, that it’s beneficial, or simply neutral. Those arguments are complicated, invoking history, sociology and gutrac feelings. In terms of neurobiology, multitasking’s demands and consequences are just beginning to be understood.

    a wiec: jest to niezbadane. nie wiemy. dunno. we don’t know.
    powolywanie sie na ktores z badan zeby powiedziec ze jest zly/dobry jest selektywnym uzyciem informacji.

  8. Z prawdziwym smutkiem przeczytałem już nawet Pana tekst.
    1. Z dużym zacięciem przejrzał Pan i przytoczył rozmaite badania. Niestety kwerenda jest czysto jednostronna. Ma służyć uzasadnieniu bardzo kontrowersyjnej tezy, że wolno nam (Pan twierdzi, że nawet trzeba) pozbawiać dzieci najpowszechniejszego dziś zestawu narzędzi informacyjnych, o największym potencjale edukacyjnym, ba, cywilizacjotwórczym w historii ludzkości. Ciągle zadziwia mnie, jak można przechodzić do porządku dziennego nad tak oczywistą prawdą: to komputery (obojętne jak wyglądające) stanowią dziś podstawy cywilizacji ludzkiej. Mają wady – jak wszystko. Naszym obowiązkiem jest uczyć (siebie i innych, zwłaszcza dzieci), jak unikać wad i jak korzystać z zalet. NIE WOLNO inaczej.
    2. W pełnym kontraście do zacięcia poszukiwawczego wykazanego w (1.) – nie zadał Pan sobie trudu sprawdzenia, że powtarzane przez Pana informacje na temat „komputerów za miliard dla każdego pierwszaka” nijak się mają do faktów. Z całą moją nieufnością do rządowych obietnic, zwłaszcza w okresie przedwyborczym muszę przyznać, że zadziwia mnie liczba osób, które z powagą i zacięciem krytykują coś, czego nieistnienie tak łatwo zauważyć. Mówiąc prościej – posłużył się an całym pęczkiem łatwo dostępnych, ale niezweryfikowanych, nieaktualnych, cóż – zwyczajnie nieprawdziwych „faktów”.

    Reasumując: proszę wybaczyć, ale jeżeli tak mają wyglądać efekty analizy tekstów przez osoby z umiejętnością „wysokiej koncentracji” na tekście pisanym będącą owocem małego kontaktu z komputerami w dzieciństwie (a to zdaje się lansowany przez Pana ideał), to cóż – głosuję za komputerem dla każdego noworodka. Mała strata – duży zysk. Może typowe dla cyfrowców „skanowanie i przeglądanie tekstu” da lepsze efekty (bo o gorsze, pardon, trudno).

  9. Ojej, bardzo mi przykro, że Pana zasmuciłem. Trudno odnieść mi się rzetelnie do komentarza, gdyż nie powołał się na żadne źródła, które mogłyby wspierać Pańską tezę.
    Przychodzą mi do głowy dwie myśli.
    1. Dla każdego kto potrafi czytać ze zrozumieniem powinno być jasne, dlaczego powoływałem się na takie, a nie inne dane. Nie argumentowałem przecież za tezą, że mamy pewność, że komputery są złe. Próbowałem jedynie zasiać wątpliwość w ich zbawienność. Badania, które przytaczałem nie były robione przez techno-sceptyków, ale właśnie przez entuzjastów komputerów w szkołach, ale nawet oni twierdzą, że na dziś trudno zaobserwać jakieś wyraxne korzyści z wdrożenia tak kosztownej technologii.
    Należy pamiętać – i to chciałbym jeszcze raz podkreślić – że najważniejszym ogniwem w edukacji jest nauczyciel. A najlepszym środkiem dla osiągnięcia celu edukacyjnego jest motywacja. I tylko świetnie wyszkolony pedagog jest w stanie naprawdę motywować dzieci. Dlatego jeśli mamy jakieś pieniądze do zainwestowania w edukacje niech rząd wyda je na nauczycieli.
    2. Co do tego, że posługuję się jakimiś nieakutalnymi danymi. Jest przeciwnie, powołuję się na rządowy dokument z marca tego roku. Jestem świadomy, że teraz odbywają się konsultacje społeczne, ale punktem wyjścia jest właśnie ten dokument. Gdy powstanie nowy dokument, z chęcią się do niego odwołam.

  10. Ad. Preambuła ;-)
    Nie powołałem się. Nie pisałem dysertacji, tylko komentarz. To Pan Pan stawiał tezę i ma pan świadomość tendencyjnego doboru argumentów, bo sam Pan to w swojej odpowiedzi przyznaje (punkt za to).
    Ad. 1
    W sposób oczywisty wiele badań dostarcza „dowodów” mało użytecznych, bo opartych na, hmmm, kontrowersyjnych założeniach. Per analogiam – miewają one taką wartość, jak konstatacja, która mogła kiedyś powstać u progu motoryzacji, że upowszechnienie prawa jazdy byłoby zabójcze dla… mobilności społeczeństwa. Wniosek taki można byłoby wyciągnąć albowiem w badaniu udało się wykazać, iż osoby posiadające prawo jazdy znacznie gorzej powożą dorożkami oraz słabiej trzymają się w siodle. Badania może i rzetelne, wnioski zaś – sam Pan wisz. Zasiewacze wątpliwości wygrali nawet kiedyś, w pewnym wyspiarskim kraju. Sankcjonując prawnie „bezpieczną motoryzację” ze słynnym biegaczem z dubeltówką i flagą przed każdym samochodem – ukręcili rozwój motoryzacji w tym kraju na kilkadziesiąt lat. Sukces jest zatem możliwy.
    Przyłączenie się do ogromnego chóru załamujących ręce nad ginącym (wskutek kontaktu z zabójczym komputerem) gatunkiem Homo Sapiens – nie jest niestety specjalnie oryginalne.
    Tłum, wraz z którym Pan tak dzielnie „zasiewa wątpliwości”, tworzy m.in. szeroka rzesza nauczycieli obawiających się o swoje dotychczasowe rutyny i widzących świat przez pryzmat prawideł niegdyś prawdziwych. Nie warto siać w tak już gęstych zaroślach. Znacznie trudniej zasiać w ich umysłach wątpliwość przeciwną: czy im (nam wszystkim?) wolno zostawiać (jak to ma miejsce dziś powszechnie) prawie całą populację uczniów bez jakiejkolwiek dobrej i mądrej pomocy. Szkoda, że nie ma pan wątpliwości, czy to dobrze, że cały scyfryzowany świat musi sobie de facto radzić bez szkoły (i robi to), bo szkoła jest kompletnie wykluczona cyfrowo i kontestuje zmiany zakrzykując je byłymi prawdami. Gratuluję braku wątpliwości.
    Ad. 2
    Gdybyż chodziło tylko o posłużenie się zaledwie jednym, niskiej źródeł (ten „rządowy dokument”, to w istocie sondażowa wersja jakiegoś projektu) oraz o niemoc triangulacji źródeł (mocno kontrastującą z Pana umiejętnością zmobilizowania wszystkich dostępnych źródeł wspierających konkretną tezę), to i tak byłoby mało wesoło.
    Niestety jest znacznie gorzej. Nie, nie przeczytał Pan nawet „dokumentu”, na który się powołuje. Dowodu dostarcza Pan sam. Kalkuje Pan tylko bezkrytycznie pierwsze „doniesienia prasowe”. Wszystkie one operowały kwotą miliarda na komputery dla uczniów. Podaną jakoby w tamtym dokumencie kwotę na komputery ktoś kiedyś przekłamał, bagatela, KILKAKROTNIE. Trudno orzec: z braku chęci (czytania i liczenia), z braku umiejętności, czy z premedytacją – dla wzmocnienia njusa. Wielu innych, a za nimi niestety Pan, czytają tylko i powtarzają to jedyne, nieprawdziwe zdanie. Mój komentarz i tu nie będzie zawierał gotowca czytelniczo-obliczeniowego, bo przeznaczony jest tylko dla tych ewentualnych czytelników Pana tekstu, którzy mają chęci, i umiejętności samodzielnego weryfikowania informacji. Tych – nie chciałbym aby Pan sprowadzał na manowce. Pozostałym – i tak wystarczy Pana dementi.

  11. Dementi? Może po prostu zacytuję dokument?

    „Zgodnie z projektowaną inicjatywą legislacyjną, w ciągu pięciu lat, począwszy od roku szkolnego 2011/2012, ok. 2 173 tys. uczniów1 zostałoby wyposażonych w komputery przenośne z funkcjonalnością szerokopasmowego dostępu do Internetu.”

    2 173 000 x 100€ = 217 300 000€

    Dalej czekam na jakieś konkretne argumenty. Wie Pan, najłatwiej wszystko zwalić na nauczycieli, ale oni naprawdę lepiej wiedzą jak się uczy dzieci niż Pan.
    Poza tym od ponad stu lat istnieje prąd edukacyjnych technoentuzjastów, którzy przy pojawieniu się nowego wynalazku głoszą, że teraz w edukacji dojdzie do rewolucyjnych zmianach. Tak było z gramofonem, radiem, telewizorem… Teraz to samo mamy z komputerem.

    I jeszcze jedna uwaga. Co w moim tekście pozwala Panu twierdzić, że:
    „(Pan twierdzi, że nawet trzeba) pozbawiać dzieci najpowszechniejszego dziś zestawu narzędzi informacyjnych, o największym potencjale edukacyjnym, ba, cywilizacjotwórczym w historii ludzkości. ”
    Nic takiego nie napisałem. Z Pana komentarzy wynika, że ja chciałbym zakazać używaniach w szkołach komputerów. Ale nic takiego w moim tekście nie ma.
    Ten tekst jest skierowany przeciwko pewnemu, konretnemu projektowi.
    Ja osobiście uważam, że w szkołach powinny być komputery, że lekcje informatyki powinnny być rozszerzone, że w gimnazjach uczniowie powinni potrafić tworzyć strony internetowe, korzystać z programó graficznych i znać podstawy programowania. Uważam również, że należałoby przeznaczyć dość duże środki na stworzenie sieci techników infromatycznych.

  12. Proszę zrozumieć. Z całym szacunkiem, przestrzeń pod Pana tekstem nie jest przeze mnie traktowana jako miejsce na moje konkretne argumenty, ale na wyrażenie opinii o argumentach Pana. W kwestii owego nieszczęsnego „dokumentu” zasygnalizuję zatem tylko, że w połowie wysokości pierwszej strony są dwa (numerowane) punkty, z których Pan rozpatruje tylko jeden. Znacznie ważniejszy (chociaż istotnie mniej medialny) jest natomiast punkt drugi. Istotnie, prześledzenie jego udziału liczbowego w opisie planowanej konwersji jest trudniejsze, ale nie niemożliwe.
    W Pana tekście (jakkolwiek inspirowanym konkretnym dokumentem rządowym) doliczyłem się kilkudziesięciu argumentów przeciwko komputerom dla dzieci w różnorakich kontekstach. Nie widać natomiast argumentacji, że komputery jakiekolwiek zalety posiadają, więc nie warto twierdzić, że jego wymowa jest inna. Ja w swoich komentarzach nie „zwaliłem wszystkiego na nauczycieli”, a jedynie opisałem stan szkoły jako instytucji, która nie radzi sobie z trwającą rewolucją cywilizacyjną. Cieszą mnie wyrażone przez Pana poglądy, jednak odzwierciedlają one aktualne podejście do sposobów informatyzacji szkoły, które jest mało skuteczne i coraz bardziej nieadekwatne. Znów dając przykład analogii (ostatni już, obiecuję i zaraz zamilkam), gdyby to podejście odnieść do nieco starszych technologii informacyjnych (papieru i pióra), szkoła wyglądałaby tak: [trawestacja Pana idei z ostatniego komentarza:] uczniowie uczą się budowy długopisu oraz parametrów technicznych książek na rozszerzonych zajęciach z ołówkologii i papiernictwa. Uczą ich tam fachowcy po magisterskich studiach z tych właśnie dziedzin nauki. W gimnazjum uczniowie, także na specjalistycznym przedmiocie prowadzonym w wydzielonej czytelni szkolnej – uczą się tworzyć strony podręcznikowe, korzystać z zestawów kredek i poznają podstawy składu drukarskiego. Rząd przeznaczył duże środki na stworzenie sieci techników papierniczych i wydawniczych. [koniec „cytatu” z Pana, początek sytuacji ogólnej w RP:] W tym samym czasie na wszystkich pozostałych przedmiotach uczniowie i nauczyciele używają inkaustu i pergaminu, uczą się biegle czytać ze zwojów, zaś światli dziennikarze przestrzegają przed plagą szerzących się wad postawy wynikających z długotrwałego garbienia się nad nowym wynalazkiem drukowanej książki, która pono niektórych uzależnia, a innych odrywa od kontaktów z żywymi ludźmi. Kształtuje ponadto postawy lekceważenie ręcznego pisma. Konieczność przestrzegania przed wadami książek i dbania o nienadużywanie tychże – zapisano nawet w nowej Podstawie Programowej dla klas 1-3. Magistrowie filologii ojczystej są przekonani, że ustawodawca ma świętą rację nie tylko zwalniając ich z odpowiedzialności za nauczanie o książkach, ale nawet zabraniając zatrudniania ich do tego, bo książki to przecież sprawa dla introligatorów i papierników. Na szczęście wszyscy wierzą, że rząd zrezygnuje z idiotycznego i wyborczego pomysłu zapewnienia wszystkim uczniom dostępu do książek oraz zapewnienia szkołom infrastruktury bibliotecznej. Dzięki temu wszyscy zgodnie legitymizują przyszłe zaniechania rządu w tej materii.
    Znikam z tego wątku i przestaję go obserwować. Dziękuję jednak za dostarczenie bodźca do podbudowania moich własnych argumentów w całkiem innym miejscu i w, hmm, przeciwnej sprawie. Pozdrawiam.

  13. Komputery to bardzo mądra rzecz, którą można – na co się zanosi -głupio zmarnować.
    Czy uczniowie, przy pomocy owych komputerów będą:
    – budować relacyjne bazy danych?
    – redagować fotoskład pism i książek?
    – animować filmy?
    – konstruować zabezpieczenia elektrowni atomowych?
    – robić dziesiątki innych prac do których służą komputery?
    Pytania są retoryczne, NIE !!
    Uczniowie, w 99 % odpalą przeglądarkę, żeby wejść do internetu!
    (Albo – co równie prawdopodobne – uruchomią grę)

    Jeśli znajdą się pieniądze na technologię, to należy kupić tym uczniom czytniki
    e-booków (które też gwarantują dostęp do internetu!), oraz zadbać o e-bookowe
    wersje podręczników, najlepiej bezpłatnych, oraz tanie e-książki!

    Kilka korzyści z takiej alternatywy:
    – wzrost czytelnictwa,
    – obniżenie ciężaru tornistrów,
    – tańszy sprzęt,
    i kilka innych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *